niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 9 "- Czy... czy nie wydawała ci się piękna? Miau."

Cześć i czołem :)
Jak wam mija niedziela?
Ja właśnie muszę się pakować na wycieczkę nad morze.
Robię to już od kilku godzin, a moja walizka nadal pusta.
W pierwszej kolejności wy i mój blog :)
Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Czy oni są dla siebie stworzeni? A może siebie w ogóle nie rozumieją?
Czytajcie i komentujcie.
To już drugi rozdział w tym miesiącu (jest progres), więc wywiązałam się z umowy (przynajmniej 2 rozdziały na miesiąc), ale może jak wrócę, to uda mi się jeszcze coś naskrobać. Oczywiście nic nie obiecuję, bo to nigdy nie wiadomo.
Nie przedłużając... Oto dziewiąty rozdział, który powierzam wam.
Przepraszam za błędy, może poprawię je wieczorem, bo na razie brak czasu.
Okej ja spadam, miłej niedzieli (tego co z niej zostało) i wspaniałego nowego tygodnia. :)
                                                 Julu






- Skarbie, wstawaj. - Poczułam czyjeś palce na moim policzku.
- Ymmmm... - Jęknęłam. - Jeszcze kilka minut. - Przewróciłam się na drugi bok.
Poczułam, że materac ugina się pod ciężarem siadającego na nim ciała.
- Astrid, wstawaj. Zrobiłam śniadanie.
Podniosłam się z łóżka i spojrzałam zdumiona na babcię.
- Śniadanie?
Babcia przytaknęła, uśmiechając się pod nosem.
- Która jest godzina?
- Około dziesiątej.
- Czy coś się stało?
- Nie. A musiało się coś stać?
- Nie. To znaczy, dawno do mnie nie przychodziłaś, w sensie dawno w ogóle nie wstawałaś z łóżka i ... - Urwałam.
- No widzisz. Nie jestem wcale taka stara Astrid. Potrafię jeszcze się do czegoś przydać. Chodź, bo wystygnie. - Uśmiech babci trochę przygasł. Nie chciałam, żeby moje słowa ją dotknęły.
Wstałam i złapałam ją za rękę zanim zdążyła wyjść.
- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
Staruszka uśmiechnęła się.
- Wiem. Chodź, bo naprawdę będzie zimne. - Razem ruszyłyśmy do kuchni.
Na stole stał koszyk z pieczywem. Dwa talerze leżały naprzeciwko siebie. Każda z nas miała swój ulubiony kubek, zapełniony parującą kawą.
Usiadłam do stołu. Biały ser. O jejku, jak ja go dawno nie jadłam.
Zdążyłam spałaszować już jedną kromkę chleba z białym serem, a tymczasem babcia podała jeszcze swój kisiel z leśnych owoców.
- Widzę, że wspominamy dawne czasy. - Uśmiechnęłam się. Gdy byłam jeszcze mała i mieszkałam w Norwegii bardzo często spędzałam weekendy u babci. Domek babci był malutki, położony na obrzeżach miasta, blisko lasu. Uwielbiałam go. Takie najlepsze miejsce z dzieciństwa to właśnie tamten domek.
- Tak. Pamiętasz tamto lato?
- No pewnie. Uciekłam, jak brawurowa kryminalistka.
- Tak. Zostawiając list, w którym napisałaś, że odchodzisz i że ich nie lubisz, a na końcu dopisałaś adres, żeby wiedzieli gdzie przywieźć twoje rzeczy. - Babcia upiła łyk kawy.
Westchnęłam.
- Ucieczki do ciebie zawsze były zbawienne.
- Ale oni cię kochali Astrid. Nadal cię kochają. - To jest naprawdę bardzo sporna kwestia.
Czy rodzice mnie kochali?  Może.
Czy nadal mnie kochają? Nie.
- Wiem, ale w sumie bardzo trudno to zauważyć, kiedy jesteśmy oddaleni od siebie o tysiące kilometrów i widzimy się raz na rok. - Poczułam, że zbiera mi się na łzy.
Babcia wpatrywała się we mnie smutno.
- Bardzo dobry serek. Taki jak za dawnych czasów. - Zmieniłam temat. Nie miałam ochoty rozmawiać o rodzicach.
- Cieszę się, że ci smakuje. - Uwielbiałam, kiedy babcia nie naciskała, nienawidzę mówić czegoś, czego nie chcę.
Po spożytym śniadaniu, które w sumie minęło w bardzo miłej atmosferze odprowadziłam babcię do łóżka i posprzątałam po posiłku. Gdy skończyłam myć talerze i sztućce była godzina 9:43. Postanowiłam, że pójdę się ubrać. Gdy przechodziłam obok drzwi łazienki usłyszałam regularne pikanie, które oznaczało, że nasza pralka skończyła właśnie prać. Weszłam więc do łazienki i wyjęłam mokre, białe pranie. Spojrzałam za okno. Świeciło jeszcze słońce, co nie zdarzało się zbyt często w tym miesiącu. Było ciepło, jak na koniec października. Nawet bardzo ciepło, gdyż termometr za oknem wskazywał 16 stopni Celsjusza. Skoro pogoda była tak zachęcająca postanowiłam, że wywieszą pranie na dworze. Uwielbiałam białe pranie na słońcu. Naturalne wybielanie. Włożyłam więc mokre ubrania do koszyka i przez drzwi tarasowe, znajdujące się w kuchni wyszłam na wyłożony deskami placyk, czyli nasz taras. Podeszłam do sznurków wiszących między drzewami i znów złapałam się na tym, że patrzę w jego okno. Zrugałam się w myślach i zajęłam się praniem.
_______________________________________________________________________


Wszedłem do pokoju i usiadłem przy biurku. Mama zrobiła naprawdę dobre śniadanie i pojechała do pracy. Tata jak zwykle o tej porze był już w warsztacie. Sięgnąłem po książkę, którą aktualnie czytałem. Szczerbatek już znalazł się przy mnie. Pogłaskałem go po grzbiecie, a zwierzę usadowiło się na moich kolanach i zwinęło się w kłębek. Przeczytałem kilka stron i w końcu postanowiłem otworzyć żaluzję, którą zamknąłem przed pójściem spać. Położyłem Szczerbatka na łóżku i znów pogłaskałem go, tym razem za uszami. Zwierzątko zamruczało cicho.
Podszedłem do okna i uchyliłem żaluzję.
Już chciałem odejść, ale wróciłem się szybko, bo moją uwagę przykuła dziewczyna wieszająca pranie.
Nowa sprzątaczka Hoffersonów? Tylko czemu w takim razie jest w piżamie?
Szczerbatek już zauważył moje zainteresowanie i szybciutko znalazł się na parapecie obok mnie.
Nie widziałem twarzy dziewczyny, gdyż było obrócona do mnie plecami. Kociak miauknął znacząco.
- Też jej nie znam. Myślisz, że to ich nowa sprzątaczka?
- Miau.
- No nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby sprzątaczki przychodziły do pracy w koronkowych piżamach.
- Miau.
Przypatrywałam się dziewczynie, dopóki nie skończyła wieszać prania.
Miała długie, jasne blond włosy, lekko falowane u końców. Spod jej krótkiej sukienki nocnej wystawały długie, opalone nogi. Na stopach miała kapcie, różowe w serduszka. Za Chiny nie mogłem dociec, kogo mam przed oczami.
Dziewczyna podniosła koszyk i obejrzała się dokładnie na mnie.
Zasunąłem żaluzję i przełknąłem głośno ślinę.
Astrid.
To była Astrid.
Włożyłem palce między dwie listewki i rozszerzyłem je. Nadal tam stała. Patrzyła wciąż w moje okno. Była... zupełnie inna niż zwykle. Nie miała idealnie ułożonych włosów, jej blada twarz nie miała nawet makijażu. Nie nosiła tym razem swoich wyzywających ubrań i wysokich obcasów. Nie wyglądała jak Astrid. Ale była piękna. Gdy znów spojrzałem w tamtą stronę już jej nie było.
Musiała pewnie zauważyć, że ją obserwuję, albo zauważyła, że ja zauważyłem, że to ona mnie obserwowała.
Ciężko opadłem na obrotowe krzesło stojące przy biurku.
- Widziałeś ją Mordko? - Spojrzałem na czarnego jak smoła kota.
Miauknął.
- Czy... czy nie wydawała ci się piękna?
Miau.
- Wiem, mi też.
Przycisnąłem dłonie do oczu.
Sięgnąłem po telefon. Zanim zorientowałem się co robię, już wysłałem wiadomość.
Przeczytałem ją jeszcze raz. Nie no, Merida chyba mnie wyśmieje, albo zaraz przybiegnie sprawdzić, czy nie zwariowałem. Chciałem usunąć wiadomość, ale gdy ponownie sięgnąłem po komórkę na wyświetlaczu już widniało kilka wiadomości.
Super.
Odblokowałem telefon i spojrzałem na sms'a od Meri.
"Kim jesteś i co zrobiłeś Czkawce? Mam przyjść? Już lecę. Jesteś chory? Mam coś przywieźć?"
Cholera.
Nie chciałem, żeby tutaj przyjeżdżała. Nie wiedziałem co w ogóle mam robić.
Napisałem jej ponownie sms'a, że to było próba zaproszenia Ani na bal, ale nie chciałem pisać jej imienia, bo strasznie mnie peszy.
Oczywiście nie była to prawda. W tej chwili w ogóle nie myślałem o Annie, ale udało mi się powstrzymać Meridę, przed natarciem na mój dom.
Uff...
Wróciłem do czytanie książki, ale już nie próbowałem odsłaniać rolet. Zapaliłem małą lampkę i czytałam, dopóki nie zadzwoniła mama.
- Halo? - Przytknąłem aparat do ramienia i przycisnąłem go głową, dzięki temu miałem wolne ręce i mogłem nadal czytać książkę.
- Mamooo... nie. Pójdziesz sama, jak wrócisz. Ja aktualnie szedłem pod prysznic. Mamo, nie. Proszę! Dobra. Okej, już przestań! Tak, pójdę. Tak. Pa. - Właśnie zostałem wkopany w coś, czego nie chcę robić w tym momencie.
Wstałem i podszedłem do szafy. Wcisnąłem na siebie szary t-shirti czarne spodnie. Założyłem trampki, pożegnałem się ze Szczerbatkiem  i wyszedłem z domu.
Po chwili byłem już pod drzwiami Astrid. Wziąłem głęboki oddech i zastukałem w ciemne, drewniane drzwi. Po kilku sekundach spojrzałem na swoje odbicie w szybce drzwi i już miałem uciekać do domu. Niestety było już za późno. Usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi i po chwili stałem przed zwyczajną Astrid.
Dziewczyna miała na sobie czarne leginsy i różowy sweter, który z przodu był lekko skrojony. Włosy miała upięte w wysokiego, natapirowanego koka. Jej oczy były obwiedzione grubymi kreskami, a na ustach lśnił różowy błyszczyk.
Chciałem jej powiedzieć, żeby wróciła do stroju z przed pół godziny. Chciałem jej powiedzieć, żeby znów była zwyczajną sobą.
_______________________________________________________________________


- Em... cześć. - Palce jego stopy nerwowo wierciły dziurę w deskach.
Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Z jednej strony znów chciałam być zimną suką, taką jak w szkole, ale z drugiej nie potrafiłam.
- Cześć. - Napięłam wszystkie mięśnie mojej twarzy, żeby tylko się nie uśmiechnąć.
Przygryzłam wargę, gdy spojrzałam na jego rozczochrane włosy. Były idealne. Ciemna czekolada, uwielbiałam ciemną czekoladę i jego włosy.
Chłopak stał i nerwowo kręcił głową.
- Czy coś się stało? - Znów mój głos był nieco ostrzejszy, niż zamierzałam.
- Nie. To znaczy tak. - Czkawka miotał się w odpowiedzi. - Przyszedłem, zamiast mojej mamy, żeby pójść z twoją babcią na spacer. - Wydusił w końcu z siebie.
Cholera. Chciałam go zbyć. Ale tak nie można. Co mam zrobić? Wpuścić go do środka, spławić czy grzecznie podziękować?
- Wejdź. - Uchyliłam w końcu drzwi.
Chłopak nieśmiało wszedł do środka, a ja ruszyłam do sypialni mojej babci.
Zanim zdążyłam jednak wyjść z przedpokoju, w drzwiach pojawiła się staruszka i chytrze się do mnie uśmiechnęła.
Nie, nie, nie.
- Czy ty jesteś synem pani Haddock? - spytała.
Czkawka kiwnął głową i przedstawił się.
- Dobrze, w takim razie, żeby ci nie było nudno ze starą kobietą Astrid pójdzie z nami. Jesteście w tym samym wieku? - Popatrzyła na nas.
Kiwnęliśmy jednocześnie głową.
Ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Poczekam na zewnątrz. - Chłopak chyba też czuł się odrobinę nieswojo.
Pomogłam babci przy ubieraniu butów i kurtki.
Staruszka ciągle się uśmiechała, ale ja nie miałam zamiaru okazać jakiegokolwiek zainteresowania jej planem. Wiedziałam, że czekała tylko na potwierdzenie jej przypuszczeń, a z mojej strony na pewno ich nie dostanie. No i właśnie dlatego musiałam iść z nimi na spacer.
Skomplikowane, wiem.
Wyszliśmy z domu. Wzięłam babcie pod rękę, a Czkawka szedł obok. Tak naprawdę nie był tutaj potrzebny. Mogłam sama wychodzić z babcią, ale chodziło również o to, żeby miała ona kontakt z sąsiadkami i z kimś innym niż ja.
Szliśmy wolno. Babcia cały czas coś mówiła, a my milczeliśmy. Uszliśmy tak spory kawał drogi i usiedliśmy dopiero na ławce w parku, który znajdował się w centrum naszej dzielnicy.
- Mam ochotę, na jakieś słodkości.
- Gdzie byś chciała pójść babciu?
- Tutaj niedaleko jest "Kawiarnia całusek". Mają tam naprawdę dobre ciasta, mama często je zamawia. - Odezwał się Czkawka.  
- Chodźmy w takim razie. - Zarządziła babcia i już po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.
Czkawka otworzył przed nami drzwi, a my weszłyśmy do środka i zajęłyśmy ustronne miejsce przy oknie. Kanapa była miękka z kilkoma poduszkami. Kawiarnia była bardzo ładnie urządzona. Stary regał z książkami dodawał uroku, a przysłonięte przez chmury słońce leniwie wysyłało słabe promyki w naszą stronę.
Usiadłam obok babci, ale ona zaczęła marudzić, że jej tutaj niewygodnie i koniec końców ja siedziałam oczywiście obok bruneta.
Zajebiście.
Zaczęłam się stresować.
Randka z babcią u boku i wymarzonym chłopakiem nie jest najlepszym pomysłem.
Zamówiliśmy trzy gorące czekolady i dla każdego po kawałku ciasta.
Widziałam, że Czkawka czuje się bardzo nieswojo. A jak miał się czuć? Nawet nas nie zna. Ja też nie byłam w swoim żywiole, tylko babcia wyglądała na kompletnie nie zrażoną całą sytuacją.
W końcu przyniesiono nasze desery.
Kelnerka podała filiżanki z płynną czekoladą. Chciałam po nią sięgnąć, ale chłopak był szybszy. Postawił filiżankę przede mną i uśmiechnął się. Spuściłam wzrok.
Naprawdę? Czy babcia musiała tu być?
Po chwili spostrzegłam kilka dziewczyn ze szkoły, które siedziały obok nas.
Cholera.
Groźna Astrid siedzi sobie ze starszą panią i jakimś kompletnie nieznanym chłopakiem.
Schowałam się jeszcze głębiej w kanapę i wolno sączyłam czekoladę.
Babcia w tym czasie odnalazła wspólny język z Czkawką i rozmawiali teraz jak starzy znajomi.
Czkawka żywo coś gestykulował, a babcia słuchała w skupieniu, niestety chłopak przez przypadek zrzucił na moje kolana swoją filiżankę. Czekolada rozlała się po moich leginsach, a filiżanka upadła na podłogę z głośnym trzaskiem i roztłukła się. W całej kawiarni zrobiło się potwornie cicho, a ja czułam na sobie wzrok wszystkich gości. Poczułam, że się czerwienię.
 Zajebiście. Cholera, Zajebiście.
Czkawka był zszokowany.
- Jeju, Atrid, przepraszam. Ja nie chciałem... jakoś tak wyszło. Przepraszam. - Przepraszając mnie gorąco podał mi serwetki.
Widziałam, że dziewczyny już wszystko zobaczyły. Zajebiście.
Jedna z nich nawet uśmiechała się pod nosem.
Bez słowa wstałam i omijając Czkawkę, wyszłam z kawiarni. Zatrzymałam się dopiero kilkanaście metrów od tamtego miejsca i oparłam się o ścianę jakiegoś budynku. Z kieszeni kurtki wygrzebałam papierosa i szybko odpaliłam.
Co się przed chwilą stało? Cały mój kamuflaż groźniej i bezwzględnej suki zniknął. Wszyscy będą wiedzieli o tym, że Astrid była sobie w sobotę ze swoją babcią i fajtłapowatym chłopakiem w kawiarni i jak grzeczna dziewczynka piła gorącą czekoladę, a gdy fajtłapowaty chłopak wylał na nią słodki płyn, ona wstała i wyszła. Bez awantur. Bez przekleństw. Jak poukładana, grzeczna dziewczynka.
- Astrid!
Nie, nie, nie.
- Astrid!
Odejdź.
- Astrid! O... tutaj jesteś. - Czkawka pojawił się naprzeciwko mnie. - Nie chciałem. Przepraszam. Naprawdę nie chciałem. Jakoś tak wyszło... - Chłopak oparł się plecami o tą samą ścianę.
Widziałam, że krzywi się, czując dym papierosa, ale nie zamierzałam go zgasić.
- Co z babcią?
- Zadzwoniłem po mamę. Zabrała ją do domu.
- Dobrze.
Nie dobrze.
- Słuchaj, wiem, że ogólnie to nie przepadasz za mną, ale czy ja ci coś zrobiłem? No oprócz tej czekolady. No, ale ty od zawsze traktujesz wszystkich z góry... to znaczy nie wszystkich. Oj, no po prostu jesteś taka jakaś... zimna? Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, ale chodzi mi o to, że właściwie moglibyśmy się chyba dogadywać. Tak mi się wydaję. No, chyba, że ja nie zasługuję na twoją uwagę, bo nie jestem nikim znaczącym... - Zamknęłam oczy.
Co ja mam mu powiedzieć? Że go unikam, bo naprawdę go kocham, tylko nie mam pojęcia, jak się za to zabrać? Że stworzyłam z siebie zimną sukę, bo miałam dość tego, że traktują mnie jak słodką dziewczynkę? Że miałam dość, jak się zawodziłam na wielu przyjaźniach i związkach? To mu miałam powiedzieć?
- Rozumiem, okej. Nie było tematu. Nie będę się narzucać i rozumiem, że nie możemy być normalnymi sąsiadami, bo ty po prostu nie obracasz się w towarzystwie osób takich jak ja. Idę. - Chłopak oderwał się od ściany i ruszył w drogę powrotną.
- Czkawka...
Przystanął, ale się nie obrócił.
Podeszłam do niego i stanęłam przed nim. Był ode mnie wyższy, a to się bardzo rzadko zdarzało, że chłopak był ode mnie wyższy, nawet gdy miałam na sobie obcasy, takie jak teraz.
- Słuchaj... Ty tego nie zrozumiesz. Nie chodzi o to, że nie jesteś inteligentny, tylko to jest bardzo ciężkie i zagmatwane. Nie możesz oczekiwać ode mnie, że nagle zaczniemy się kolegować, bo to chyba trochę nierealne. Wiem, że teraz myślisz, że mówię tak dlatego, że jestem jakąś dzianą dziunią, która się wozi i jest "fejmem" w szkole, ale to nie tak. Nie chcę o tym mówić. Nie powiem ci nic o sobie, bo chyba nie jestem na to gotowa... - Chłopak milczał.
- Jeśli ci się wydaje, że traktuję cię z góry, to przepraszam. To już chyba weszło w nawyk. W każdym razie dziękuję, że dzisiaj przyszedłeś i nie gniewam się za tą czekoladę, ale to chyba nie jest czas, żeby zawierać nowe znajomości... Możesz iść, wrócę sama. Podziękuj swojej mamie, a ja dziękuję tobie.
Brunet skinął głową i uśmiechnął się pod nosem. Nie naciskał, za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Uśmiechnął się jeszcze raz, odpowiedziałam mu uśmiechem i odsunęłam się na bok.
Chłopak minął mnie i poszedł. Spuściłam głowę.
- Nie wiem, o co chodzi Astrid, ale wiem, że gdy dzisiaj rano wieszałaś pranie w samej piżamie, baz makijażu i w nieułożonych włosach byłaś szczęśliwa. Teraz chyba nie jesteś. Ale to twój problem, o którym nie chcesz mówić. Rozumiem. Do poniedziałku. - Gdy podniosłam wzrok on właśnie znikał za rogiem ulicy.
Czyli mnie jednak widział.
W piżamie.
Bez makijażu.
Bez markowych ciuchów i bez wysokich obcasów.
I przyszedł.
Chyba kiedyś mu wszystko opowiem.
Jak znów będę szczęśliwa i odważna. Te dwie rzeczy, nie występują jednak razem.



czwartek, 7 maja 2015

Informacje

Hej, jestem Zuzia. Na tym blogu pełnie funkcje można powiedzieć - programisty. Zmieniam różne rzeczy, jak np. tło, kiedy coś nie działa, naprawiam to, ustawiam i w ogóle takie rzeczy. Mało ważna rola, ale jestem w tym bardziej ogarnięta niż nasza Julcia.
Więc jeśli już mnie chociaż minimalnie poznaliście, to chciałabym wam przedstawić wszystkie informację o tym co się dzieje teraz.

1. Pojawił się nowy rozdział (numer 8), kto zdążył przeczytać temu gratuluję. Niestety przypadkiem usunęła się jego połowa i nie da się jej odzyskać, więc tekst stał się niepubliczny. Kiedy znów się pojawi? Najprawdopodobniej w tedy, kiedy Julka znowu znajdzie czas i inspirację do pisania. Myślę, że możecie czekać około tygodnia. (Juluś spinamy dupke i nie popełniamy drugi raz tego samego błędu.)

2. Jula obiecywała częstsze pisanie, lecz nie pozwolił jej na to stan wszechświata. Brak laptopa (ponieważ był w naprawie) jest beznadziejny, a z telefonu nie da się pisać dłuższych prac.

3. Ludzie nie zasypiajcie i nie zapominajcie o czytaniu i komentowaniu naszego (Mogę tak powiedzieć?) bloga. Jula ma już swoje narzędzie pracy i wszystko powinno wrócić to poprzedniej normy. (Mam na myśli chociaż trzy rozdziały miesięcznie.)


Pozdrawiam i czekajcie na kolejny rozdział, bo akcja na pewno się rozkręci :)

środa, 6 maja 2015

Rozdział 8 "- W sypialni? - Zatrzepotałam rzęsami."

Hej, hej :) Odzyskałam mój komputer, w którym padła karta graficzna. Ale już jest cały i zdrowy, więc nie próżnuję. Wiem, że obiecałam wam dodawać posty w kwietniu, a dodałam jeden, za co bardzo przepraszam, ale ostatnio dużo się dzieje, a mój brat nie był aż tak łaskawy...
Za to dzisiaj macie długi tekst, trochę może wulgarny i niedelikatny, no ale jak szaleć to szaleć.
Mam nadzieję, że się spodoba, czytajcie i komentujcie. :)
                                                                           Julu

Stary opis na górze...
Tutaj nowy, świeżutki. Jak już wiecie, mój ukochany telefon stwierdził, że usunie mi pół tekstu, który napisałam jakiś tydzień temu (?) Dlaczego? Ponieważ chciałam poprawić literówkę (plisko na blisko). Tak. Myślałam, że wszystkie elektroniczne sprzęty wylecą za okno, ale musiałam się opanować, bo mój komputer dopiero co był w naprawie...
Co do informacji, to DZIĘKUJĘ ZUZI Z CAŁEGO SERDUCHA, ŻE Z WŁASNEJ WOLI OGARNIA MOJE OBOWIĄZKI.
Co do częstości wstawiania tekstów. Postaram się, żeby to były ZAWSZE DWA teksty na miesiąc. Dwa będą zawsze, ale może czasem uda mi się coś dla was skleić w prezencie :)
Będę się starać!
Dziękuję za komentarze i przepraszam, że ktoś z was będzie czytał ten zmieniony (gorszy o wiele) rozdział, ale nigdy nie umiem napisać tego samego słowo w słowo, z resztą chyba nikt tak nie umie.
Starałam się zachować wszystkie najważniejsze wydarzenia, chyba mi się udało.
Przepraszam, za błędy, ale mamy godzinę 23:30 i mój mózg już wysiada.
Nie będę ich poprawiała, bo się boję, że znów coś się zepsuje.
Koniec tego gadania.
Czytajcie, komentujcie, krytykujcie i w ogóle pokazujcie, że jeszcze tu jesteście (PROSZĘ).
Dobranoc
Julu




Jeszcze tylko dziesięć minut. Tylko dziesięć. Dam radę. Nie zasnę, dam radę. Siedem, już tylko siedem minut i koniec. I nareszcie upragniony weekend. I chwila spokoju i wytchnienia. Pięć minut...
- Widzę, że dzisiaj już nic z was nie wyciągnę. Wiem, że to ósma lekcja, piątek, a wy musicie słuchać takich nudnych wykładów na temat społeczeństwa i odnajdywania się w grupie. Wiem, że chce wam się spać. Przyznam się, że mi też... - Młody student usiadł na biurku i ziewną lekko. Opanował się zaraz i poderwał się z blatu.
- To nie znaczy jednak, że mamy się poddać naszemu zmęczeniu... Grupa. Co to właściwie jest? Czy ktoś może mi wyjaśnić? - Hans przebiegł wzrokiem po klasie.
Pieprz się.
- Astrid? Może ty. - Patrzył w moją stronę.
Pieprz się.
Oparłam głowę na ręce i leniwie ziewnęłam.
- Rozumiem, że nie. No dobrze... a może ty... Anna?
No nareszcie, dobry wybór studenciku.
Nagle rozległ się dzwonek. Uradowana poderwałam się na równe nogi, porwałam torebkę i czym prędzej czmychnęłam w kierunku drzwi. Wybiegłam z klasy i po chwili znalazłam się już w szatni. Zabrałam kurtkę i znów popędziłam po schodach do wyjścia. Miałam na dzisiaj dość tej budy. Ledwo co wyszłam za ogrodzenie, wyjęłam z torebki paczkę papierosów i wyciągnęłam jednego. Pospiesznie wsadziłam go do buzi i chwilkę się nim bawiłam, szukając zapalniczki. W końcu ją znalazłam. Odpaliłam go i zaciągnęłam się tytoniowym dymem. O tak. Zwolniłam kroku i spokojnie powlekłam się w kierunku przystanku autobusowego. Po chwili przy mnie znalazła się grupka moich znajomych.
- Wpadniesz dzisiaj do Holdera? Robi imprezę, jego starzy wybyli z chaty, więc będzie grubo. - Nawet do końca nie wiedziałam, który to Holder, ale przytaknęłam. Co miałam innego do roboty? Z babcią jest coraz lepiej...
- Dalej masz spinę z tą nową? - Zagadała jedna z dziewczyn.
- No raczej. - Dmuchnęłam jej dymem w twarz. - Na razie dałam jej spokój, ale gdy tylko wywinie coś nowego, nie będę już taka miła jak ostatnio. - Usłyszałam za sobą zadowolone pomruki. Większość ludzi przyzwyczaiła się, że jestem postrzegana jako... (nazywajmy rzeczy po imieniu) wredna suka.
Taki był plan i tak miało być. Wcale mi nie zależy, żeby widzieli we mnie słodką, norweską blondyneczkę.
Z pewnym jednak wyjątkiem...
- Okej. To do zobaczenia. Ja spadam. Imprezo nadchodzę! - Kumpel Holdera odłączył się od naszej grupki.
Przystanek był już blisko. Wyrzuciłam niedopałek i przystanęłam, czekając na autobus. Po chwili na horyzoncie pojawił się on. No i oczywiście ta jego ruda kumpela z niewyparzoną gębą. Na szczęście nie było tej Anny. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej przyjrzeć się chłopakowi. Był wysoki, trochę wyższy ode mnie, a ja nie należałam do niskich kobiet. Ta cała Merida sięgała mu ledwo do ramion. Miał jak zwykle nieułożone włosy, ciemne jak czekolada. Lekko zgarbiony, ciągle jakby przyczajony. Tak, takiego go uwielbiałam, szkoda, że on o tym nie wiedział.
Obserwowałam ich jeszcze przez chwilę. Merida opowiadała coś żwawo gestykulując, a on słuchał ją w skupieniu. W końcu przeszli przez ulicę i podeszli bliżej mnie.
- No mówię ci, ja bym ją zaprosiła, jakbym była na twoim miejscu. - Merida minęła mnie, nie zwracając na mnie uwagi.
- Ale Meri, przecież ja nawet nie wiem, czy pójdę. To niedorzeczne. Ona ma pewnie jakiegoś chłopaka, taka dziewczyna nie jest sama, nawet przez dziesięć minut. A na pewno nie będzie chciała iść z takim jak ja, no po prostu NIE.
Mylisz się, Czkawka.
- A ja uważam. że jest najodpowiedniejszą osobą pod słońcem, jest idealna dla ciebie. I nie mów mi, że nie mam racji! Bo mam rację, tylko ty nie chcesz jej zauważyć! Mówię ci, weź rusz tyłek i zaproś ją na ten bal! Zgodzi się na sto procent. Jestem pewna.  Musisz tylko przezwyciężyć strach...
Zaczynałam ją lubić.
- I dasz radę, Anna na pewno się zgodzi.
Co? Przepraszam bardzo? CO do kurwy nędzy? Anna? No chyba sobie jaja robicie!
- Meri, przestań mnie namawiać. Poza tym właśnie jedzie mój autobus. Lecę, a ty pozdrów ode mnie Jack'a. - Chłopak przytulił dziewczynę i wskoczył do autobusu.
Ja dopiero po chwili zorientowałam się, że to również mój autobus. Weszłam tam również i przechodząc obok Czkawki potrąciłam go ramieniem. Odwrócił się w moją stronę, ale gdy tylko mnie rozpoznał, zamknął usta i przesunął się, a ja jakby nigdy nic przeszłam obok.
Wcale nie chciałam go potrącić. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Jestem zła. Bardzo zła. Anna, znowu ona.
Widziałam, że chłopak nie jest zadowolony z tego, że musi stać przy mnie. Wyjął telefon i zaczął przeglądać sms'y, bardzo stare sms'y.
Chciałam się odezwać, coś powiedzieć, ale złość bardzo skutecznie odciągała mnie od tych pomysłów. Stałam więc naburmuszona, zła i wyglądająca znowu, jak cholerna suka. Może rzeczywiście nią byłam? 
W końcu pojawił się mój (nasz) przystanek. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wyskoczyłam z pojazdu i znów zaczęłam szukać papierosów. Nie wiem, czy jestem już uzależniona, ale wiem, że muszę zapalić. Wygrzebałam znowu paczkę papierosów i znowu poczułam zapach tytoniu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Czkawka nie szedł za mną. Niestety (dla mnie jest ok) mieszkamy bardzo blisko siebie. Jesteśmy sąsiadami, a on chyba nigdy się do mnie nie odezwał.
Zajebiście.
Chłopak trzymał się ode mnie o jakieś siedem metrów i ani razu na naszej trasie nie zmniejszył tej granicy. Gdy ja ściągałam już buty w przedpokoju, on mijał właśnie moją furtkę.
No po prostu super.
 Rzuciłam kurtkę na wieszak i ruszyłam do swojego pokoju. Ściągnęłam białą, koronkową bluzeczkę, a na jej miejsce ubrałam czarny, sprany t-shirt. Nie chciałam, żeby babcia znów się denerwowała. Zostawiłam jednak spodnie z dziurami, bo niestety w mojej szafie nie było już czystych spodni. Zmyłam makijaż i dopiero wtedy zeszłam do pokoju babci.
- Dzień dobry, wróciłam. - Uchyliłam drzwi.
- Cześć Astrid, wchodź, skarbie. - Babcia jak zwykle leżała w łóżku i oglądała jakieś nowele.
- Byłaś na spacerze?
- Codziennie mnie o to pytasz. - Zaśmiała się.
- Bo to ważne, świeże powietrze ma na ciebie kojący i leczniczy wpływ. Codziennie spacerujesz przynajmniej pół godziny, rozumiesz? - Usiadłam na brzegu jej łóżka.
- Tak, wiem. Jak zwykle wyszłam z sąsiadką. Wszystko w porządku, nie musisz się tak o mnie martwić. - Koniuszki jej palców dotknęły moich policzków.
- I tak się martwię, babciu. Herbaty?
- Poproszę. - Staruszka uśmiechnęła się, a jej wypłowiałe niebieskie oczy uśmiechnęły się do mnie.
Wzięłam kubek z jej szafki i skierowałam się do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę i zmyłam naczynia, pozostawione jeszcze przy śniadaniu.
Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka.
- Otworzę! - Krzyknęłam i ruszyłam do przedpokoju.
Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam w nich panią Haddock, mamę Czkawki.
- Dzień dobry Astrid, jest twoja babcia? - Kobieta uśmiechała się do mnie.
- Tak. Proszę niech pani wejdzie. - Uchyliłam szerzej drzwi, a kobieta wkroczyła do środka.
- Mam pewną propozycję. Nie wiem, czy już wiesz, ale nasza sąsiadka pani Deemor musiała wyjechać. Było to bardzo pilne, więc przyszła tylko do mnie. Jej mąż ciężko zachorował i pojechała go odwiedzić. Jest to bardzo ciężki przypadek i niestety szybko nie wrócą do domu, więc spacery z twoją babcią są nieaktualne.
- To bardzo niedobrze... Dziękuję, że mnie pani o tym informuje... - Zwiesiłam głowę.
- Ale nie martw się, nie przyszłam tutaj przekazywać tylko złe nowinki.  Chciałam zaproponować swoją pomoc, ja mogę zastępować panią Deemor. Jeśli oczywiście twoja babcia nie ma nic przeciwko. - Kobieta była naprawdę bardzo miła.
- Na pewno nie. Proszę niech pani siada. - Zaprowadziłam ją do kuchni. - Herbaty?
- Tak,  poproszę.
Wlałam ciepłą wodę do dwóch kubków.
- Pójdę i zawołam babcię, na pewno chce pani ją poznać. - Wróciłam do staruszki i pomogłam jej przejść do kuchni.
Usadziłam ją przy stoliku i wyjaśniłam powód wizyty naszej sąsiadki, a następnie podałam obu paniom herbatę.
- Babciu idę zrobić lekcje. Zawołajcie mnie, gdy już skończycie. - Ruszyłam do pokoju.
Usiadłam przy biurku i wyjęłam książki. Tak panna kryminalistka odrabia lekcje.
Matma poszła mi bardzo szybko, później tylko wos i już wszystko było skończone.
Wróciłam do kuchni. Kobiety rozmawiały ze sobą w najlepsze.
- Pani Haddock jest naprawdę bardzo miła, podziękuj jej Astrid ode mnie jeszcze raz. - Położyłam babcię z powrotem do łóżka, gdy sąsiadka już od nas wyszła.
- Podziękuję. Babciu muszę dzisiaj wyjść z przyjaciółkami, jedna z nich ma urodziny i chciałabym być z nimi. - Małe kłamstewko.
- Dobrze, ale kiedy wrócisz? - Spytała ściągając surowo brwi.
- Jak najszybciej, nie martw się, będę przed dwunastą, obiecuję, wezmę kluczę i naprawdę obiecuję cię nie obudzić.
Staruszka pokręciła głową.
- Nie zgadzasz się? - Mój ton był chyba nieco bardziej ostry niż powinien.
- Nie mogę ci niczego zakazać. To znaczy mogę, ale nie chcę, bo tylko na własnych błędach się nauczysz, Słoneczko. Wróć przed dwunastą jak mówisz i uważaj na siebie. Mam nadzieję, że nie będziecie wyprawiać głupot i że ograniczycie alkohol, który bardzo szkodzi zdrowiu. No i uważajcie na chłopców, na nich zawsze trzeba uważać. - Klepnęła  mnie delikatnie w policzek.
- Babciu, wiem o tym... A alkoholu nie piję, wiesz przecież.
- Myślisz, że ja nie mówiłam tego samego mojej mamie? Mówiłam, a potem dostawałam lanie, za to, że jestem taką puszczalską lafiryndą. Matka mnie nienawidziła, najchętniej by mnie wydziedziczyła, ale pracowałam już w wieku szesnastu lat w bibliotece i przynosiłam do domu jedyny, marny zarobek, więc tylko mnie biła. - Babcia uśmiechnęła się na te wspomnienia.
W pewnym sensie jesteśmy bardzo podobne, zbuntowane, ukrywające prawdę i stwarzające pozory groźnych i niedostępnych lasek, ale wiem, że babcia nie opuściłaby swojego rodzeństwa nawet dla jakiegoś gorącego Meksykanina, tak jak ja, nie opuszczam jej.
- Kocham cię. - Szepnęłam.
- Wiem, ja ciebie też. - Znów poklepała mnie po policzku. - No idź już. Zanim się przygotujesz trochę czasu minie, aż taka piękna Astrid to ty nie jesteś. - Staruszka uśmiechnęła się ze swojego żartu, a jej oczy zginęły w siateczce zmarszczek.
Również uśmiechnęłam się pod nosem.
- Zjesz jajecznicę? - spytałam.
- Nie, nie mam ochoty na jajka.
- Niestety niczego nie zdążę ci przygotować. - Musiałam się jej jakoś odwdzięczyć.
Babcie skrzywiła się, założyła ręce na krzyż i przez chwilę wyglądała jak mała, naburmuszona dziewczynka.
- Wiem, że zjesz. - Rzuciłam wychodząc z jej sypialni.
- Zjem, zjem.
Weszłam do kuchni i usmażyłam kolację. Zrobiłam również herbatę i zaniosłam ją babci, która bardzo chętnie zjadła jednak jajka.
Ruszyłam do swojego pokoju i skierowałam się do szafy.
Który to w ogóle jest Holder? - Zastanawiałam się, szukając odpowiedniego stroju.
Ja i babcia nie byłyśmy biedne, moja szafa też nie była biedna. Miałam wszystko co chciałam mieć. Rodzice pracują w Norwegii i co miesiąc przysyłają mojej babci sporą sumkę. Babcia oczywiście zostawia coś na wydatki domowe, takie jak rachunki czy zakupy, a resztę często oddaje mi. Nie narzekam na brak kasy. Czasem tęsknie za rodzicami, ale już się z tym pogodziłam. Wiem, że gdybym została w Norwegii, nie miałabym miłości, ani ich uwagi. Są bardzo zapracowani. Ale udało mi się połączyć dwie rzeczy: kasę i miłość. To może okrutnie brzmi, ale w sumie nie chciałabym, żeby było inaczej.
W końcu wygrzebałam z szafy czarną, krótką spódniczkę. Do tego postanowiłam założyć srebrny, cekinowy top. Zrobiłam makijaż, który zdecydowanie nie należał do delikatnych, usta pomalowałam fioletową szminką, a włosy związałam w wysoki kucyk. Porwałam jeszcze czarną kopertówkę, do której wcześniej wpakowałam jakieś drobiazgi i oczywiście papierosy.
Zeszłam na dół i założyłam fioletowe szpilki.
- Wychodzę! - Krzyknęłam w głąb domu i wyszłam na dwór, zanim babcia zażądała, żebym się jej pokazała.
Ruszyłam do garażu i po chwili siedziałam już w moim audi, które dostałam od rodziców na urodziny. Jak już mówiłam, czasem dobrze jest mieć bogatą rodzinę, której się prawie wcale nie widuję.
Wyjechałam za bramę i po chwili pędziłam już drogą po moje koleżanki, żeby podwieźć je również na imprezę.
Dziesięć minut później wysiadałam już z auta.
Czas zacząć zabawę.
Weszłam do domu tego całego Holdera. Na korytarzu była masa ludzi, przez którą musiałam się przecisnąć, żeby wejść do kuchni. Gdy w końcu udało mi się to zrobić, usiadłam przy barku i nalałam sobie troszeczkę whisky. Upiłam łyk bursztynowego płynu.
- Cześć Astrid! - Podbiegła do mnie moja "przyjaciółka" Emma i ucałowała mnie w policzek. - Muszę przedstawić ci Holdera! Jest boski!
Kiwnęłam głową i wróciłam do mojego drinka.
Po chwili w drzwiach kuchni pojawił się Flynn.
- Cześć Holder! - Julek i brunet przybili sobie piątki.
Wreszcie dowiedziałam się, kto to jest Holder. Brawo dla mnie!
Wracając do Julka. Chłopak był ubrany w czarne, sprane i podziurawione dżinsy. Czarny t-shirt z nazwą jego zespołu idealnie opinał mu mięśnie brzucha. Całość idealnie dopełniała koszula w czarno-czerwoną kratę i czarne conversy. Wyglądał jak typowy, garażowy gitarzysta.
Gdy tylko mnie spostrzegł ruszył w moją stronę.
- Musimy pogadać. - Rzucił krótko.
- W sypialni? - Zatrzepotałam rzęsami.
Chłopak skrzywił się tylko.
- Chodź. - Nalegał.
Odwróciłam się i dokończyłam mojego drinka.
Wstałam i ruszyłam za Julkiem w głąb pokoju, gdzie tańczyło mnóstwo ludzi.
Chłopak sprytnie przedzierał się przez tłum i wyprowadził mnie w końcu na taras.
Usiadł na schodach i wpatrywał się w niebo.
Nie poszłam w jego ślady, bo gdybym to zrobiła, moja króciutka spódniczka odsłoniłaby wszystko.
- Adtrid. my nie możemy być razem. To koniec. Nie jedziemy już dalej. - Chłopak był niezwykle poważny.
Parsknęłam śmiechem.

Julek spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My razem? Serio? - Przewróciłam oczami, widocznie chłopak nic nie rozumiał.
- Tak, naprawdę. Moja dziewczyna o wszystkim się dowiedziała i jak możesz się domyślić wcale nie była z tego zadowolona...
- No, tak. To naprawdę poważne. - Moja wypowiedź kipiała sarkazmem.
- O co ci chodzi? - Chłopak odwrócił się w moją stronę.
Wzruszyłam ramionami.
- Powinieneś przestać traktować ją jak porcelanową lalkę. To nie jest odpowiednia osoba dla ciebie. Sex też uprawiacie z apteczką pod ręką i wybranym numerem pogotowia? - Starałam się utrzymać kamienny wyraz twarzy, ale to było tak cholernie trudne.
Julek zacisnął usta w wąską linię.
- Jesteś suką. Odczep się od nas, Astrid! I tak wiem, że naprawdę jej zazdrościsz.
- O, jaki pewny siebie. Nie, dzięki nie chciałabym być delikatnym kwiatuszkiem, dorastającym pod szklanym kloszem. - Ziewnęłam.
Chłopak wstał i zacisnął pięści.
- W każdym razie KONIEC. Nic nie było i nie będzie. Cześć. - Ruszył z powrotem do  środka.
Zostałam sama na tarasie. Chłodny, jesienny wiatr  owiewał moją nagą na ramionach skórę.
Koniec czego?
Weszłam do środka i znów podeszłam do barku. Zrobiłam sobie kolejnego drinka i usiadłam na wysokim krześle.
- Astrid! - W moją stronę biegła Emma ciągnąc za sobą jakiegoś chłopaka.
- Astrid, to Holder, najlepszy chłopak na całej imprezie i do tego mój. - Krzyknęła mi do ucha, żebym usłyszała, mimo grającej muzyki.
Trzeba przyznać, Holder był niezły. Wysoki, umięśniony brunet, z bardzo ładnymi zadbanymi dłońmi. Jedynym defektem były kręcone włosy, które przypominały mi owieczkę. Poza tym był naprawdę przystojny.
- Cześć Astrid. - Uśmiechnął się w moją stronę. - Kochanie, przyniosłabyś mi koszulę z samochodu, proszę. - Wyszczerzył się do Emmy, a ta jak na skrzydłach poleciała po jego ubranie.
Spojrzałam na niego sceptycznie.
- Chcesz się zabawić z kimś lepszym od Flynn'a? Jeśli tak, to chodź ze mną. - Podobała mi się jego pewność siebie.
Opróżniłam duszkiem szklankę i wstałam. Nie wiedziałam dokąd prowadzi mnie Holder, ale w sumie było chyba troszkę zabawnie.
Weszliśmy na piętro. po szerokich, drewnianych schodach.
Chłopak wprowadziła mnie do jednego z pokoi.
Sypialnia.
Nad małżeńskim łóżkiem wisiało olbrzymie zdjęcie pary młodej. Sypialnia rodziców, super.
- To, co zaczynamy? - To było raczej stwierdzenie, niż pytanie.
Stwierdziłam, że facetowi już kompletnie odwaliło.
- Raczej nie. Nie mam ochoty. - Zadarłam podbródek i usiadłam na łóżku.
- O Boże Astrid, dajesz dupy wszystkim. Co ci szkodzi? - Głos Holdera przerodził się w błagalny pisk.
- Po pierwsze: Nie mam ochoty, po drugie: to kosztuje, a po trzecie: nie umówiłeś się. Bez kolejki nie przyjmuję. - Naprawdę dobrze się bawiłam.
- To kiedy masz pierwszy wolny termin? - Znów ten błagalny jęk.
- Dla ciebie, za rok, w porywach do dwóch. Sorki Holder. - Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.
Zanim jednak zdążyłam je otworzyć, chłopak już był przy mnie. Odwrócił mnie jednym, silnym szarpnięciem i przycisnął mnie do drzwi. Potem zaczął nachalnie całować. Ohyda.
Nie zastanawiając się dużej ugryzłam go w wargę.
Brunet odskoczył i złapał się za wargę.
- Ty mała szmato! - Wrzasnął, wycierając krew w spodnie.
- Jesteś nachalny.
- Jestem napalony i wiem, że ty też.
- Jesteś pijany i jesteś idiotą.
- Proszę, jeden raz. Chcę cię przelecieć. Jeden, jedyny raz. - Znów wstał i podbiegł do mnie.
Jego ręce już chciały zawędrować pod mój top, ale moja dłoń znalazła się tym razem na jego policzku.
Znów odskoczył.
- Kurwa!
Miałam go dość. Chłopak był ostro pijany.
- Zapłacisz mi za to! Wezmę wszystko, co chcę! - Tym razem chwycił mnie za ręce i pchnął na łóżko.
Upadłam na miękką pościel i chyba trochę zaczęłam panikować, gdy jego ręka jeździła sobie tam i z powrotem po moim udzie.
Idiota.
Znów go uderzyłam. Wstałam, poprawiłam spódniczkę i ruszyła do drzwi.
- Astrid... proszę. Błagam. - Znów postradał zmysły.
- Nie. - W tym momencie do sypialni weszła Emma.
- Misiaczku. mam tę koszulę... Astrid?
- Cześć, twój chłopak to cwel. Jeśli chciałeś mnie przelecieć mogłeś wysłać ją do monopolowego, który jest pięć kilometrów stąd. Emma nigdy nie jeździ po pijanemu, a dla ciebie poszła by pieszo. Pięć minut nie nazywam seksem. - Rzuciłam przyjaciółce przepraszające spojrzenie i wyszłam z sypialni.
Po krzykach, jakie słyszałam mogłam wywnioskować, że Holder obudzi się jutro bez jaj, albo w ogóle się nie obudzi.
Przy Emmie byłoby to bardzo prawdopodobne.
Miałam dość tej imprezy.
Najpierw ten cholerny Julek, a potem idiota Holder.
Wyszłam z domu i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do mojego auta.
Wsiadłam za kierownicę i starałam sobie przypomnieć ile wypiłam i czy mogę jechać.
Nie mogę, ale co robię? Jadę.
Nieodpowiedzialnie, wiem.
Na szczęście na drodze było spokojniej niż przez ostatnie kilka godzin.
Przyjechałam pod dom, zaparkowałam samochód i weszłam do środka.
Poszłam do łazienki, zmyłam makijaż, ubrałam piżamę i  skoczyłam do łóżka. Włączyłam sobie jakąś komedię romantyczną, ale gdy tylko na laptopie wyświetlił się tytuł, zasnęłam.
Na szczęście nie śnił mi się żaden pierdolony Holder i Julek. Śnił mi się ktoś, kto ma okno od swojego pokoju naprzeciwko mojego. Ktoś, kto nigdy nie był na imprezie, ktoś, kto nigdy nie zwracał na mnie uwagi.



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 7 "Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja."

 Hej, hej, helloł :) 
Spóźnione życzenia świąteczne: Dużo zdrowia, chęci do pracy, miłości i radości z najmniejszych drobnostek, jakie spotykają was w życiu.
Wracając do rzeczy technicznych...
UWAGA UWAGA
Dowiedziałam się (po chyba 2 miesiącach), że w moim laptopie nie działa karta graficzna. Nie wiem, kiedy dostanę mój sprzęt z powrotem. Teraz korzystam z łaskawości mojego brata, a z tym bywa różnie. W każdym razie postaram się napisać jeszcze kilka rozdziałów i sukcesywnie wstawiać je przez kwiecień. Mam nadzieję, że się uda. 
Tutaj macie kolejny rozdzialik.  Przyznam się, że Anka nie miała wybaczyć Kristoffowi, no ale jakoś tak wyszło... Piszcie, czy wolelibyście inne zakończenie tego małego starcia.
Trzymajcie się ciepło, komentujcie i naprawdę bardzo was przepraszam, że prawie przez miesiąc mnie tutaj nie było. Chcę się zmienić, dla was!
Okej, nie zanudzam więcej, jeszcze raz wszystkiego dobrego !
                                                                                    
                                                                                      wasza Julu





Weszłam do mieszkania za Elsą. Jak zwykle panował tutaj bałagan, chyba się już przyzwyczaiłam. Siostra zdjęła kurtkę i rzuciła ją na wieszak, jednak przez chwilkę stała w zupełnej ciszy i nasłuchiwała.
- Wróciłam! - Krzyknęła bardzo głośno i pociągnęła mnie za rękę do kuchni.
- Od kiedy tu mieszkasz? - spytałam, gdy tylko zauważyłam kartony stojące przy ścianie. Wszystkie były podpisane imieniem blondynki.
- Yhm? - Mruknęła, wyciągając przy tym kubki i robiąc wiele zbędnego hałasu.
Ogólnie zachowywała się bardzo głośno. O co chodziło? Dziewczyna włączyła radio.
- Kakaa? - Udało mi się wyczytać z ruchu jej warg, bo muzyka skutecznie zagłuszała jej słowa. Skinęłam głową na TAK.
Dziewczyna wyjęła mleko z lodówki, podgrzała je w mikrofali i wrzuciła do kubka trzy łyżeczki czekoladowego proszku. Zamieszała napój, schowała mleko do lodówki, a wyjęła z niej bitą śmietanę i udekorowała nią kakao. Jejku, jak ja ją kocham. Zamoczyłam usta w czekoladowym płynie i jęknęłam zadowolona. Mniam, uwielbiałam kakao, szczególnie w taką ulewę, jaka rozpętała się za oknem.
- Jest pyszne... - Nagle do kuchni wpadł Kristoff, miał na sobie tylko czarne slipy. Mimowolnie spuściłam wzrok, wbijając go w podłogę.
Chłopak wyłączył radio i wyczekująco wpatrywał się w moją siostrę. Był jakiś inny... Miał rozczochrane włosy, jak po długiej drzemce, ale jego twarz była raczej rozogniona niż senna czy zaspana. Na pewno nie spał. Nie wyglądał, jakby spał...
Kriss wyszedł z kuchni bez słowa. Cała ta niema rozmowa, która toczyła się w moim towarzystwie była tak dziwna, że do końca nie wiedziałam o co chodzi.
Elsa usiadła przy mnie i upiła łyk swojego kakaa. Uśmiechnęła się do mnie, więc odpowiedziałam jej tym samym.
- Co u rodziców? - Spytała.
- Dobrze, mama znalazła pracę w przedszkolu...
- Naprawdę? To wspaniale. Dobrze, że coś robi, a nie załamała się doszczętnie. Dobrze zrobiłaś, że poszłaś do szkoły, to im pomogło. A co z tatą?
- Dobrze, wspiera mnie i jest naprawdę wspaniały. Wrócił do majsterkowania. Ma kilka drobnych zamówień na jakieś stołki dla sąsiadów. Wczoraj pomagałam mu założyć stronę internetową... Dają sobie radę.
Elsa westchnęła.
- Brakuje ci ich? Widzę. Czemu jesteś taka uparta? Czemu do nas nie wrócisz? - Dotknęłam jej dłoni.
Odwróciła wzrok i nic nie odpowiedziała. Po chwili usłyszałyśmy głosy, dochodzące z salonu.
- Idź!
- Ale dlaczego? Było przecież tak wspaniale...
- Było, proszę idź.
- Kriss... co cię napadło? - Wysoki głos damski przepełniony był rozczarowanie.
- Wyjdź.
Elsa szybko wstała i znów włączyła radio. Czemu chciała coś przede mną ukryć? Spojrzałam na nią, chcąc, żeby mi wyjaśniła, ale ona odwróciła wzrok, kompletnie mnie ignorując. Zanim pomyślałam, już byłam przy drzwiach i otwierałam je. Moim oczom ukazała się śliczna scenka rodzajowa, gdzie jakaś kształtna i dość niechlujnie ubrana blondynka całowała namiętnie Kristoffa, a on stał niedbale i wydawało się, że zupełnie go to nie obchodzi. Dziewczyna z każdą chwilą, która dłużyła się niemiłosiernie pojękiwała coraz głośniej, a jej palce coraz szybciej znikały pod koszulką chłopaka.
W końcu zdali sobie sprawę, że są obserwowani. Kriss odsunął od siebie dziewczynę, podał jej płaszcz i delikatnie, lecz stanowczo wypchnął ją z mieszkania. Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja. W końcu chłopak zamknął za nią drzwi, odwrócił się i zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Chciałam się obrócić, wrócić do kuchni i udawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ale chyba było to nie możliwe. Kristoff wpatrywał się we mnie obojętnie z nutką złości widoczną w jego oczach. Poczułam uścisk na swoim ramieniu. Siostra wciągnęła mnie do kuchni, posadziła za stołem, podała kakao i wyszła z pomieszczenia. Zmieszana wpatrywałam się w podłogę pokrytą dużymi, szarymi kafelkami.
Po co ja tam weszłam?
Kuchnia była dość duża, miała tylko dwa szerokie okna na jednej ze ścian, wprost na przeciwko drzwi.
Kim była ta dziewczyna?
Przy ścianie sąsiadującej ze ścianą z oknami stał stolik, przy którym siedziałam. Był z jasnego drewna, ale miał metalowe nogi. Każde krzesło było inne, jakby każdy domownik przywlókł po jednym krześle ze swojego poprzedniego domu. Jednak wszystko do siebie pasowało.
Dlaczego on był na mnie zły?
Na przeciwko stolika, przy ostatniej już ścianie stały metalowe, szare szafki z drewnianymi blatami. Była tam jeszcze nieduża lodówka w kolorze miętowym z mnóstwem magnesów na drzwiach. Między dwiema szafkami stała kuchenka z piekarnikiem. Ciekawe, kto ostatni tam gotował.
Znów sięgnęłam po kakao. Nie zorientowałam się, że wypiłam już wszystko. Podeszłam do blatów i wsadziłam kubek do zlewu. Oparłam się plecami o lodówkę.
O co chodziło?
I czemu teraz jest mi jeszcze gorzej, niż wcześniej?
W końcu drzwi kuchni uchyliły się i wkroczył do niej Julek. Rzucił swój czarny, zniszczony plecak na stół i podszedł do ekspresu.
- Cześć, co tu robisz? - Spytał obojętnie, sypiąc kawę do odpowiedniego zbiorniczka.
Dopiero teraz spostrzegłam, że tu jest.
- Nic, właściwie nie powinno mnie tu być. Chyba się będę zbierać...  - Odsunęłam się od lodówki.
- Jest Elsa? - Brunet mieszał kawę.
- Tak. Jest, ale nie wiem gdzie.
- Pewnie u siebie. Czy coś się stało? - Spojrzał na mnie sceptycznie, jak ojciec, który ocenia, czy jego dziecko nie symuluje czasem choroby, żeby nie iść do szkoły.
- Nie, wszystko w porządku. - Uśmiechnęłam się, żeby moje słowa stały się jeszcze bardziej wiarygodne.
No bo, przecież nie powiem mu, że chyba jestem zazdrosna... Nie jestem zazdrosna. Dlaczego w ogóle tak myślę?
- Wszystko okej. - Powtórzyłam jeszcze raz, chcąc przekonać chyba bardziej siebie, niż Julka.
- To git. - Podniósł plecak i wyszedł z kuchni, a ja znów zostałam sama i za bardzo nie wiedziałam, co mam z sobą uczynić.
Nie chciałam wychodzić z kuchni. Musiałabym wejść do salonu, gdzie pewnie siedzą jacyś ludzie. Śmieszne, nawet do końca nie wiedziałam ile ich tam może siedzieć. Zastanawiałam się, po co ja właściwie tutaj przyszłam. Przecież chyba większość (oprócz Elsy) tutaj za mną nie przepadała.
Znudzona i kompletnie zdezorientowana z przyzwyczajenia stanęłam przy zlewie i zabrałam się za mycie naczyń. Woda i detergenty to bardzo dobre połączenie. Jeden talerz, kubek, sztućce i w końcu obok mnie pojawiła się spora kupka umytych już naczyń. Gdy już prawie skończyłam, do kuchni wmaszerował Kristoff, a za nim Elsa.
Odwróciłam się w ich stronę trzymając w ręku mokry talerz i szmatkę. Chłopak wbił wzrok w ziemię.
Blondynka dała mu kuksańca w żebra.
- Zostawiam was. Muszę jechać na uczelnię. Kriss cię odwiezie, Aniu. - Uśmiechnęła się do mnie, a ja walczyłam ze sobą, żeby nie wrzasnąć. Wbiłam w nią błagalne spojrzenie, ale ona tylko pokiwała głową i wyszła. Cholera, super.
- Woda. - Usłyszałam głos chłopaka.
- Co woda? - Nie rozumiałam (znowu).
- Kapie na podłogę. - Blondyn wyjął z mojej ręki ścierkę i talerz. Powycierał naczynie i odstawił je na czystką kupką, po czym schylił się tuż przede mną i zaczął wycierać podłogę. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Miałam mu pomoc? Zanim jednak podjęłam jakąkolwiek decyzję, Kriss już skończył, wstał i spojrzał na mnie.
Chciałam się cofnąć, ale za moimi plecami znalazła się szafka. Westchnęłam i oparłam się o nią.
- Dzięki za naczynia, dzisiaj była moja kolej, ale skoro ty to zrobiłaś... no cóż. Moje szczęście. - Błysnął zębami w cwanym uśmieszku.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, sprawić, żeby przestał być takim macho.
- Taaa, jedna laska zmyje za ciebie naczynia, a druga zaspokoi inne potrzeby... - Przewróciłam oczami.
- To chyba nie twoja sprawa...
- Nie chcę, żeby to była moja sprawa. Możesz robić co chcesz, jesteś dorosły i sam odpowiadasz za swoje czyny. - Podniosłam głowę i wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cieszę się, że to rozumiesz. - Wycedził przez zęby i odłożył szmatkę na blat.
Potem zabrał się za posprzątanie naczyń. Nie zamierzałam mu pomagać, nawet za bardzo nie umiałam. Nie wiedziałam, gdzie schować duże talerze obiadowe, a gdzie małe, śniadaniowe.
W końcu Kriss skończył.
- Chcesz już wracać do domu?
- Chyba się przejdę. Kończę lekcje dopiero za pół godziny, więc dotrę do domu, w samą porę, tak, jakbym wracała ze szkoły...
- Jak chcesz, ale Elsa prosiła mnie, żebym cię odwiózł.
- Ale ty nie chcesz, więc nie fatyguj się. Poradzę sobie sama. - Znów zadarłam głowę do góry.
- Okej. Droga wolna. - Wskazał głową na drzwi.
Zdenerwowana ruszyłam w stronę wieszaka, porwałam swoją kurtkę i założyłam ją na siebie.
Kristoff pojawił się obok mnie i wyglądnął przez okno.
- Pada... - Rzucił obojętnie.
- Trudno. - Nie dam mu wygrać, niech odwozi swoje dziunie, ale nie mnie.
- Naprawdę będziesz szła w takim deszczu? - Udawał zdziwionego.
- Nie mów mi, że cię to obchodzi. Masz to w głębokim poważaniu i gdyby nie Elsa nawet byś ze mną nie rozmawiał, więc nie musisz się wysilać. Poradzę sobie, nie mam już siedmiu lat. - Zaczynał mnie wkurzać.
Chłopak parsknął śmiechem.
Byłam kompletnie zbita z tropu. Ostatnio zauważyłam, że gdy przebywam w jego otoczeniu,  to najczęściej nie wiem co się dzieje.
- Co cię tak bawi? - Uniosłam brew.
- Nie nic. Idź już. - Kącik jego ust ciągle drgał.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z mieszkania. Niech nie myśli, że tylko blefowałam. Nie potrzebuję go.
Zeszłam po schodach i w końcu znalazłam się na świeżym powietrzu. Pogoda rzeczywiście nie była najpiękniejsza. Wiał mocny wiatry, więc zarzuciłam kaptur na głowę i brnęłam dalej w fali deszczu, aż do domu.
- Anka!
Udałam, że niczego nie słyszę.
- Anna!
Dobrze wiedziałam, że to Kristoff.
Po chwili poczułam jego rękę na moim ramieniu. Chłopak obrócił mnie w swoją stronę.
- Zawiozę cię. - Jego oczy błyszczały znowu w inny sposób
- Wal się. - Chciałam odpowiedzieć trochę ostrzej, ale w sumie nie chciałam, żeby miał satysfakcję, że mnie zdenerwował.
- Kurde, Elsa mnie zabije, jak się dowie, że cię wypuściłem w taką ulewę.
- Nie będę po tobie płakać.
- Kłamiesz. - Znów jego cwaniacki uśmiech.
Odsunęłam się o krok.
- Jesteś najbardziej denerwującym chłopakiem jakiego znam. Zmieniasz się, z każdą sekundą i naprawdę nie wiem, czego mam się po tobie spodziewać. Czasem się tego boję, ale dzisiaj mam cię dość. I nie udawaj, że ci zależy i robisz to z dobrej woli. - Westchnęłam i ruszyłam znowu w stronę domu.
Nie uszłam jednak nawet pięciu kroków, gdy Kristoff pojawił się przede mną, chwycił mnie w pasie, uniósł i przerzucił sobie przez ramię
Byłam tak zdezorientowana, że prawie mnie sparaliżowało. Szybko jednak odzyskałam fason i zaczęłam go tłuc po plecach.
- Puść mnie!
Nie reagował.
- Do cholery jasnej, Kristoff! - Uderzyłam go po łopatkach i usłyszałam lekkie syknięcie, które wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Chłopak zawlókł mnie z powrotem prawie pod same drzwi ich kamienicy. Przystanął, otworzył drzwi samochodu, postawił mnie na ziemi, a potem wepchnął na siedzenie. Zamknął drzwi, wskoczył prędko na swoje siedzenie i zablokował zamek, żebym nie mogła się wydostać.
- Wypuść mnie! - Byłam już tak zdenerwowana, że najchętniej przywaliłabym mu w ten jego krzywy nos.
- Nie. Jedziemy do domu. - Nie zapalił jednak silnika, cały czas się ze mną droczył.
Znów widziałam drgający kącik jego ust.
- Nie, masz mnie wysadzić! Mam dość! Nie chcę spędzić ani jednej minuty więcej z tobą! - Wrzeszczałam.
Chłopak znów parsknął śmiechem, a ja nie wytrzymałam i wymierzyłam mu policzek.
Kriss złapał się za piekące miejsce i skulił się.
Cholera.
- Jezu, przepraszam, nic ci nie jest? - Pochyliłam się nad chłopakiem, opierając dłonie o jego fotel. - Kriss, przepraszam. - Próbowałam spojrzeć mu w oczy.
Nagle chłopak podniósł się, chwycił mnie, wsuwając swoją dłoń pod moje plecy. Teraz jego głowa była nade mną, a je leżałam na jego ręce.
- Nie robię tego, bo ktoś mi każe. Robię to, żebyś nie zmokła i nie przeziębiła się i żebyś następnym razem, jak cię wkurwię uderzyła mnie równie mocno jak teraz. - Jego twarz była dziwnie blisko mojej. Miałam nieodpartą ochotę zamknąć oczy, ale na razie musiałam skupić się na ponownym uruchomieniu mojego układu oddechowego. Blondyn wypuścił mnie z uścisku, a ja pośpiesznie wróciłam na swoje miejsce.
- Przepraszam. - Zapalił silnik.
- Ja też.
Spojrzał na mnie i jego kąciki znów poszły do góry.
- Jesteś urocza, jak się wnerwiasz.
Przewróciłam oczami.
- Zaraz znów dostaniesz po twarzy. Jedź i już nic nie mów. Zamilcz, proszę. - Zamknęłam oczy.
Chłopak, o dziwo spełnił moją prośbę.





niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 6 "- Okej, ale chcę kakao. Dużo kakaa i czekoladę. - Wygramoliłam się z auta."

Okej. Macie taki "lekki" rozdzialik. Chciałam was przeprosić za moją nieobecność (masakra), ale mój komputer umarł i nie mam na razie do niego dostępu. Dzisiaj wysępiłam sprzęt mojego brata i dokończyłam zaczęty już jakiś czas temu rozdzialik. Postaram się dodawać częściej posty, ale niestety będzie to bardzo trudne i musicie uzbroić się niestety w cierpliwość, bo jestem skazana na łaskę mojego brata... Eh...
No dobrze, mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. W sumie nie wyjaśnia się tutaj zbyt dużo, ale na razie musi zaspokoić waszą ciekawość. Proszę o komentarze, bo muszę wiedzieć, co trzeba jeszcze poprawić :)
Czytajcie więc i komentujcie.

Życzę wam miłego poniedziałku (hahahaha).  Nie, naprawdę wam życzę, żeby był miły. No i oczywiście pięknej i cieplutkiej wiosny, która zbliża się do nas wielkimi krokami.

Trzymajcie się ciepło! Dobranoc :)
                                                                      Julu





Kolejny upiorny poniedziałek. Minęło dopiero siedem  tygodni szkoły, a ja już chcę wakacje. Tak, tak, jestem niesprawiedliwa! Ale nie chce tam iść.
- Oh... - Zdusiłam krzyk, przykrywając głowę poduszką.
- Merida! - Mama budziła mnie już trzy razy.
- Idę, no idę! - Zwlekłam się z łóżka i niechętnie podeszłam do szafy.
Wyjęłam pierwsze lepsze dżinsy i zwykły, szary t-shirt. Pełen luz i swoboda.
Już ubrana ruszyłam do łazienki.
- Dzień dobry. - Mama stała przed lustrem czesząc swoje długie, ciemne włosy.
- Dzień dobry. - burknęłam i zabrałam się za mycie zębów.
- Co dziś zrobiłaś pożytecznego? - Mama uwielbiała zadawać filozoficzne pytania, które miały nas (mnie i moich braci) skłonić do refleksji nad sobą.
- Wstałam. - Wysepleniłam plując przy tym pastą.
Matka uporczywie wpatrywała się we mnie.
- A ty? - Według niej należało okazać zainteresowanie, więc oczekiwała zawsze pytania zwrotnego.
- Oh, miło że pytasz... - (Bo tego oczekujesz?) - Wstałam rano, zmieniłam pościel, zrobiłam dzieciakom śniadanie, wyprawiłam tatusia do pracy, odprowadziłam chłopaków na autobus i teraz zajęłam się sobą. - No kto by pomyślał? Przewróciłam oczami i skończyłam mycie zębów.
Następnie przemyłam twarz wodą i zabrałam się za szczotkowanie moich kręconych, ognistych kudełków. Rozczesywałam je bardzo dokładnie słuchając przy tym paplaniny matki.
Jak zwykle to samo. "Kiedyś będziesz musiała mi wreszcie pomagać, Merido." "Powinnyśmy się podzielić obowiązkami..." "Nie tylko ja mieszkam w tym domu i nie tylko ja robię tutaj bałagan."
ZWARIUJĘ!
- Dobra, mamo muszę lecieć! - Ucałowałam ją w policzek, zbiegłam do kuchni, porwałam śniadanie  i z plecakiem wybiegłam do szkoły. Gdy tylko wyszłam na dwór, odetchnęłam z ulgą. Cisza i spokój. Doszłam w końcu do skrzyżowanie, gdzie zawsze czekam na Czkawkę.
Wyjęłam telefon i sprawdziłam godzinę. Powinien już tutaj być. Wypatrywałam go, ale nie nadchodził.
- Kolejny, który zamierza mi zniszczyć poranek. - Już miałam iść, gdy podjechało w moją stronę niskie, zielone auto.
Zatrzymało się dokładnie przy mnie, co może odrobinę mnie speszyło. Po chwili jednak byłam już uśmiechnięta i szczęśliwa.
- Cześć Meri! - Czkawka uchylił szybę. - Popatrz jaką mamy dzisiaj podwózkę. - Wyszczerzył swoje białe zęby.
Zajrzałam do środka i zaczęłam piszczeć.
- Jack! - Wsiadłam na tylne siedzenie i przytuliłam przyjaciela.
- Cześć Meri. - Uśmiechnął się. - Znów wyskoczyłaś do góry. - Byłam bardzo niska, jak na swój wiek, ale chłopak często mnie pocieszał.
- Jak było? - Spytałam. - Umieram z ciekawości, nic się nie meldowałeś!
Jack uśmiechnął się, przeczesał ręką swoje białe włosy i wiedziałam, że zbiera się, żeby coś powiedzieć.
- No mów! - Szarpnęłam go za ramiona.
Czkawka też ciekawie wpatrywał się w przyjaciela.
- Dobrze. Spędziłem z nim dwa miesiące. Dziadek jest tak strasznie podobny do taty...Bardzo mi go przypomina. - W oczach pojawiły mu się iskierki.
- Mówiłam ci, że to naprawdę dobry pomysł, żebyś do niego pojechał. Ja wiem, że nie chcesz rozgrzebywać tych wszystkich ran, ale może warto byłoby zapracować na nowe, lepsze wspomnienia z choćby tymi, którzy ci jeszcze zostali, Jack.
Chłopak spoważniał.
- Tak. Miałaś rację. Moje obawy... W sumie były bezpodstawne. Dziadek, no wiecie... jestem jego wnukiem, kocha mnie. Tylko ja się jeszcze do tego nie przyzwyczaiłem...
- Daj sobie trochę czasu. A teraz skoro już siedzimy w twoim auteczku, to możesz zrzucić nas do szkoły. - Uśmiechnęłam się.
- Jack Frost, taksówka na zawołanie! - Chłopak zamknął okna i ruszyliśmy do szkoły.
___________________________________________________________________________________

Weszłam właśnie do szkoły. Za tydzień miną dwa miesiące od kiedy zaczęłam uczęszczać do szkoły (notabene mojej pierwszej). Ruszyłam korytarzem w stronę szafek, żeby wyjąć odpowiednie książki. Podeszłam do mojej szafki i chwile mocowałam się z kluczykiem. Jak zwykle nie chciała się otworzyć. Po kilku kuksańcach i moich przekleństwach metalowe drzwiczki w końcu odpuściły. Wrzuciłam potrzebne podręczniki do torby i ruszyłam pod pierwszą salę, w której miałam mieć matematykę. Nauczycielka była już bardziej "milsza" od czasu, kiedy posadziła mnie w osobnej ławce i kazała napisać kartkówkę. Zrobiłam to bardzo dobrze, a dodatkowo wykonałam kilka zadań dla uczniów "uzdolnionych",  które też zrobiłam bezbłędnie. Chcąc nie chcą musiała mi wpisać szóstkę. Teraz jest już lepiej. Chociaż czasem nie pamiętam o telefonie... Ale się staram, naprawdę. Usiadłam na podłodze. Lekcja miała zacząć się za dziesięć minut. Postanowiłam wyjąć książkę "O losach ludzi nieprzeciętnych" i przeczytać choćby jeden rozdział. Ostatnio bardzo wciągnął mnie ten psychologiczny wywód. Nie zdążyłam dokończyć nawet jednej strony, bo pojawiła się rudowłosa Merida i jej przyjaciel Czkawka.
- Cześć! - Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- No hej. - Pomachałam również Czkawce, który skinął głową i uśmiechnął się nieśmiało. - Co ty taka szczęśliwa od rana? - Spytałam.
Dziewczyna pisnęła radośnie.
- Wrócił nasz przyjaciel. Spędzał całe wakacje u swojego dziadka, więc nie widzieliśmy się bardzo długo i trochę za nim tęskniliśmy, co nie Czkawka? - Szturchnęła bruneta w bok.
- Yhym. - Przytaknął jej.
- No i właśnie dzisiaj wrócił.
- To wspaniale! - Uśmiechnęłam się ponownie.
- Zgadzam się. To rzeczywiście wspaniale. - Rozmowę przerwał nam dźwięk dzwonka.
Wstałam z podłogi, podniosłam torbę i weszłam do klasy. Zajęłam moje stałe miejsce, wyciągnęłam książki i usadowiłam się wygodnie.
- Dzień dobry wszystkim. Dzisiaj przypomnimy sobie działania na potęgach oraz pierwiastkowanie. Zapiszcie temat. - Nauczycielka zaczęła lekcje.
Pochyliłam się nad zeszytem i zarejestrowałam ciche chichoty za moimi plecami. Odwróciłam się i ujrzałam złośliwie uśmiechniętą blondynę. Znów wróciłam do notatek, ale chichoty z tyłu bardzo mnie rozpraszały. Po kilku minutach odwróciłam się zdenerwowana.
- Co was tak śmieszy? - Krzyknęłam.
Wszystko na chwilę zamarło. Nauczycielka przerwała w pół słowa tłumaczenie jakiegoś zadania.
- No powiedźcie mi! - Czułam, że przestaje nad sobą panować.
Blondynka znów się uśmiechnęła.
- Arendelle? Co to ma znaczyć? - Kruczowłosa matematyczka odzyskała mowę.
- Od początku lekcji słyszę chichoty i nie mogę skupić się na zadaniach. To bardzo rozpraszające. - Starałam się, żeby mój głos nie brzmiał dziecinnie.
- Przestań się czepiać i pozwól przeprowadzić mi w spokoju lekcje. A wy macie się uciszyć. Usłyszę jedno słowo i lądujecie z uwagą u dyrektora. - Powiodła wzrokiem po tyłach klasy.
Usiadłam wzburzona na krześle i z powrotem pochyliłam się nad zeszytem. Mój spokój nie trwał jednak długo, bo po chwili dostałam papierową kulką po głowie. Przymknęłam oczy. Nie dam im tej satysfakcji.
Podniosłam kulkę, wstałam z ławki i podeszłam do stolika, gdzie siedziała blondynka.
- Chyba to zgubiłaś. - Uśmiechnęłam się słodko i położyłam papierek na jej ławce.
Dziewczyna była trochę zbita z tropu, ale szybko odzyskała fason.
Rozwinęła kartkę i spojrzała na mnie.
- Nie... To raczej zaadresowano do ciebie. - Pokazała mi papierek. - Dziwka, to na pewno do ciebie. - Uśmiechnęła się słodko, parodiując mnie.
Ja nie mogę, co za jędza!
- Z czym znowu macie problem? - Nauczycielka podeszła do nas i wyrwała karteczkę z rąk dziewczyny. - Co to jest Astrid? - Spytała,  marszcząc czoło.
- To nie moje. Ania to przyniosła. - Znów rzuciła mi uroczy uśmieszek.
- Arendelle? Co to ma znaczyć?
Przewróciłam tylko oczami. Czy naprawdę wszyscy byli tacy ślepi?
- Astrid rzuciła we mnie kulką papieru, więc jej oddałam. Jestem raczej uczciwym znalazcą...
- Dość! - Kobieta poczerwieniała na twarzy. - Mam was dzisiaj serdecznie dosyć! W tej chwili pójdziecie obie do dyrektora i wyjaśnicie sobie tę sprawę! - Krzyczała.
Spakowałam moją torbę i wyszłam z klasy. Astrid niespiesznie szła za mną.
- O co ci chodzi? - Odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam na nią z ukosa.
- Oh... Naprawdę nie wiesz? Przecież ci mówiłam, ale jak widać nie dotarło. - Zaczęłam podziwiać swoje pomalowane paznokcie, kompletnie mnie ignorując.
- Co ci to da, że będziesz mi dogryzać? - Próbowałam rozgryźć jej taktykę.
Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
- Oj ile ty się jeszcze musisz nauczyć. Nikt ze mną nie zadziera, nikt. Rozumiesz? - Potrąciła mnie ramieniem i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
Super. Uwielbiam pogadanki z dyrektorami.
___________________________________________________________________________________

- Elsa, musisz po mnie przyjechać. - Ledwo co powstrzymywałam łzy, pędząc korytarzem w stronę łazienki.
- Proszę, ja nie chcę tu dłużej być! - krzyknęłam błagalnie.
Wpadłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą. Wyglądałam okropnie. Oczy były zeszklone, a buzia całą czerwona. Przypominałam zrozpaczonego buraka, o ile w ogóle istnieją zrozpaczone buraki. Oparłam się o zimną, wykafelkowaną ścianę.
Moje pierwsze wykroczenie (do tego oczywiście niesprawiedliwe) i już miałam zostać przez trzy dni po lekcjach. Rodzice mnie zabiją. Jestem cholernym magnesem na kłopoty. Dodatkowo Astrid została tylko pouczona. Co jest, że nawet nauczyciele tratują ją jak królową.
Kolejny dzwonek. Przemyłam jeszcze raz moją twarz i wyszłam z łazienki. Starałam się wpatrywać cały czas w podłogę, bo chciałam uniknąć spojrzeń ciekawskich gapiów.
Weszłam do klasy i usiadłam na końcu pod oknem. Miałam dobry widok, więc powinnam widzieć, kiedy moja kochana siostra przyjedzie i wyciągnie mnie z tego gówna. Nie chciałam dzwonić po rodziców, bo skończyłoby się to niemiło i dla nich i dla mnie.
Do sali wszedł młody mężczyzna. Student. Może trzy lata starszy ode mnie. Był miły. Nazywał się Hans. Zaczął opowiadać o swoim przedmiocie nazwanym ogólnie "filozofią społeczeństwa". Przez pierwsze dziesięć minut tłumaczył nam, czym dokładnie będziemy zajmować się na jego lekcjach.
- Dobrze, przechodzimy do pierwszego tematu. - Jego głos był miękki, lekko zachrypnięty. Nie zdążył jednak podać niczego, po drzwi do sali otwarły się i pojawiła się w nich moja siostra.
- Dzień dobry... Ja przyszłam zwolnić Annę Arendelle. Jestem jej siostrą. - Przeniosła wzrok na mnie, a ja uśmiechnęła się nieśmiało.
- Oczywiście... A jakie są powody tego zwolnienia pani...?
- Oh, Elsa. Elsa Arendelle. - Podała mu rękę. - Sprawy rodzinne. Bardzo pilne.  - Elsa była mistrzynią naginania prawdy, a właściwie kłamania. Bo prawda była tylko małą okruszynką w jej wypowiedziach.
- Oczywiście... już wypisuję zwolnienie. - Nauczyciel wpatrywał się w moją siostrę jak w obrazek. Spakowałam rzeczy, wstałam z ławki i podeszłam do Elsy.
- Do widzenia. - Uśmiechnęłam się w jego stronę, a on dopiero się otrząsnął.
- Tak, do widzenia. Już wypiszę zwolnienie. Do widzenia, do widzenia. - Odprowadziła nas, aż do drzwi klasy i uśmiechnął się do nas.
Wyszłyśmy w końcu na korytarz.
- Więc o co chodzi? - Blondynka splotła ręce na piersi i świdrowała mnie wzrokiem. - Nie poszłam przez ciebie na zajęcia. Nie wyglądasz jakbyś umierała.
- Ale umieram. Opowiem ci w samochodzie, bo pewnie będziesz kazała mi tutaj zostać, ale ja nie mam już na dzisiaj siły. A tak w ogóle spodobałaś mu się.
- Komu? - Spytała zdziwiona.
- No jemu. Temu nauczycielowi. Patrzył na ciebie jak na kremówkę, albo jak na książkę filozofa greckiego.
Dziewczyna zachichotała.
- Nie zauważyłam. Chodź. Muszę wracać do domu i pouczyć się w takim razie przez internet. Chwała zmodernizowanej uczelni! - Wyszłyśmy ze szkoły i ruszyłyśmy do autka Elsy.
- Tylko proszę nie mów, że znowu będziemy podwozić Kristofa. - Zamknęłam za sobą drzwiczki.
- Nie.
- To dobrze.
- On jest w domu.
- To niedobrze.
- Opowiedz może co się stało?
- Astrid się stała. Szkolna jędza. Dokuczała mi na matematyce i w końcu nauczycielka wysłała nas do dyrektora, ale to oczywiście ja dostałam trzydniową karę, a ona tylko i wyłącznie upomnienie. Znęca się nade mną, od samego początku. Mam jej dość! - Wykrzyczałam, zaciskając pięści.
Elsa cmoknęła z niezadowoleniem.
- Nie możesz się tak dawać.
- Ale jestem tam nowa, a ją nawet nauczyciele traktują jak królową. Wszystko uchodzi jej na sucho. Myślę, że jakby mnie zabiła, to i tak wszyscy powiedzieliby, że na pewno nie chciała tego zrobić i że trzeba jej wybaczyć.
Siostra zaczęła się śmiać.
- Mnie to nie bawi. - Dojeżdżaliśmy do mieszkania.
- Oj przestań. Poradzisz sobie z nią.
- Ale nie poradzę sobie z rodzicami.
- Oj, będę cię kryła. Powiemy, że źle się poczułaś i cię zwolniłam, a odsiadywankę wytłumaczysz jako wolontariat. Wiesz, pomoc gorszym uczniom i takie tam. Dasz radę. Troszkę kłamstwa ci nie zaszkodzi. - Mrugnęła do mnie.
- Okej, ale chcę kakao. Dużo kakaa i czekoladę. - Wygramoliłam się z auta.
- Ania, to tylko trzydniowa kara, a nie problem z chłopakiem.
- Chłopaki nie stwarzają problemów.
Elsa znów zaczęła się śmiać.
- Czyli to nie problem, że zostawię cię z Krissem. Muszę jednak jechać na uczelnię. - Wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Zupełnie mi to nie przeszkadza. - Skłamałam.
- Szybko się uczysz. - Znów do mnie mrugnęła i wpuściła mnie do mieszkania.

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 5 "Umarłem po tej imprezie, a po jej telefonie zmartwychwstałem."

Hej, tutaj macie kolejny rozdzialik. Już piąty! :)
Mam nadzieję, że wam się spodoba i zostawicie tutaj swoje opinie. Przepraszam za wszystkie błędy, ale już dzisiaj nie mam siły sprawdzać wszystkiego dokładnie.
Trzymajcie się ciepło i jutro... pniedziałek... EH
Dziękuję mojej Zuzi, która jest informatykiem :) Mam nadzieję, że padający śnieg i muzyka wprowadziły was w nastrój mojej opowieści.
Brawa dla Zuzi ♥♥♥


                                                                               Julu






Nareszcie sobota! Zerwałam się z łóżka już o godzinie 7:30. Ubrałam się w krótką czarną spódniczkę, bordową bluzkę z długimi rękawami i granatowy sweterek. Moje długie włosy rozczesałam i spięłam w wysokiego kucyka. Uszczęśliwiona wpadłam do kuchni, zrobiłam sobie śniadanie (tosty z serkiem białym) i zjadłam je w pośpiechu. Do termicznego kubka wlałam gorącą kawę i wepchnęłam do do dużej, brązowej torebki razem z pączkiem. Teraz wreszcie mogłam iść. Ubrałam już buty i kurtkę i na chwilę znieruchomiałam.
"Jak mogłam zapomnieć?"
Wróciłam do pokoju i porwałam z szafki nocnej notes i plan całej wystawy.
Wyszłam z domu około 8:15. Wsiadłam do mojego małego autka, które zostawiła mi babcia. Było w kolorze miętowym z tylko jedną parą drzwi. Babci nazywała je Frezją.
Po chwili ja i Frezja pędziłyśmy jeszcze pustą ulicą. Wystawa znajdowała się w centrum miasta w starym browarze. Lokal był niezwykle osobliwy, zbudowany z czerwonej cegły. Często tamtędy chodziłam, gdy szłam na zajęcia plastyczne.
Mijałam dobrze znane mi osiedle i odrobinę posmutniałam. JULEK.
Chłopak pojawił mi się przed oczami. Od naszej kłótni minęło jakieś 5 dni, a ja już kilka razy łapałam się na tym, że wybieram do niego numer.
Mieliśmy iść razem na tę wystawę razem, ale jednak tak nie będzie. Westchnęłam i odepchnęłam od siebie myśli o Julku. Ten dzień miał być szczęśliwym dniem.
Po kilkunastu minutach wjechałam wreszcie na parking przed galerią. Wysiadłam z samochodu, zabrałam torbę i ruszyłam do dużych, przeszklonych drzwi. W środku już znajdował się tłum ludzi, a wystawa zostanie oficjalnie otwarta dopiero za pół godziny. Miałam nadzieję, że porobię kilka zdjęć bez zbędnej widowni. Weszłam do środka i zdjęłam kurtkę. Przewiesiłam ją przez ramię, a z torby wyjęłam lustrzankę, którą dostałam od rodziców na urodziny. Zaczęłam moją przechadzkę wśród obrazów. Każda ściana była wypełniona jakąś formą sztuki. Przeważnie były to obrazy malowane farbą olejną, ale zdarzały się również akwarele, które o wiele bardziej mnie ciekawiły. Podeszłam do obrazu. Format przeciętny 1600/2400. Kompozycja utrzymana w ciepłych barwach z domieszką niebieskiego, który jakby gubił się w całej tej plątaninie kolorów. Zrobiłam zdjęcia. Przyjżałam się jeszcze raz obrazowi.
- Podoba ci się? - Podskoczyłam na ten dźwięk.
Obróciłam się za siebie i moim oczom ukazał się wysoki i szczupły blondyn. Jego włosy były w "artystycznym nieładzie", ale nawet ja wiem, że poświęcił tej fryzurze co najmniej pół godziny. Uśmiechał się do mnie lekko. Jego niebieskie oczy zerkały raz na mnie, a raz na obraz wiszący za mną.
- Tak. Niebieski wygląda tutaj idealnie. W zupełności zdołał się obronić. - Uśmiechnęłam się.
- John Smith. - Uścisnął mi rękę.
- Roszpunka Gottel. - Lekko ściskam jego nieco szorstką dłoń.
- Jesteś dziennikarką? - Unosi brew.
- Nie. Pasjonatką sztuki. - Znów się uśmiecham.
- I jak ocenisz moje dzieło? - Błyska szelmowsko swoim białym uzębieniem.
- Ciekawy. Przypomina mi trochę kojącą i upragnioną wodę na tle zabójczej lawy. - Odwracam się w stronę płótna.
- To bardzo piękne porównanie. Czy mogę oprowadzić cię po wystawie? - Podaje mi ramię i czeka na moją reakcję.
Zaczynam się wachać, ale przypominam sobie ostatni wybryk Julka i stwierdzam, że przecież nie robię nic złego. Znów nieśmiało się do niego uśmeicham i przyjmuję jego ciepły gest.
Od razu widzę, że jest naprawdę cenionym artystą. Opowiada mi o technikach, inspiracjach. Jest przy tym trochę próżny, ale da się wytrzymać.
- To moje ostatnie dzieło. Skończyłem je zaledwie trzy dni temu, farba zdążyła wyschnąć na ostatnią chwilę. Dopiero dziś rano tutaj dojechał. - Płótno przedstawiało drzewo, płaczącą wierzbę dokładniej mówiąc. Na jednej z jej gałęzi wisiała huśtawka, która lekko kołysała się w podmuchach wiatru. Krajobraz wydał mi się znajomy. Przekrziwiłam głowę zaciekawiona.
Chłopak patrzył na mnie wyczekująco.
- Ten mi się najbardziej podoba. Mam wrażenie, że skądś znam to miejsce... - Natarczywie wpatrywałam się w obraz.
- To raczej mało prawdopodobne. - Rzuca smutno.
- Dlaczego? - Odwracam się w jego stronę.
- Bo to miejsce już nie istnieje. - Odwraca wzrok i jakby nigdy nic zaczyna mi opowiadać o kolejnym dziele.
Nie zadaję pytań. To nie w moim stylu, jednak ciekawość każe mi otworzyć usta.
- Nie istnieje? - Pytam, gdy przechodzimy do głównej sali, w której ma nastąpić oficjalnie otwarcie.
- Tak. Już nie istnieje. Zobacz to Szumer! Szaleję za nim! Jest według mnie jedym z lepszych artystów. - Wskazał mi ruchem głowy starszego, siwego pana, którego bardzo dobrze znałam. Kilka razy pojawiał się na naszych zajęciach, ponieważ był patronem naszego "domu kultury".
Wyciągnęłam aparat i znowu zrobiłam kilka zdjęć. Napewno odbiję je w różnych filtrach. Fotografią również uwielbiałam się bawić.
Szumer zaczął od przywitania się i podziękowania wszystkim za przyjście.
- Mam nadzieję, że nie zawiedziecie są na moich pracach. Oczywiście jest tu również wiele dzieł innych artystów, których serdecznie pozdrawiam. Jak napewno wszyscy wiedzą, jestem patronem jednego domu kultury w naszym mieście i kilka dni temu udałem się do naszej wybitnej nauczycielki i razem z nią wybrałem kilka obrazów, które dzisiaj zadebiutują na naszej wystawie. Są to jeszcze bardzo młodzi artyści, ale niewątpliwie mają taleny. - Na dźwięk jego słów moje serce przyspieszyło.
- A więc zapraszam teraz do siebie kilku z nich. - Powoli wyczytał nazwiska moich kolegówi i koleżanek. Było ich w sumie czterech. Trzech chłopaków i jedna dziewczyna - Sara. Nie przepadałyśmy za sobą. Sara była dość... niemiła (to zbyt ładne określenie). Wiele razy zniszczyła moje prace, albo podkradła mi pomysł. Ale teraz ja jej zazdrościłam. Ile bym dała, żeby mój obraz był wśród wyróżnionych dzieł.
Na początku przedstawiono prace chłopaków. Wiedziałam co zobaczę, bo widziałam te prace jak jeszcze powstawały. Naprawdę były niezłe, a każdy następny obraz wydawał się lepszy od poprzedniego. Zadrżałam, gdy przyszła kolej na Sarę. Nie przypominałam sobie nad czym ostatnio pracowała, więc byłam bardzo ciekawa co to będzie.
- A teraz malowidło piękne jak ona sama. Przed państwem praca Sary Lowel. - Odsłonili obraz a ja zdusiłam w sobie krzyk.
To był mój obraz! Patrzyłam na MOJĄ pracę! Był na niej ukazany widok jeziora z setką kolorowych lampionów. To napewno moja praca. Malowałam to na podstawie zdjęć zrobionych na wakacjach. To festiwal lata w naszym mieście. Dokładnie takie samo zdjęcie znajduję się w moim komputerze. Oburzona ruszyłam w stronę sceny, gdzie ONA zbierała laury za MÓJ wysiłek.
- A ty gdzie? - Zostałam zatrzymana przez John'a.
- To mój obraz! - Krzyknęłam. - Malowałam go na podstawie moich prywatnych zdjęć, a teraz ona mi go ukradła! - Przypomniałam sobie, że przecież nie byłam na ostatnich zajęciach i to pewnie wtedy skorzystała z okazji.
Blondyn był nieco zdezorientowany.
- Jak to twój? - Spytał unosząc brwi.
- Mój. Widzisz prawy róg obrazu? Tam niebo jest niedokończone, bo nie zdążyłam dorobić farby. Ona nawet go nie skończyła. - Prychnęłam oburzona jej lenistwem i bezczelnością.
- Masz rację. Jest nieskończony. - Chłopak popatrzył na mnie ze współczuciem. - Co zamierzasz zrobić? - Jego czujne tęczówki skanowały moją twarz.
- Iść tam i odzyskać moją pracę. - Wysapałam wściekła.
John pokiwał głową i stwierdził, że to bardzo absurdalny pomysł. Zaproponował mi swoją pomoc, ale miałam odłożyć to na sam koniec pokazów.
Zgodziłam się, ale bardzo niechętnie.
Gdy rozpromieniona Sara schodziła ze sceny, ja posłałam jej mordercze spojrzenie.
Chwilę trwała walka, kto pierwszy odwróci wzrok. Naszczęście była to ona.
Miałam ochotę wyszarpać ją za kudły, alebo przynajmniej powyzywać ją od najgorszych, ale John skutecznie zasłonił ją przed moim wzrokiem.
- Później. Zachowuj się normalnie, bo zapowiadasz się naprawdę dobrze. Obraz jest niczego sobie. - Puścił do mnie oczko i znów zaczął oprowadzać mnie po galerii.
Starałam się stłumić w sobie złość i cieszyć się wystawą i nawet kilka razy mi się to udało. Dotrwaliśmy w końcu do pory lunchu, w której to postanowiliśmy działać. John zaprosił Szumera do naszego stolika i przedstawił problem. Profesor nawet nam uwierzył, ale kazał dostarczyć dowody, że mam to zdjęcie w moim komputerze i że należy ono do mnie. Chciałam wyjść z tego całego gówna z twarzą, jeszcze zanim cała wystawa się skończy.
Postanowiłam więc zadzwonić po jedyną deskę ratunku. Wiedziałam, że mi nie odmówi.
Wyszłam na zewnątrz. Powietrze było ciepłe.
Odebrał już po pierwszym sygnale.
- Ross? - Jego głos był taki przejęty. Jasne.
- Cześć. Masz szansę się zrekompensować choćby w jednej dwudziestej za to co zrobiłeś, Julek. - Nie zamierzałam owijać w bawełnę.
- Słucham. - Wiedziałam, że nie odmówi.
- Jestem na wystawie, na której zresztą miałeś być i ty, ale niestety cię nie ma, a ja potrzebuję mojego laptopa. To bardzo ważna sprawa, musisz mi go przywieźć w ciągu pół godziny. - Rzucam zimno.
- Ross... Nie dam rady. - Mruczy przepraszająco.
- A co? Znów jesteś zajęty jakąś inną laską? - Mój głos przesiąknięty jest jadem.
- Ross... Będę za pół godziny z twoim laptopem. Twoja mama jest w domu?
-  Nie. Klucze w doniczce na parapecie. Nie spóźnij się, proszę. - Rozłączam się.
Coraz bardziej zdenerwowana wrzucam telefon do kieszeni torby, odwracam się i znowu wpadam na blondyna.
- Załatwiłaś? - Stoi zaledwie kilka centymetró ode mnie.
Kiwam głową, że tak.
- To dobrze. Ona nawet do końca nie wie, jakich farb użyła. - Uśmiecha się rozbrajająco.
Znów podaje mi ramię, a ja je znów przymuję. Jest naprawdę miły.
_______________________________________________________________________


W końcu 20 minut przed końcem wystwy przyjeżdża Julek. Jest ubrany w flanelową koszulę w kratę i ciemne spodnie z dziurami. Włosy ma rozczochrane, a koszulkę poplamioną kawą.
Przewracam tylko oczami i staram się nie wspominać mu, gdzie jest i jak powinnien wyglądać.
- Cześć. - Uśmiecha się szczęśliwy. Muszę przyznać, że trochę brakowało mi jego uśmiechu.
Ten jednak znika, gdy brunet dostrzega Johna. Mierzą się chwilkę od stóp do głow i żaden z nich nie potrafi odpuścić. Typowe samcze zachowanie.
- Masz laptopa? - Przechodzę do rzeczy, bo jednak cały czas mam żal do chłopaka, za to co zrobił za moimi plecami.
Przytakuje patrząc z odrazą na blondyna.
Obchodzi auto i wyciąga z bagażnika torbę z moim komputerem.
- Gdzie mam ją zanieść? - Pyta.
- Daj mi ją poradzę sobie... - Wyciągam po nią ręce, ale Julek nie pozwala mi jej zabrać.
- Zaniosę ją.
- Julek... To niezbyt dobry pomysł. Zobacz na swój strój, oni zeżrą cię, gdy tylko tam wejdziesz... Nie obraź się, ale lepiej żebyś został tu. John mi pomoże. - Wędruję spojrzeniem do chłopaka stojącego za mną, a on na potwierdzenie moich słów mruga do mnie.
Widzę, że Julek walczy ze sobą, więc odbieram z jego rąk walizkę, całuję go w policzek (w ramach podziękowania, nie dostanie nic więcej póki nie przeprosi) i idę w stroną oszklonych drzwi.
- Ross! - Odwracam się. - Poczekam na ciebie. - Opiera się o maskę samochodu.
Znikam za drzwiami.
_______________________________________________________________________


Gdy tylko znikają za drzwiami nie wytrzymuję i walę pięścią w maskę. Potem chwilę zwijam się z bólu. Co ten pierdolony fagas sobie wyobraża? Ona jest moja! Wszystkie emocje napierają na mnie ze zdwojoną siłą. Byłem akurat na próbie zespołu i musiałem się wyrwać, żeby zobaczyć, że jakiś pedancik przystawia się do mojej Ross. No właśnie, czy jeszcze mojej? Dotykam palcami policzka, na którym jeszcze przed chwilą wylądowały jej usta. Wiedziałem, że zrobiła to tylko dlatego, żebym nie wybuchł i żeby nasz mały blondynek nie stracił swoich oczek, którymi tak pięknie do niej mruga. Znów zagotowałem się z zazdrości. Nawet nie wiedziałem do końca, po co jej laptop. Nie wiedziałem nic, od kilku dni. Nawet nie wiedziałem czy żyję. Ja nie żyłem. Umarłem po tej imprezie, a po jej telefonie zmartwychwstałem. Poczułem się, jakbym wreszcie dostał upragnione powietrze, którym była tylko ona.
_______________________________________________________________________


W końcu udało nam się odnaleźć w tłumie pana Szumera.
- Mam komputer i zdjęcie. - Uśmeicham się w jego stronę.
- Dobrze. Chodźmy. - Profesor prowadzi nas do osobnej małej salki.
Wchodzimy do małego pomieszczenia bez okien. Ściany są tu białe i w sumie bez wyrazu. Podłączam sprzęt i wchodzę w odpowiedni folder. Wyszukuję zdjęcia i w końcu pokazuję je Szumerowi.
Kiwa tylko głową.
- Smith zwołaj zebranie, w głownej sali. Powiedz, że to niespodzianka. Za pięć minut. - Chłopak opuszcza salkę, a ja jestem bardzo z siebie zadowolona.
- Powiesz to sama? - Siwy mężczyzna spogląda na mnie.
- A mogę?
- Oczywiście. To w końcu twój obraz, a nawiasem mówiąc bardzo dobry. Sam bym go chętnie przywłaszczył. - Uśmiecha się, a jego oczy giną wśród oceanu zmarszczek.
- Dziękuję. To naprawdę wspaniałe uczucie usłyszeć to z pana ust. - Czuję motylki w brzuchu.
Drzwi otwierają się gwałtownie i ukazuje się w nich John.
- Wszytsko gotowe. Goście już czekają. - Znów puszcza do mnie oko.
Wychodzę z laptopem i w towarzystwie Szumera i John'a udaję się na scenę.
- Proszę państwa a oto przed wami wybitna uczestniczka naszych zajęć Roszpunka Gottel. - Szumer zostawia mi wolną mównicę, a John podłącza mój komputer i za mną wyświetla się moje zdjęcie.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że kojarzycie to zdjęcie? Jest to zdjęcie wykonane przeze mnie w czasie wakacji. To festiwal lata w naszym mieście. - Widzę pobladłą twarz Sary. Chyba się tego nie spodziewała. Uśmiecham się i kontynuuję.
- To ja namowałam ostatni obraz wybrany wśród uczestników zajęć. To nie jest dzieło pani Lowel, tylko moje. Na dowód tego proszę spojrzeć w prawy, górny róg. Czy zauważyli państwo, że niebo nie jest dokończone. Nie zdążyłam dorobić farby. Chciałabym usłyszeć przeprosiny z ust pani Lowel. - Rzucam w nią jadowite spojrzenie, zadowolona ze swojej wygranej.
Brunetka zadziera głowę i wykrzywia twarz. Wychodzi jednak ze sowjego miejsca, staje na scenie i przeprasza. Krótko i rzeczowo, potem wychodzi z budynku.
- Dziękuję za państwa uwagę. Mam nadzieję, że wystawa podobała się państwu. Dziękuję. - Zeszłam ze sceny zabierając laptopa.
Szumer tylko się do mnie uśmiechnął, a ja zaczęłam zmierzać w stronę wyjścia. Nie było to jednak takie proste, bo po drodze musiałam przyjąć wiele gratulacji i pochwał za moje "wybitne dzieło". W końcu udało mi się dotrzeć do drzwi.
Otworzył je John, pojawiając się za mną jak duch.
- Gratulację. Malujesz prawie tak dobrze jak ja. - Znów obdarza mnie uśmiechem.
Odprowadza mnie pod sam samochód i nie przejmuje się naburmuszonym Julkiem. Całuje mnie w rękę i zapowiada, że odwiedzi mnie na warsztatach. Uszczęśliwiona odwracam się w stronę mojego chłopaka.
- Jak wystawa? - Widzę jego zaciśnięte pięści.
- Wyborna. - Nie zamierzam mu ułatwiać zadania. - Wiesz, że John też maluje. Jest naprawdę dobry. - Chyba zachowuję się trochę jak suka, ale zasłużył.
Julek odbiera z moich rąk torbę, otwiera przede mną drzwi, pakuje laptopa do bagażnika, a sam wsiada na miejsce kierowcy.
Zapala silnik, jednak bardzo długo nie odjeżdża.
- Przepraszam... - Szepcze patrząc przed siebie. - Byłem kertynem, zasłużyłem żeby teraz jakiś miągwa obcałowywał twoją rękę. Zasłużyłem, wiem.
Chciałam mu powiedzieć, że nic się nie stało, że wszystko w porządku, ale ostatnio często sobie wyrzucałam, że jestem dla niego za dobra.
- Julek... Zapomniałam, że przyjechałam swoim samochodem. - Zaczerwieniłam się.
Chłopak spojrzał na mnie, a jego kąciki ust poszybowały w górę.
- Mam nadzieję, że to z mojego powodu, a nie tego blondaska. - Dostał kuksańca w bok. - Odwiozę cię do domu, a potem przyjadę po auto. Chyba, że nie chcesz ze mną jechać. - Znów jego głos przepełniony jest poczuciem winy.
Uśmiecham się i znów całuję go w policzek.
- Nie myśl sobie, że ci wybaczyłam. Po prostu już się za tym stęskniłam. Zostało ci jeszcze wiele prób odpracowania twojego debilizmu. - Chłopak parska śmiechem.
Potem odjeżdżamy. I znów czuję, że będzie dobrze.

środa, 11 lutego 2015

Rozdział 4 "Gdyby to było takie proste..."

Cześć, znów może trochę tajemniczy, ale przybliżę wam tutaj pewną postać. Może zobaczycie ją z zupełnie innej strony? A może nadal będziecie nieufni wobec niej. W każdym razie czytajcie i komentujcie.
ps. Zauważyliście padający śnieg? :)
ps2 Przepraszam, że taki króciutki.
                                                                     Julu






Wracałam do domu, po kolejnym dniu w szkole. Cholerna ruda suka. Byłam tak wkurzona, że w mojej liście piosenek znalazły się same "grube" kawałki. Walczyłam ze sobą, żeby nie zapalić papierosa. W końcu dotarłam do domu. Weszłam do środka i od razu pobiegłam do swojego pokoju. Kopnęłam drzwi, a one wcale nie protestowały tylko posłusznie się otworzyły. I dobrze, bo chyba bym je wyłamała z zawiasów.
Rzuciłam się na łóżko i stłumiłam mój krzyk w poduszce. Gdy się już względnie opanowałam postanowiłam przebrać się w zwyczajne ubrania. Wyjęłam z komody dresy i t-shirt z naszywką mojego ulubionego zespołu. Zmyłam makijaż i znów położyłam się na łóżku. Odruchowo spojrzałam w okno. Naprzeciwko mojego tarasu był jego taras. Westchnęłam.
"Gdyby to było takie proste..."
Po chwili usłyszałam zachrypnięty głos mojej babci.
- Już idę. - Wyszłam na korytarz i pobiegłam do jej sypialni.
- Astrid, bądź tak miła i przynieś mi herbatę. - Pomarszczona staruszka podawała mi pusty kubek.
- Byłaś na spacerze? - Spytałam i poprawiłam jej poduszkę pod głową.
- Tak. Z sąsiadką. Zrobiłaś lekcje, Słońce?
- Jeszcze nie. Zaraz zrobię. - Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju.
Udałam się do malutkiej kuchni i zaparzyłam wodę na herbatę. Oparłam się o blat i znów popatrzyłam w stronę jego domu.
Stałam całkiem zamyślona, dopóki czajnik nie zaczął gwizdać, zdjęłam go więc z gazu i zalałam herbatę wrzątkiem.
Wyjęłam z koszyka, który stał na stole małe jabłko, umyłam je i pokroiłam w "łódeczki". Kawałki owocu włożyłam do miski, a ta wylądowała na tacy obok wcześniej przygotowanej herbaty.
Zaniosłam babci podwieczorek i wróciłam do swojego pokoju po książki. Później ułożyłam się na dywanie, obok łóżka staruszki i odrobiłam wszystkie lekcje.
- Dziękuję Słońce za tak smaczny podwieczorek. - Kobieta pogłaskała mnie po policzku, gdy zabierałam tacę z pustą miseczką i kubkiem. Umyłam naczynia i wróciłam do babci.
- Mogę ci jeszcze jakoś pomóc?
- Nie, zajmij się teraz sobą. Zaraz będzie mój ulubiony serial. - Uśmiechnęła się i wygoniła mnie z pokoju.
Poczłapałam więc do mnie i znów usiadłam na łóżku.
I znów odruchowo spojrzałam w tamtą stronę.
Siedział przy biurku i odrabiał lekcje, a obok niego siedział czarny kot. Jego pupilek.
Wstałam i zasunęłam zasłony.
"To naprawdę mogłoby być proste"
Postanowiłam zająć myśli czymś innym, więc ubrałam bluzę, wzięłam telefon i słuchawki i wyszłam pobiegać.
Po kilku kilometrach wreszcie o nim zapomniałam. Na szczęście to zawsze działało.
_______________________________________________________________________


Jechaliśmy samochodem już dobre dwadzieścia minut. Kriss cały czas nucił jakąś piosenkę, a ja nerwowo bębniłam palcami o kolano.
Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie. Cały czas byłam onieśmielona towarzystwem blondyna.
 Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, w moim pokoju i odrobić lekcje. Wszystko było lepsze od jazdy z nim.
- Coś się stało? - Chłopak przerwał milczenie.
Pokręciłam przecząco głową, nawet nie obdarzając go spojrzeniem.
- Elsa mówiła, że jesteś straszliwą gadułą...
- Jestem, ale o czym mam z tobą rozmawiać? - Spojrzałam na niego z wyrzutem.
- O pogodzie, ulubionej muzyce, jedzeniu, szkole... Nie mam pojęcia. Jesteś jakaś... drętwa.
Zaśmiałam się nerwowo, żeby nie pokazać mu, że te słowa mnie... dotknęły.
- Słuchaj, chcę już być w domu. Uwierz mi, to nie jest łatwy dla mnie okres. Chciałam tylko porozmawiać z Elsą. To nie moja wina, że zaciągnęła mnie aż do waszego mieszkania. Tak naprawdę w ogóle nie powinnam z tobą siedzieć w tym samochodzie. Widziałam cię zaledwie dwa razy w życiu. Nie znam cię. Nawet nie wiem, jak masz na nazwisko...
- Nareszcie jakaś dłuższa wypowiedź. - Błysnął zębami.
- Wypowiedź nie musi być długa, żeby była sensowna. - Burknęłam.
- Oh, nie gniewaj się. Zaraz będziemy. Wyluzuj.
Przemilczałam jego komentarze. Tak szczerze to miałam go odrobinę dość. Krępował mnie. Cały czas łapałam się na tym, że podziwiam jego pełne usta i skupioną twarz. Co jakiś czas odwracałam głowę, ale jakoś odruchowo ona wracała na poprzednie miejsce.
Modliłam się w duchu, żeby ta podróż już się skończyła.
Chłopak był zupełnie inny niż ja. Cały czas wyluzowany, zabawny, jakby w swoim żywiole.
"Ciekawe ile dziewczyn już tutaj woził?" - Zarumieniłam się na samą myśl.
W końcu zatrzymał samochód przed bramką do mojego ogródka.
- Dzięki za podwózkę, przepraszam, że musiałeś fatygować się aż tutaj... - Nacisnęłam na klamkę i pchnęłam drzwi. Wyszłam z auta i ruszyłam szybko w stronę swojej posesji.
- Anna! - Usłyszałam za sobą jego głos.
Przymknęłam oczy i odwróciłam się w jego stronę.
- Tak? - Uśmiechnęłam się, tak miło, jak tylko potrafiłam.
Kristoff się zmieszał, burknął coś pod nosem (chyba CZEŚĆ) i wsiadł do samochodu.
Patrzyłam za nim, aż zniknął mi z pola widzenia. Pokręciłam głową i weszłam przez furtkę.
Pokonałam ścieżkę i znalazłam się na ganku mojego domku. Otworzyłam drzwi i od razu skierowałam swoje kroki do kuchni, w której jak myślałam, znajdowali się rodzice.
- Cześć! - Przywitałam się z nim. - Co na obiad?
Mama spojrzała na mnie sceptycznie.
- Gdzie byłaś i kto to był? - Jej oczy powędrowały ku oknie, w którym na pewno przed chwilą widziała mnie i Kristoffa.
- Mogę coś zjeść? - Spytałam wymijająco.
- Nie. - Tym razem do dyskusji włączył się tata.
Był zaniepokojony, wiedziałam to po jego oczach.
Westchnęłam i usiadłam przy stole.
- Była u Elsy... To znaczy ona przyszła do szkoły, gdy ja skończyłam lekcje, ale potem musiała odwieźć swojego kolegę do jego mieszkania, więc pojechałam z nią. W mieszkaniu był jeszcze Julek, chłopak Roszpunki i Elsa bardzo długo z nim rozmawiała, a ja już chciałam wracać do domu, więc podwiózł mnie jej kolega Kristoff. - Wykrztusiłam na jednym wydechu.
Mama patrzyła na mnie w osłupieniu, a tata odetchnął z wyraźną ulgą.
- Czy mogę teraz coś zjeść i wziąć się za lekcje? - Spojrzałam na mamę.
Przygryzła wargę, a potem wolno pokiwała głową.
Wstałam od stołu, nałożyłam sobie zupę do miski, nalałam herbaty do kubka i uciekłam do mojego pokoju.
Kolejne godziny spędziłam przy książkach. Gdy w końcu skończyłam była godzina 20:34, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic i obejrzeć jeszcze film.
Wzięłam prysznic i wpakowałam się do łóżka. Nie włączyłam jednak filmu, bo moje oczy jakoś same się zamknęły i pod powiekami przesuwały mi się obrazy ze mną i Krissem. Ekstra. Sny będą wspaniałe.