poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 7 "Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja."

 Hej, hej, helloł :) 
Spóźnione życzenia świąteczne: Dużo zdrowia, chęci do pracy, miłości i radości z najmniejszych drobnostek, jakie spotykają was w życiu.
Wracając do rzeczy technicznych...
UWAGA UWAGA
Dowiedziałam się (po chyba 2 miesiącach), że w moim laptopie nie działa karta graficzna. Nie wiem, kiedy dostanę mój sprzęt z powrotem. Teraz korzystam z łaskawości mojego brata, a z tym bywa różnie. W każdym razie postaram się napisać jeszcze kilka rozdziałów i sukcesywnie wstawiać je przez kwiecień. Mam nadzieję, że się uda. 
Tutaj macie kolejny rozdzialik.  Przyznam się, że Anka nie miała wybaczyć Kristoffowi, no ale jakoś tak wyszło... Piszcie, czy wolelibyście inne zakończenie tego małego starcia.
Trzymajcie się ciepło, komentujcie i naprawdę bardzo was przepraszam, że prawie przez miesiąc mnie tutaj nie było. Chcę się zmienić, dla was!
Okej, nie zanudzam więcej, jeszcze raz wszystkiego dobrego !
                                                                                    
                                                                                      wasza Julu





Weszłam do mieszkania za Elsą. Jak zwykle panował tutaj bałagan, chyba się już przyzwyczaiłam. Siostra zdjęła kurtkę i rzuciła ją na wieszak, jednak przez chwilkę stała w zupełnej ciszy i nasłuchiwała.
- Wróciłam! - Krzyknęła bardzo głośno i pociągnęła mnie za rękę do kuchni.
- Od kiedy tu mieszkasz? - spytałam, gdy tylko zauważyłam kartony stojące przy ścianie. Wszystkie były podpisane imieniem blondynki.
- Yhm? - Mruknęła, wyciągając przy tym kubki i robiąc wiele zbędnego hałasu.
Ogólnie zachowywała się bardzo głośno. O co chodziło? Dziewczyna włączyła radio.
- Kakaa? - Udało mi się wyczytać z ruchu jej warg, bo muzyka skutecznie zagłuszała jej słowa. Skinęłam głową na TAK.
Dziewczyna wyjęła mleko z lodówki, podgrzała je w mikrofali i wrzuciła do kubka trzy łyżeczki czekoladowego proszku. Zamieszała napój, schowała mleko do lodówki, a wyjęła z niej bitą śmietanę i udekorowała nią kakao. Jejku, jak ja ją kocham. Zamoczyłam usta w czekoladowym płynie i jęknęłam zadowolona. Mniam, uwielbiałam kakao, szczególnie w taką ulewę, jaka rozpętała się za oknem.
- Jest pyszne... - Nagle do kuchni wpadł Kristoff, miał na sobie tylko czarne slipy. Mimowolnie spuściłam wzrok, wbijając go w podłogę.
Chłopak wyłączył radio i wyczekująco wpatrywał się w moją siostrę. Był jakiś inny... Miał rozczochrane włosy, jak po długiej drzemce, ale jego twarz była raczej rozogniona niż senna czy zaspana. Na pewno nie spał. Nie wyglądał, jakby spał...
Kriss wyszedł z kuchni bez słowa. Cała ta niema rozmowa, która toczyła się w moim towarzystwie była tak dziwna, że do końca nie wiedziałam o co chodzi.
Elsa usiadła przy mnie i upiła łyk swojego kakaa. Uśmiechnęła się do mnie, więc odpowiedziałam jej tym samym.
- Co u rodziców? - Spytała.
- Dobrze, mama znalazła pracę w przedszkolu...
- Naprawdę? To wspaniale. Dobrze, że coś robi, a nie załamała się doszczętnie. Dobrze zrobiłaś, że poszłaś do szkoły, to im pomogło. A co z tatą?
- Dobrze, wspiera mnie i jest naprawdę wspaniały. Wrócił do majsterkowania. Ma kilka drobnych zamówień na jakieś stołki dla sąsiadów. Wczoraj pomagałam mu założyć stronę internetową... Dają sobie radę.
Elsa westchnęła.
- Brakuje ci ich? Widzę. Czemu jesteś taka uparta? Czemu do nas nie wrócisz? - Dotknęłam jej dłoni.
Odwróciła wzrok i nic nie odpowiedziała. Po chwili usłyszałyśmy głosy, dochodzące z salonu.
- Idź!
- Ale dlaczego? Było przecież tak wspaniale...
- Było, proszę idź.
- Kriss... co cię napadło? - Wysoki głos damski przepełniony był rozczarowanie.
- Wyjdź.
Elsa szybko wstała i znów włączyła radio. Czemu chciała coś przede mną ukryć? Spojrzałam na nią, chcąc, żeby mi wyjaśniła, ale ona odwróciła wzrok, kompletnie mnie ignorując. Zanim pomyślałam, już byłam przy drzwiach i otwierałam je. Moim oczom ukazała się śliczna scenka rodzajowa, gdzie jakaś kształtna i dość niechlujnie ubrana blondynka całowała namiętnie Kristoffa, a on stał niedbale i wydawało się, że zupełnie go to nie obchodzi. Dziewczyna z każdą chwilą, która dłużyła się niemiłosiernie pojękiwała coraz głośniej, a jej palce coraz szybciej znikały pod koszulką chłopaka.
W końcu zdali sobie sprawę, że są obserwowani. Kriss odsunął od siebie dziewczynę, podał jej płaszcz i delikatnie, lecz stanowczo wypchnął ją z mieszkania. Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja. W końcu chłopak zamknął za nią drzwi, odwrócił się i zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Chciałam się obrócić, wrócić do kuchni i udawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ale chyba było to nie możliwe. Kristoff wpatrywał się we mnie obojętnie z nutką złości widoczną w jego oczach. Poczułam uścisk na swoim ramieniu. Siostra wciągnęła mnie do kuchni, posadziła za stołem, podała kakao i wyszła z pomieszczenia. Zmieszana wpatrywałam się w podłogę pokrytą dużymi, szarymi kafelkami.
Po co ja tam weszłam?
Kuchnia była dość duża, miała tylko dwa szerokie okna na jednej ze ścian, wprost na przeciwko drzwi.
Kim była ta dziewczyna?
Przy ścianie sąsiadującej ze ścianą z oknami stał stolik, przy którym siedziałam. Był z jasnego drewna, ale miał metalowe nogi. Każde krzesło było inne, jakby każdy domownik przywlókł po jednym krześle ze swojego poprzedniego domu. Jednak wszystko do siebie pasowało.
Dlaczego on był na mnie zły?
Na przeciwko stolika, przy ostatniej już ścianie stały metalowe, szare szafki z drewnianymi blatami. Była tam jeszcze nieduża lodówka w kolorze miętowym z mnóstwem magnesów na drzwiach. Między dwiema szafkami stała kuchenka z piekarnikiem. Ciekawe, kto ostatni tam gotował.
Znów sięgnęłam po kakao. Nie zorientowałam się, że wypiłam już wszystko. Podeszłam do blatów i wsadziłam kubek do zlewu. Oparłam się plecami o lodówkę.
O co chodziło?
I czemu teraz jest mi jeszcze gorzej, niż wcześniej?
W końcu drzwi kuchni uchyliły się i wkroczył do niej Julek. Rzucił swój czarny, zniszczony plecak na stół i podszedł do ekspresu.
- Cześć, co tu robisz? - Spytał obojętnie, sypiąc kawę do odpowiedniego zbiorniczka.
Dopiero teraz spostrzegłam, że tu jest.
- Nic, właściwie nie powinno mnie tu być. Chyba się będę zbierać...  - Odsunęłam się od lodówki.
- Jest Elsa? - Brunet mieszał kawę.
- Tak. Jest, ale nie wiem gdzie.
- Pewnie u siebie. Czy coś się stało? - Spojrzał na mnie sceptycznie, jak ojciec, który ocenia, czy jego dziecko nie symuluje czasem choroby, żeby nie iść do szkoły.
- Nie, wszystko w porządku. - Uśmiechnęłam się, żeby moje słowa stały się jeszcze bardziej wiarygodne.
No bo, przecież nie powiem mu, że chyba jestem zazdrosna... Nie jestem zazdrosna. Dlaczego w ogóle tak myślę?
- Wszystko okej. - Powtórzyłam jeszcze raz, chcąc przekonać chyba bardziej siebie, niż Julka.
- To git. - Podniósł plecak i wyszedł z kuchni, a ja znów zostałam sama i za bardzo nie wiedziałam, co mam z sobą uczynić.
Nie chciałam wychodzić z kuchni. Musiałabym wejść do salonu, gdzie pewnie siedzą jacyś ludzie. Śmieszne, nawet do końca nie wiedziałam ile ich tam może siedzieć. Zastanawiałam się, po co ja właściwie tutaj przyszłam. Przecież chyba większość (oprócz Elsy) tutaj za mną nie przepadała.
Znudzona i kompletnie zdezorientowana z przyzwyczajenia stanęłam przy zlewie i zabrałam się za mycie naczyń. Woda i detergenty to bardzo dobre połączenie. Jeden talerz, kubek, sztućce i w końcu obok mnie pojawiła się spora kupka umytych już naczyń. Gdy już prawie skończyłam, do kuchni wmaszerował Kristoff, a za nim Elsa.
Odwróciłam się w ich stronę trzymając w ręku mokry talerz i szmatkę. Chłopak wbił wzrok w ziemię.
Blondynka dała mu kuksańca w żebra.
- Zostawiam was. Muszę jechać na uczelnię. Kriss cię odwiezie, Aniu. - Uśmiechnęła się do mnie, a ja walczyłam ze sobą, żeby nie wrzasnąć. Wbiłam w nią błagalne spojrzenie, ale ona tylko pokiwała głową i wyszła. Cholera, super.
- Woda. - Usłyszałam głos chłopaka.
- Co woda? - Nie rozumiałam (znowu).
- Kapie na podłogę. - Blondyn wyjął z mojej ręki ścierkę i talerz. Powycierał naczynie i odstawił je na czystką kupką, po czym schylił się tuż przede mną i zaczął wycierać podłogę. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Miałam mu pomoc? Zanim jednak podjęłam jakąkolwiek decyzję, Kriss już skończył, wstał i spojrzał na mnie.
Chciałam się cofnąć, ale za moimi plecami znalazła się szafka. Westchnęłam i oparłam się o nią.
- Dzięki za naczynia, dzisiaj była moja kolej, ale skoro ty to zrobiłaś... no cóż. Moje szczęście. - Błysnął zębami w cwanym uśmieszku.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, sprawić, żeby przestał być takim macho.
- Taaa, jedna laska zmyje za ciebie naczynia, a druga zaspokoi inne potrzeby... - Przewróciłam oczami.
- To chyba nie twoja sprawa...
- Nie chcę, żeby to była moja sprawa. Możesz robić co chcesz, jesteś dorosły i sam odpowiadasz za swoje czyny. - Podniosłam głowę i wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cieszę się, że to rozumiesz. - Wycedził przez zęby i odłożył szmatkę na blat.
Potem zabrał się za posprzątanie naczyń. Nie zamierzałam mu pomagać, nawet za bardzo nie umiałam. Nie wiedziałam, gdzie schować duże talerze obiadowe, a gdzie małe, śniadaniowe.
W końcu Kriss skończył.
- Chcesz już wracać do domu?
- Chyba się przejdę. Kończę lekcje dopiero za pół godziny, więc dotrę do domu, w samą porę, tak, jakbym wracała ze szkoły...
- Jak chcesz, ale Elsa prosiła mnie, żebym cię odwiózł.
- Ale ty nie chcesz, więc nie fatyguj się. Poradzę sobie sama. - Znów zadarłam głowę do góry.
- Okej. Droga wolna. - Wskazał głową na drzwi.
Zdenerwowana ruszyłam w stronę wieszaka, porwałam swoją kurtkę i założyłam ją na siebie.
Kristoff pojawił się obok mnie i wyglądnął przez okno.
- Pada... - Rzucił obojętnie.
- Trudno. - Nie dam mu wygrać, niech odwozi swoje dziunie, ale nie mnie.
- Naprawdę będziesz szła w takim deszczu? - Udawał zdziwionego.
- Nie mów mi, że cię to obchodzi. Masz to w głębokim poważaniu i gdyby nie Elsa nawet byś ze mną nie rozmawiał, więc nie musisz się wysilać. Poradzę sobie, nie mam już siedmiu lat. - Zaczynał mnie wkurzać.
Chłopak parsknął śmiechem.
Byłam kompletnie zbita z tropu. Ostatnio zauważyłam, że gdy przebywam w jego otoczeniu,  to najczęściej nie wiem co się dzieje.
- Co cię tak bawi? - Uniosłam brew.
- Nie nic. Idź już. - Kącik jego ust ciągle drgał.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z mieszkania. Niech nie myśli, że tylko blefowałam. Nie potrzebuję go.
Zeszłam po schodach i w końcu znalazłam się na świeżym powietrzu. Pogoda rzeczywiście nie była najpiękniejsza. Wiał mocny wiatry, więc zarzuciłam kaptur na głowę i brnęłam dalej w fali deszczu, aż do domu.
- Anka!
Udałam, że niczego nie słyszę.
- Anna!
Dobrze wiedziałam, że to Kristoff.
Po chwili poczułam jego rękę na moim ramieniu. Chłopak obrócił mnie w swoją stronę.
- Zawiozę cię. - Jego oczy błyszczały znowu w inny sposób
- Wal się. - Chciałam odpowiedzieć trochę ostrzej, ale w sumie nie chciałam, żeby miał satysfakcję, że mnie zdenerwował.
- Kurde, Elsa mnie zabije, jak się dowie, że cię wypuściłem w taką ulewę.
- Nie będę po tobie płakać.
- Kłamiesz. - Znów jego cwaniacki uśmiech.
Odsunęłam się o krok.
- Jesteś najbardziej denerwującym chłopakiem jakiego znam. Zmieniasz się, z każdą sekundą i naprawdę nie wiem, czego mam się po tobie spodziewać. Czasem się tego boję, ale dzisiaj mam cię dość. I nie udawaj, że ci zależy i robisz to z dobrej woli. - Westchnęłam i ruszyłam znowu w stronę domu.
Nie uszłam jednak nawet pięciu kroków, gdy Kristoff pojawił się przede mną, chwycił mnie w pasie, uniósł i przerzucił sobie przez ramię
Byłam tak zdezorientowana, że prawie mnie sparaliżowało. Szybko jednak odzyskałam fason i zaczęłam go tłuc po plecach.
- Puść mnie!
Nie reagował.
- Do cholery jasnej, Kristoff! - Uderzyłam go po łopatkach i usłyszałam lekkie syknięcie, które wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Chłopak zawlókł mnie z powrotem prawie pod same drzwi ich kamienicy. Przystanął, otworzył drzwi samochodu, postawił mnie na ziemi, a potem wepchnął na siedzenie. Zamknął drzwi, wskoczył prędko na swoje siedzenie i zablokował zamek, żebym nie mogła się wydostać.
- Wypuść mnie! - Byłam już tak zdenerwowana, że najchętniej przywaliłabym mu w ten jego krzywy nos.
- Nie. Jedziemy do domu. - Nie zapalił jednak silnika, cały czas się ze mną droczył.
Znów widziałam drgający kącik jego ust.
- Nie, masz mnie wysadzić! Mam dość! Nie chcę spędzić ani jednej minuty więcej z tobą! - Wrzeszczałam.
Chłopak znów parsknął śmiechem, a ja nie wytrzymałam i wymierzyłam mu policzek.
Kriss złapał się za piekące miejsce i skulił się.
Cholera.
- Jezu, przepraszam, nic ci nie jest? - Pochyliłam się nad chłopakiem, opierając dłonie o jego fotel. - Kriss, przepraszam. - Próbowałam spojrzeć mu w oczy.
Nagle chłopak podniósł się, chwycił mnie, wsuwając swoją dłoń pod moje plecy. Teraz jego głowa była nade mną, a je leżałam na jego ręce.
- Nie robię tego, bo ktoś mi każe. Robię to, żebyś nie zmokła i nie przeziębiła się i żebyś następnym razem, jak cię wkurwię uderzyła mnie równie mocno jak teraz. - Jego twarz była dziwnie blisko mojej. Miałam nieodpartą ochotę zamknąć oczy, ale na razie musiałam skupić się na ponownym uruchomieniu mojego układu oddechowego. Blondyn wypuścił mnie z uścisku, a ja pośpiesznie wróciłam na swoje miejsce.
- Przepraszam. - Zapalił silnik.
- Ja też.
Spojrzał na mnie i jego kąciki znów poszły do góry.
- Jesteś urocza, jak się wnerwiasz.
Przewróciłam oczami.
- Zaraz znów dostaniesz po twarzy. Jedź i już nic nie mów. Zamilcz, proszę. - Zamknęłam oczy.
Chłopak, o dziwo spełnił moją prośbę.





niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 6 "- Okej, ale chcę kakao. Dużo kakaa i czekoladę. - Wygramoliłam się z auta."

Okej. Macie taki "lekki" rozdzialik. Chciałam was przeprosić za moją nieobecność (masakra), ale mój komputer umarł i nie mam na razie do niego dostępu. Dzisiaj wysępiłam sprzęt mojego brata i dokończyłam zaczęty już jakiś czas temu rozdzialik. Postaram się dodawać częściej posty, ale niestety będzie to bardzo trudne i musicie uzbroić się niestety w cierpliwość, bo jestem skazana na łaskę mojego brata... Eh...
No dobrze, mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. W sumie nie wyjaśnia się tutaj zbyt dużo, ale na razie musi zaspokoić waszą ciekawość. Proszę o komentarze, bo muszę wiedzieć, co trzeba jeszcze poprawić :)
Czytajcie więc i komentujcie.

Życzę wam miłego poniedziałku (hahahaha).  Nie, naprawdę wam życzę, żeby był miły. No i oczywiście pięknej i cieplutkiej wiosny, która zbliża się do nas wielkimi krokami.

Trzymajcie się ciepło! Dobranoc :)
                                                                      Julu





Kolejny upiorny poniedziałek. Minęło dopiero siedem  tygodni szkoły, a ja już chcę wakacje. Tak, tak, jestem niesprawiedliwa! Ale nie chce tam iść.
- Oh... - Zdusiłam krzyk, przykrywając głowę poduszką.
- Merida! - Mama budziła mnie już trzy razy.
- Idę, no idę! - Zwlekłam się z łóżka i niechętnie podeszłam do szafy.
Wyjęłam pierwsze lepsze dżinsy i zwykły, szary t-shirt. Pełen luz i swoboda.
Już ubrana ruszyłam do łazienki.
- Dzień dobry. - Mama stała przed lustrem czesząc swoje długie, ciemne włosy.
- Dzień dobry. - burknęłam i zabrałam się za mycie zębów.
- Co dziś zrobiłaś pożytecznego? - Mama uwielbiała zadawać filozoficzne pytania, które miały nas (mnie i moich braci) skłonić do refleksji nad sobą.
- Wstałam. - Wysepleniłam plując przy tym pastą.
Matka uporczywie wpatrywała się we mnie.
- A ty? - Według niej należało okazać zainteresowanie, więc oczekiwała zawsze pytania zwrotnego.
- Oh, miło że pytasz... - (Bo tego oczekujesz?) - Wstałam rano, zmieniłam pościel, zrobiłam dzieciakom śniadanie, wyprawiłam tatusia do pracy, odprowadziłam chłopaków na autobus i teraz zajęłam się sobą. - No kto by pomyślał? Przewróciłam oczami i skończyłam mycie zębów.
Następnie przemyłam twarz wodą i zabrałam się za szczotkowanie moich kręconych, ognistych kudełków. Rozczesywałam je bardzo dokładnie słuchając przy tym paplaniny matki.
Jak zwykle to samo. "Kiedyś będziesz musiała mi wreszcie pomagać, Merido." "Powinnyśmy się podzielić obowiązkami..." "Nie tylko ja mieszkam w tym domu i nie tylko ja robię tutaj bałagan."
ZWARIUJĘ!
- Dobra, mamo muszę lecieć! - Ucałowałam ją w policzek, zbiegłam do kuchni, porwałam śniadanie  i z plecakiem wybiegłam do szkoły. Gdy tylko wyszłam na dwór, odetchnęłam z ulgą. Cisza i spokój. Doszłam w końcu do skrzyżowanie, gdzie zawsze czekam na Czkawkę.
Wyjęłam telefon i sprawdziłam godzinę. Powinien już tutaj być. Wypatrywałam go, ale nie nadchodził.
- Kolejny, który zamierza mi zniszczyć poranek. - Już miałam iść, gdy podjechało w moją stronę niskie, zielone auto.
Zatrzymało się dokładnie przy mnie, co może odrobinę mnie speszyło. Po chwili jednak byłam już uśmiechnięta i szczęśliwa.
- Cześć Meri! - Czkawka uchylił szybę. - Popatrz jaką mamy dzisiaj podwózkę. - Wyszczerzył swoje białe zęby.
Zajrzałam do środka i zaczęłam piszczeć.
- Jack! - Wsiadłam na tylne siedzenie i przytuliłam przyjaciela.
- Cześć Meri. - Uśmiechnął się. - Znów wyskoczyłaś do góry. - Byłam bardzo niska, jak na swój wiek, ale chłopak często mnie pocieszał.
- Jak było? - Spytałam. - Umieram z ciekawości, nic się nie meldowałeś!
Jack uśmiechnął się, przeczesał ręką swoje białe włosy i wiedziałam, że zbiera się, żeby coś powiedzieć.
- No mów! - Szarpnęłam go za ramiona.
Czkawka też ciekawie wpatrywał się w przyjaciela.
- Dobrze. Spędziłem z nim dwa miesiące. Dziadek jest tak strasznie podobny do taty...Bardzo mi go przypomina. - W oczach pojawiły mu się iskierki.
- Mówiłam ci, że to naprawdę dobry pomysł, żebyś do niego pojechał. Ja wiem, że nie chcesz rozgrzebywać tych wszystkich ran, ale może warto byłoby zapracować na nowe, lepsze wspomnienia z choćby tymi, którzy ci jeszcze zostali, Jack.
Chłopak spoważniał.
- Tak. Miałaś rację. Moje obawy... W sumie były bezpodstawne. Dziadek, no wiecie... jestem jego wnukiem, kocha mnie. Tylko ja się jeszcze do tego nie przyzwyczaiłem...
- Daj sobie trochę czasu. A teraz skoro już siedzimy w twoim auteczku, to możesz zrzucić nas do szkoły. - Uśmiechnęłam się.
- Jack Frost, taksówka na zawołanie! - Chłopak zamknął okna i ruszyliśmy do szkoły.
___________________________________________________________________________________

Weszłam właśnie do szkoły. Za tydzień miną dwa miesiące od kiedy zaczęłam uczęszczać do szkoły (notabene mojej pierwszej). Ruszyłam korytarzem w stronę szafek, żeby wyjąć odpowiednie książki. Podeszłam do mojej szafki i chwile mocowałam się z kluczykiem. Jak zwykle nie chciała się otworzyć. Po kilku kuksańcach i moich przekleństwach metalowe drzwiczki w końcu odpuściły. Wrzuciłam potrzebne podręczniki do torby i ruszyłam pod pierwszą salę, w której miałam mieć matematykę. Nauczycielka była już bardziej "milsza" od czasu, kiedy posadziła mnie w osobnej ławce i kazała napisać kartkówkę. Zrobiłam to bardzo dobrze, a dodatkowo wykonałam kilka zadań dla uczniów "uzdolnionych",  które też zrobiłam bezbłędnie. Chcąc nie chcą musiała mi wpisać szóstkę. Teraz jest już lepiej. Chociaż czasem nie pamiętam o telefonie... Ale się staram, naprawdę. Usiadłam na podłodze. Lekcja miała zacząć się za dziesięć minut. Postanowiłam wyjąć książkę "O losach ludzi nieprzeciętnych" i przeczytać choćby jeden rozdział. Ostatnio bardzo wciągnął mnie ten psychologiczny wywód. Nie zdążyłam dokończyć nawet jednej strony, bo pojawiła się rudowłosa Merida i jej przyjaciel Czkawka.
- Cześć! - Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- No hej. - Pomachałam również Czkawce, który skinął głową i uśmiechnął się nieśmiało. - Co ty taka szczęśliwa od rana? - Spytałam.
Dziewczyna pisnęła radośnie.
- Wrócił nasz przyjaciel. Spędzał całe wakacje u swojego dziadka, więc nie widzieliśmy się bardzo długo i trochę za nim tęskniliśmy, co nie Czkawka? - Szturchnęła bruneta w bok.
- Yhym. - Przytaknął jej.
- No i właśnie dzisiaj wrócił.
- To wspaniale! - Uśmiechnęłam się ponownie.
- Zgadzam się. To rzeczywiście wspaniale. - Rozmowę przerwał nam dźwięk dzwonka.
Wstałam z podłogi, podniosłam torbę i weszłam do klasy. Zajęłam moje stałe miejsce, wyciągnęłam książki i usadowiłam się wygodnie.
- Dzień dobry wszystkim. Dzisiaj przypomnimy sobie działania na potęgach oraz pierwiastkowanie. Zapiszcie temat. - Nauczycielka zaczęła lekcje.
Pochyliłam się nad zeszytem i zarejestrowałam ciche chichoty za moimi plecami. Odwróciłam się i ujrzałam złośliwie uśmiechniętą blondynę. Znów wróciłam do notatek, ale chichoty z tyłu bardzo mnie rozpraszały. Po kilku minutach odwróciłam się zdenerwowana.
- Co was tak śmieszy? - Krzyknęłam.
Wszystko na chwilę zamarło. Nauczycielka przerwała w pół słowa tłumaczenie jakiegoś zadania.
- No powiedźcie mi! - Czułam, że przestaje nad sobą panować.
Blondynka znów się uśmiechnęła.
- Arendelle? Co to ma znaczyć? - Kruczowłosa matematyczka odzyskała mowę.
- Od początku lekcji słyszę chichoty i nie mogę skupić się na zadaniach. To bardzo rozpraszające. - Starałam się, żeby mój głos nie brzmiał dziecinnie.
- Przestań się czepiać i pozwól przeprowadzić mi w spokoju lekcje. A wy macie się uciszyć. Usłyszę jedno słowo i lądujecie z uwagą u dyrektora. - Powiodła wzrokiem po tyłach klasy.
Usiadłam wzburzona na krześle i z powrotem pochyliłam się nad zeszytem. Mój spokój nie trwał jednak długo, bo po chwili dostałam papierową kulką po głowie. Przymknęłam oczy. Nie dam im tej satysfakcji.
Podniosłam kulkę, wstałam z ławki i podeszłam do stolika, gdzie siedziała blondynka.
- Chyba to zgubiłaś. - Uśmiechnęłam się słodko i położyłam papierek na jej ławce.
Dziewczyna była trochę zbita z tropu, ale szybko odzyskała fason.
Rozwinęła kartkę i spojrzała na mnie.
- Nie... To raczej zaadresowano do ciebie. - Pokazała mi papierek. - Dziwka, to na pewno do ciebie. - Uśmiechnęła się słodko, parodiując mnie.
Ja nie mogę, co za jędza!
- Z czym znowu macie problem? - Nauczycielka podeszła do nas i wyrwała karteczkę z rąk dziewczyny. - Co to jest Astrid? - Spytała,  marszcząc czoło.
- To nie moje. Ania to przyniosła. - Znów rzuciła mi uroczy uśmieszek.
- Arendelle? Co to ma znaczyć?
Przewróciłam tylko oczami. Czy naprawdę wszyscy byli tacy ślepi?
- Astrid rzuciła we mnie kulką papieru, więc jej oddałam. Jestem raczej uczciwym znalazcą...
- Dość! - Kobieta poczerwieniała na twarzy. - Mam was dzisiaj serdecznie dosyć! W tej chwili pójdziecie obie do dyrektora i wyjaśnicie sobie tę sprawę! - Krzyczała.
Spakowałam moją torbę i wyszłam z klasy. Astrid niespiesznie szła za mną.
- O co ci chodzi? - Odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam na nią z ukosa.
- Oh... Naprawdę nie wiesz? Przecież ci mówiłam, ale jak widać nie dotarło. - Zaczęłam podziwiać swoje pomalowane paznokcie, kompletnie mnie ignorując.
- Co ci to da, że będziesz mi dogryzać? - Próbowałam rozgryźć jej taktykę.
Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
- Oj ile ty się jeszcze musisz nauczyć. Nikt ze mną nie zadziera, nikt. Rozumiesz? - Potrąciła mnie ramieniem i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
Super. Uwielbiam pogadanki z dyrektorami.
___________________________________________________________________________________

- Elsa, musisz po mnie przyjechać. - Ledwo co powstrzymywałam łzy, pędząc korytarzem w stronę łazienki.
- Proszę, ja nie chcę tu dłużej być! - krzyknęłam błagalnie.
Wpadłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą. Wyglądałam okropnie. Oczy były zeszklone, a buzia całą czerwona. Przypominałam zrozpaczonego buraka, o ile w ogóle istnieją zrozpaczone buraki. Oparłam się o zimną, wykafelkowaną ścianę.
Moje pierwsze wykroczenie (do tego oczywiście niesprawiedliwe) i już miałam zostać przez trzy dni po lekcjach. Rodzice mnie zabiją. Jestem cholernym magnesem na kłopoty. Dodatkowo Astrid została tylko pouczona. Co jest, że nawet nauczyciele tratują ją jak królową.
Kolejny dzwonek. Przemyłam jeszcze raz moją twarz i wyszłam z łazienki. Starałam się wpatrywać cały czas w podłogę, bo chciałam uniknąć spojrzeń ciekawskich gapiów.
Weszłam do klasy i usiadłam na końcu pod oknem. Miałam dobry widok, więc powinnam widzieć, kiedy moja kochana siostra przyjedzie i wyciągnie mnie z tego gówna. Nie chciałam dzwonić po rodziców, bo skończyłoby się to niemiło i dla nich i dla mnie.
Do sali wszedł młody mężczyzna. Student. Może trzy lata starszy ode mnie. Był miły. Nazywał się Hans. Zaczął opowiadać o swoim przedmiocie nazwanym ogólnie "filozofią społeczeństwa". Przez pierwsze dziesięć minut tłumaczył nam, czym dokładnie będziemy zajmować się na jego lekcjach.
- Dobrze, przechodzimy do pierwszego tematu. - Jego głos był miękki, lekko zachrypnięty. Nie zdążył jednak podać niczego, po drzwi do sali otwarły się i pojawiła się w nich moja siostra.
- Dzień dobry... Ja przyszłam zwolnić Annę Arendelle. Jestem jej siostrą. - Przeniosła wzrok na mnie, a ja uśmiechnęła się nieśmiało.
- Oczywiście... A jakie są powody tego zwolnienia pani...?
- Oh, Elsa. Elsa Arendelle. - Podała mu rękę. - Sprawy rodzinne. Bardzo pilne.  - Elsa była mistrzynią naginania prawdy, a właściwie kłamania. Bo prawda była tylko małą okruszynką w jej wypowiedziach.
- Oczywiście... już wypisuję zwolnienie. - Nauczyciel wpatrywał się w moją siostrę jak w obrazek. Spakowałam rzeczy, wstałam z ławki i podeszłam do Elsy.
- Do widzenia. - Uśmiechnęłam się w jego stronę, a on dopiero się otrząsnął.
- Tak, do widzenia. Już wypiszę zwolnienie. Do widzenia, do widzenia. - Odprowadziła nas, aż do drzwi klasy i uśmiechnął się do nas.
Wyszłyśmy w końcu na korytarz.
- Więc o co chodzi? - Blondynka splotła ręce na piersi i świdrowała mnie wzrokiem. - Nie poszłam przez ciebie na zajęcia. Nie wyglądasz jakbyś umierała.
- Ale umieram. Opowiem ci w samochodzie, bo pewnie będziesz kazała mi tutaj zostać, ale ja nie mam już na dzisiaj siły. A tak w ogóle spodobałaś mu się.
- Komu? - Spytała zdziwiona.
- No jemu. Temu nauczycielowi. Patrzył na ciebie jak na kremówkę, albo jak na książkę filozofa greckiego.
Dziewczyna zachichotała.
- Nie zauważyłam. Chodź. Muszę wracać do domu i pouczyć się w takim razie przez internet. Chwała zmodernizowanej uczelni! - Wyszłyśmy ze szkoły i ruszyłyśmy do autka Elsy.
- Tylko proszę nie mów, że znowu będziemy podwozić Kristofa. - Zamknęłam za sobą drzwiczki.
- Nie.
- To dobrze.
- On jest w domu.
- To niedobrze.
- Opowiedz może co się stało?
- Astrid się stała. Szkolna jędza. Dokuczała mi na matematyce i w końcu nauczycielka wysłała nas do dyrektora, ale to oczywiście ja dostałam trzydniową karę, a ona tylko i wyłącznie upomnienie. Znęca się nade mną, od samego początku. Mam jej dość! - Wykrzyczałam, zaciskając pięści.
Elsa cmoknęła z niezadowoleniem.
- Nie możesz się tak dawać.
- Ale jestem tam nowa, a ją nawet nauczyciele traktują jak królową. Wszystko uchodzi jej na sucho. Myślę, że jakby mnie zabiła, to i tak wszyscy powiedzieliby, że na pewno nie chciała tego zrobić i że trzeba jej wybaczyć.
Siostra zaczęła się śmiać.
- Mnie to nie bawi. - Dojeżdżaliśmy do mieszkania.
- Oj przestań. Poradzisz sobie z nią.
- Ale nie poradzę sobie z rodzicami.
- Oj, będę cię kryła. Powiemy, że źle się poczułaś i cię zwolniłam, a odsiadywankę wytłumaczysz jako wolontariat. Wiesz, pomoc gorszym uczniom i takie tam. Dasz radę. Troszkę kłamstwa ci nie zaszkodzi. - Mrugnęła do mnie.
- Okej, ale chcę kakao. Dużo kakaa i czekoladę. - Wygramoliłam się z auta.
- Ania, to tylko trzydniowa kara, a nie problem z chłopakiem.
- Chłopaki nie stwarzają problemów.
Elsa znów zaczęła się śmiać.
- Czyli to nie problem, że zostawię cię z Krissem. Muszę jednak jechać na uczelnię. - Wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Zupełnie mi to nie przeszkadza. - Skłamałam.
- Szybko się uczysz. - Znów do mnie mrugnęła i wpuściła mnie do mieszkania.

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 5 "Umarłem po tej imprezie, a po jej telefonie zmartwychwstałem."

Hej, tutaj macie kolejny rozdzialik. Już piąty! :)
Mam nadzieję, że wam się spodoba i zostawicie tutaj swoje opinie. Przepraszam za wszystkie błędy, ale już dzisiaj nie mam siły sprawdzać wszystkiego dokładnie.
Trzymajcie się ciepło i jutro... pniedziałek... EH
Dziękuję mojej Zuzi, która jest informatykiem :) Mam nadzieję, że padający śnieg i muzyka wprowadziły was w nastrój mojej opowieści.
Brawa dla Zuzi ♥♥♥


                                                                               Julu






Nareszcie sobota! Zerwałam się z łóżka już o godzinie 7:30. Ubrałam się w krótką czarną spódniczkę, bordową bluzkę z długimi rękawami i granatowy sweterek. Moje długie włosy rozczesałam i spięłam w wysokiego kucyka. Uszczęśliwiona wpadłam do kuchni, zrobiłam sobie śniadanie (tosty z serkiem białym) i zjadłam je w pośpiechu. Do termicznego kubka wlałam gorącą kawę i wepchnęłam do do dużej, brązowej torebki razem z pączkiem. Teraz wreszcie mogłam iść. Ubrałam już buty i kurtkę i na chwilę znieruchomiałam.
"Jak mogłam zapomnieć?"
Wróciłam do pokoju i porwałam z szafki nocnej notes i plan całej wystawy.
Wyszłam z domu około 8:15. Wsiadłam do mojego małego autka, które zostawiła mi babcia. Było w kolorze miętowym z tylko jedną parą drzwi. Babci nazywała je Frezją.
Po chwili ja i Frezja pędziłyśmy jeszcze pustą ulicą. Wystawa znajdowała się w centrum miasta w starym browarze. Lokal był niezwykle osobliwy, zbudowany z czerwonej cegły. Często tamtędy chodziłam, gdy szłam na zajęcia plastyczne.
Mijałam dobrze znane mi osiedle i odrobinę posmutniałam. JULEK.
Chłopak pojawił mi się przed oczami. Od naszej kłótni minęło jakieś 5 dni, a ja już kilka razy łapałam się na tym, że wybieram do niego numer.
Mieliśmy iść razem na tę wystawę razem, ale jednak tak nie będzie. Westchnęłam i odepchnęłam od siebie myśli o Julku. Ten dzień miał być szczęśliwym dniem.
Po kilkunastu minutach wjechałam wreszcie na parking przed galerią. Wysiadłam z samochodu, zabrałam torbę i ruszyłam do dużych, przeszklonych drzwi. W środku już znajdował się tłum ludzi, a wystawa zostanie oficjalnie otwarta dopiero za pół godziny. Miałam nadzieję, że porobię kilka zdjęć bez zbędnej widowni. Weszłam do środka i zdjęłam kurtkę. Przewiesiłam ją przez ramię, a z torby wyjęłam lustrzankę, którą dostałam od rodziców na urodziny. Zaczęłam moją przechadzkę wśród obrazów. Każda ściana była wypełniona jakąś formą sztuki. Przeważnie były to obrazy malowane farbą olejną, ale zdarzały się również akwarele, które o wiele bardziej mnie ciekawiły. Podeszłam do obrazu. Format przeciętny 1600/2400. Kompozycja utrzymana w ciepłych barwach z domieszką niebieskiego, który jakby gubił się w całej tej plątaninie kolorów. Zrobiłam zdjęcia. Przyjżałam się jeszcze raz obrazowi.
- Podoba ci się? - Podskoczyłam na ten dźwięk.
Obróciłam się za siebie i moim oczom ukazał się wysoki i szczupły blondyn. Jego włosy były w "artystycznym nieładzie", ale nawet ja wiem, że poświęcił tej fryzurze co najmniej pół godziny. Uśmiechał się do mnie lekko. Jego niebieskie oczy zerkały raz na mnie, a raz na obraz wiszący za mną.
- Tak. Niebieski wygląda tutaj idealnie. W zupełności zdołał się obronić. - Uśmiechnęłam się.
- John Smith. - Uścisnął mi rękę.
- Roszpunka Gottel. - Lekko ściskam jego nieco szorstką dłoń.
- Jesteś dziennikarką? - Unosi brew.
- Nie. Pasjonatką sztuki. - Znów się uśmiecham.
- I jak ocenisz moje dzieło? - Błyska szelmowsko swoim białym uzębieniem.
- Ciekawy. Przypomina mi trochę kojącą i upragnioną wodę na tle zabójczej lawy. - Odwracam się w stronę płótna.
- To bardzo piękne porównanie. Czy mogę oprowadzić cię po wystawie? - Podaje mi ramię i czeka na moją reakcję.
Zaczynam się wachać, ale przypominam sobie ostatni wybryk Julka i stwierdzam, że przecież nie robię nic złego. Znów nieśmiało się do niego uśmeicham i przyjmuję jego ciepły gest.
Od razu widzę, że jest naprawdę cenionym artystą. Opowiada mi o technikach, inspiracjach. Jest przy tym trochę próżny, ale da się wytrzymać.
- To moje ostatnie dzieło. Skończyłem je zaledwie trzy dni temu, farba zdążyła wyschnąć na ostatnią chwilę. Dopiero dziś rano tutaj dojechał. - Płótno przedstawiało drzewo, płaczącą wierzbę dokładniej mówiąc. Na jednej z jej gałęzi wisiała huśtawka, która lekko kołysała się w podmuchach wiatru. Krajobraz wydał mi się znajomy. Przekrziwiłam głowę zaciekawiona.
Chłopak patrzył na mnie wyczekująco.
- Ten mi się najbardziej podoba. Mam wrażenie, że skądś znam to miejsce... - Natarczywie wpatrywałam się w obraz.
- To raczej mało prawdopodobne. - Rzuca smutno.
- Dlaczego? - Odwracam się w jego stronę.
- Bo to miejsce już nie istnieje. - Odwraca wzrok i jakby nigdy nic zaczyna mi opowiadać o kolejnym dziele.
Nie zadaję pytań. To nie w moim stylu, jednak ciekawość każe mi otworzyć usta.
- Nie istnieje? - Pytam, gdy przechodzimy do głównej sali, w której ma nastąpić oficjalnie otwarcie.
- Tak. Już nie istnieje. Zobacz to Szumer! Szaleję za nim! Jest według mnie jedym z lepszych artystów. - Wskazał mi ruchem głowy starszego, siwego pana, którego bardzo dobrze znałam. Kilka razy pojawiał się na naszych zajęciach, ponieważ był patronem naszego "domu kultury".
Wyciągnęłam aparat i znowu zrobiłam kilka zdjęć. Napewno odbiję je w różnych filtrach. Fotografią również uwielbiałam się bawić.
Szumer zaczął od przywitania się i podziękowania wszystkim za przyjście.
- Mam nadzieję, że nie zawiedziecie są na moich pracach. Oczywiście jest tu również wiele dzieł innych artystów, których serdecznie pozdrawiam. Jak napewno wszyscy wiedzą, jestem patronem jednego domu kultury w naszym mieście i kilka dni temu udałem się do naszej wybitnej nauczycielki i razem z nią wybrałem kilka obrazów, które dzisiaj zadebiutują na naszej wystawie. Są to jeszcze bardzo młodzi artyści, ale niewątpliwie mają taleny. - Na dźwięk jego słów moje serce przyspieszyło.
- A więc zapraszam teraz do siebie kilku z nich. - Powoli wyczytał nazwiska moich kolegówi i koleżanek. Było ich w sumie czterech. Trzech chłopaków i jedna dziewczyna - Sara. Nie przepadałyśmy za sobą. Sara była dość... niemiła (to zbyt ładne określenie). Wiele razy zniszczyła moje prace, albo podkradła mi pomysł. Ale teraz ja jej zazdrościłam. Ile bym dała, żeby mój obraz był wśród wyróżnionych dzieł.
Na początku przedstawiono prace chłopaków. Wiedziałam co zobaczę, bo widziałam te prace jak jeszcze powstawały. Naprawdę były niezłe, a każdy następny obraz wydawał się lepszy od poprzedniego. Zadrżałam, gdy przyszła kolej na Sarę. Nie przypominałam sobie nad czym ostatnio pracowała, więc byłam bardzo ciekawa co to będzie.
- A teraz malowidło piękne jak ona sama. Przed państwem praca Sary Lowel. - Odsłonili obraz a ja zdusiłam w sobie krzyk.
To był mój obraz! Patrzyłam na MOJĄ pracę! Był na niej ukazany widok jeziora z setką kolorowych lampionów. To napewno moja praca. Malowałam to na podstawie zdjęć zrobionych na wakacjach. To festiwal lata w naszym mieście. Dokładnie takie samo zdjęcie znajduję się w moim komputerze. Oburzona ruszyłam w stronę sceny, gdzie ONA zbierała laury za MÓJ wysiłek.
- A ty gdzie? - Zostałam zatrzymana przez John'a.
- To mój obraz! - Krzyknęłam. - Malowałam go na podstawie moich prywatnych zdjęć, a teraz ona mi go ukradła! - Przypomniałam sobie, że przecież nie byłam na ostatnich zajęciach i to pewnie wtedy skorzystała z okazji.
Blondyn był nieco zdezorientowany.
- Jak to twój? - Spytał unosząc brwi.
- Mój. Widzisz prawy róg obrazu? Tam niebo jest niedokończone, bo nie zdążyłam dorobić farby. Ona nawet go nie skończyła. - Prychnęłam oburzona jej lenistwem i bezczelnością.
- Masz rację. Jest nieskończony. - Chłopak popatrzył na mnie ze współczuciem. - Co zamierzasz zrobić? - Jego czujne tęczówki skanowały moją twarz.
- Iść tam i odzyskać moją pracę. - Wysapałam wściekła.
John pokiwał głową i stwierdził, że to bardzo absurdalny pomysł. Zaproponował mi swoją pomoc, ale miałam odłożyć to na sam koniec pokazów.
Zgodziłam się, ale bardzo niechętnie.
Gdy rozpromieniona Sara schodziła ze sceny, ja posłałam jej mordercze spojrzenie.
Chwilę trwała walka, kto pierwszy odwróci wzrok. Naszczęście była to ona.
Miałam ochotę wyszarpać ją za kudły, alebo przynajmniej powyzywać ją od najgorszych, ale John skutecznie zasłonił ją przed moim wzrokiem.
- Później. Zachowuj się normalnie, bo zapowiadasz się naprawdę dobrze. Obraz jest niczego sobie. - Puścił do mnie oczko i znów zaczął oprowadzać mnie po galerii.
Starałam się stłumić w sobie złość i cieszyć się wystawą i nawet kilka razy mi się to udało. Dotrwaliśmy w końcu do pory lunchu, w której to postanowiliśmy działać. John zaprosił Szumera do naszego stolika i przedstawił problem. Profesor nawet nam uwierzył, ale kazał dostarczyć dowody, że mam to zdjęcie w moim komputerze i że należy ono do mnie. Chciałam wyjść z tego całego gówna z twarzą, jeszcze zanim cała wystawa się skończy.
Postanowiłam więc zadzwonić po jedyną deskę ratunku. Wiedziałam, że mi nie odmówi.
Wyszłam na zewnątrz. Powietrze było ciepłe.
Odebrał już po pierwszym sygnale.
- Ross? - Jego głos był taki przejęty. Jasne.
- Cześć. Masz szansę się zrekompensować choćby w jednej dwudziestej za to co zrobiłeś, Julek. - Nie zamierzałam owijać w bawełnę.
- Słucham. - Wiedziałam, że nie odmówi.
- Jestem na wystawie, na której zresztą miałeś być i ty, ale niestety cię nie ma, a ja potrzebuję mojego laptopa. To bardzo ważna sprawa, musisz mi go przywieźć w ciągu pół godziny. - Rzucam zimno.
- Ross... Nie dam rady. - Mruczy przepraszająco.
- A co? Znów jesteś zajęty jakąś inną laską? - Mój głos przesiąknięty jest jadem.
- Ross... Będę za pół godziny z twoim laptopem. Twoja mama jest w domu?
-  Nie. Klucze w doniczce na parapecie. Nie spóźnij się, proszę. - Rozłączam się.
Coraz bardziej zdenerwowana wrzucam telefon do kieszeni torby, odwracam się i znowu wpadam na blondyna.
- Załatwiłaś? - Stoi zaledwie kilka centymetró ode mnie.
Kiwam głową, że tak.
- To dobrze. Ona nawet do końca nie wie, jakich farb użyła. - Uśmiecha się rozbrajająco.
Znów podaje mi ramię, a ja je znów przymuję. Jest naprawdę miły.
_______________________________________________________________________


W końcu 20 minut przed końcem wystwy przyjeżdża Julek. Jest ubrany w flanelową koszulę w kratę i ciemne spodnie z dziurami. Włosy ma rozczochrane, a koszulkę poplamioną kawą.
Przewracam tylko oczami i staram się nie wspominać mu, gdzie jest i jak powinnien wyglądać.
- Cześć. - Uśmiecha się szczęśliwy. Muszę przyznać, że trochę brakowało mi jego uśmiechu.
Ten jednak znika, gdy brunet dostrzega Johna. Mierzą się chwilkę od stóp do głow i żaden z nich nie potrafi odpuścić. Typowe samcze zachowanie.
- Masz laptopa? - Przechodzę do rzeczy, bo jednak cały czas mam żal do chłopaka, za to co zrobił za moimi plecami.
Przytakuje patrząc z odrazą na blondyna.
Obchodzi auto i wyciąga z bagażnika torbę z moim komputerem.
- Gdzie mam ją zanieść? - Pyta.
- Daj mi ją poradzę sobie... - Wyciągam po nią ręce, ale Julek nie pozwala mi jej zabrać.
- Zaniosę ją.
- Julek... To niezbyt dobry pomysł. Zobacz na swój strój, oni zeżrą cię, gdy tylko tam wejdziesz... Nie obraź się, ale lepiej żebyś został tu. John mi pomoże. - Wędruję spojrzeniem do chłopaka stojącego za mną, a on na potwierdzenie moich słów mruga do mnie.
Widzę, że Julek walczy ze sobą, więc odbieram z jego rąk walizkę, całuję go w policzek (w ramach podziękowania, nie dostanie nic więcej póki nie przeprosi) i idę w stroną oszklonych drzwi.
- Ross! - Odwracam się. - Poczekam na ciebie. - Opiera się o maskę samochodu.
Znikam za drzwiami.
_______________________________________________________________________


Gdy tylko znikają za drzwiami nie wytrzymuję i walę pięścią w maskę. Potem chwilę zwijam się z bólu. Co ten pierdolony fagas sobie wyobraża? Ona jest moja! Wszystkie emocje napierają na mnie ze zdwojoną siłą. Byłem akurat na próbie zespołu i musiałem się wyrwać, żeby zobaczyć, że jakiś pedancik przystawia się do mojej Ross. No właśnie, czy jeszcze mojej? Dotykam palcami policzka, na którym jeszcze przed chwilą wylądowały jej usta. Wiedziałem, że zrobiła to tylko dlatego, żebym nie wybuchł i żeby nasz mały blondynek nie stracił swoich oczek, którymi tak pięknie do niej mruga. Znów zagotowałem się z zazdrości. Nawet nie wiedziałem do końca, po co jej laptop. Nie wiedziałem nic, od kilku dni. Nawet nie wiedziałem czy żyję. Ja nie żyłem. Umarłem po tej imprezie, a po jej telefonie zmartwychwstałem. Poczułem się, jakbym wreszcie dostał upragnione powietrze, którym była tylko ona.
_______________________________________________________________________


W końcu udało nam się odnaleźć w tłumie pana Szumera.
- Mam komputer i zdjęcie. - Uśmeicham się w jego stronę.
- Dobrze. Chodźmy. - Profesor prowadzi nas do osobnej małej salki.
Wchodzimy do małego pomieszczenia bez okien. Ściany są tu białe i w sumie bez wyrazu. Podłączam sprzęt i wchodzę w odpowiedni folder. Wyszukuję zdjęcia i w końcu pokazuję je Szumerowi.
Kiwa tylko głową.
- Smith zwołaj zebranie, w głownej sali. Powiedz, że to niespodzianka. Za pięć minut. - Chłopak opuszcza salkę, a ja jestem bardzo z siebie zadowolona.
- Powiesz to sama? - Siwy mężczyzna spogląda na mnie.
- A mogę?
- Oczywiście. To w końcu twój obraz, a nawiasem mówiąc bardzo dobry. Sam bym go chętnie przywłaszczył. - Uśmiecha się, a jego oczy giną wśród oceanu zmarszczek.
- Dziękuję. To naprawdę wspaniałe uczucie usłyszeć to z pana ust. - Czuję motylki w brzuchu.
Drzwi otwierają się gwałtownie i ukazuje się w nich John.
- Wszytsko gotowe. Goście już czekają. - Znów puszcza do mnie oko.
Wychodzę z laptopem i w towarzystwie Szumera i John'a udaję się na scenę.
- Proszę państwa a oto przed wami wybitna uczestniczka naszych zajęć Roszpunka Gottel. - Szumer zostawia mi wolną mównicę, a John podłącza mój komputer i za mną wyświetla się moje zdjęcie.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że kojarzycie to zdjęcie? Jest to zdjęcie wykonane przeze mnie w czasie wakacji. To festiwal lata w naszym mieście. - Widzę pobladłą twarz Sary. Chyba się tego nie spodziewała. Uśmiecham się i kontynuuję.
- To ja namowałam ostatni obraz wybrany wśród uczestników zajęć. To nie jest dzieło pani Lowel, tylko moje. Na dowód tego proszę spojrzeć w prawy, górny róg. Czy zauważyli państwo, że niebo nie jest dokończone. Nie zdążyłam dorobić farby. Chciałabym usłyszeć przeprosiny z ust pani Lowel. - Rzucam w nią jadowite spojrzenie, zadowolona ze swojej wygranej.
Brunetka zadziera głowę i wykrzywia twarz. Wychodzi jednak ze sowjego miejsca, staje na scenie i przeprasza. Krótko i rzeczowo, potem wychodzi z budynku.
- Dziękuję za państwa uwagę. Mam nadzieję, że wystawa podobała się państwu. Dziękuję. - Zeszłam ze sceny zabierając laptopa.
Szumer tylko się do mnie uśmiechnął, a ja zaczęłam zmierzać w stronę wyjścia. Nie było to jednak takie proste, bo po drodze musiałam przyjąć wiele gratulacji i pochwał za moje "wybitne dzieło". W końcu udało mi się dotrzeć do drzwi.
Otworzył je John, pojawiając się za mną jak duch.
- Gratulację. Malujesz prawie tak dobrze jak ja. - Znów obdarza mnie uśmiechem.
Odprowadza mnie pod sam samochód i nie przejmuje się naburmuszonym Julkiem. Całuje mnie w rękę i zapowiada, że odwiedzi mnie na warsztatach. Uszczęśliwiona odwracam się w stronę mojego chłopaka.
- Jak wystawa? - Widzę jego zaciśnięte pięści.
- Wyborna. - Nie zamierzam mu ułatwiać zadania. - Wiesz, że John też maluje. Jest naprawdę dobry. - Chyba zachowuję się trochę jak suka, ale zasłużył.
Julek odbiera z moich rąk torbę, otwiera przede mną drzwi, pakuje laptopa do bagażnika, a sam wsiada na miejsce kierowcy.
Zapala silnik, jednak bardzo długo nie odjeżdża.
- Przepraszam... - Szepcze patrząc przed siebie. - Byłem kertynem, zasłużyłem żeby teraz jakiś miągwa obcałowywał twoją rękę. Zasłużyłem, wiem.
Chciałam mu powiedzieć, że nic się nie stało, że wszystko w porządku, ale ostatnio często sobie wyrzucałam, że jestem dla niego za dobra.
- Julek... Zapomniałam, że przyjechałam swoim samochodem. - Zaczerwieniłam się.
Chłopak spojrzał na mnie, a jego kąciki ust poszybowały w górę.
- Mam nadzieję, że to z mojego powodu, a nie tego blondaska. - Dostał kuksańca w bok. - Odwiozę cię do domu, a potem przyjadę po auto. Chyba, że nie chcesz ze mną jechać. - Znów jego głos przepełniony jest poczuciem winy.
Uśmiecham się i znów całuję go w policzek.
- Nie myśl sobie, że ci wybaczyłam. Po prostu już się za tym stęskniłam. Zostało ci jeszcze wiele prób odpracowania twojego debilizmu. - Chłopak parska śmiechem.
Potem odjeżdżamy. I znów czuję, że będzie dobrze.

środa, 11 lutego 2015

Rozdział 4 "Gdyby to było takie proste..."

Cześć, znów może trochę tajemniczy, ale przybliżę wam tutaj pewną postać. Może zobaczycie ją z zupełnie innej strony? A może nadal będziecie nieufni wobec niej. W każdym razie czytajcie i komentujcie.
ps. Zauważyliście padający śnieg? :)
ps2 Przepraszam, że taki króciutki.
                                                                     Julu






Wracałam do domu, po kolejnym dniu w szkole. Cholerna ruda suka. Byłam tak wkurzona, że w mojej liście piosenek znalazły się same "grube" kawałki. Walczyłam ze sobą, żeby nie zapalić papierosa. W końcu dotarłam do domu. Weszłam do środka i od razu pobiegłam do swojego pokoju. Kopnęłam drzwi, a one wcale nie protestowały tylko posłusznie się otworzyły. I dobrze, bo chyba bym je wyłamała z zawiasów.
Rzuciłam się na łóżko i stłumiłam mój krzyk w poduszce. Gdy się już względnie opanowałam postanowiłam przebrać się w zwyczajne ubrania. Wyjęłam z komody dresy i t-shirt z naszywką mojego ulubionego zespołu. Zmyłam makijaż i znów położyłam się na łóżku. Odruchowo spojrzałam w okno. Naprzeciwko mojego tarasu był jego taras. Westchnęłam.
"Gdyby to było takie proste..."
Po chwili usłyszałam zachrypnięty głos mojej babci.
- Już idę. - Wyszłam na korytarz i pobiegłam do jej sypialni.
- Astrid, bądź tak miła i przynieś mi herbatę. - Pomarszczona staruszka podawała mi pusty kubek.
- Byłaś na spacerze? - Spytałam i poprawiłam jej poduszkę pod głową.
- Tak. Z sąsiadką. Zrobiłaś lekcje, Słońce?
- Jeszcze nie. Zaraz zrobię. - Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju.
Udałam się do malutkiej kuchni i zaparzyłam wodę na herbatę. Oparłam się o blat i znów popatrzyłam w stronę jego domu.
Stałam całkiem zamyślona, dopóki czajnik nie zaczął gwizdać, zdjęłam go więc z gazu i zalałam herbatę wrzątkiem.
Wyjęłam z koszyka, który stał na stole małe jabłko, umyłam je i pokroiłam w "łódeczki". Kawałki owocu włożyłam do miski, a ta wylądowała na tacy obok wcześniej przygotowanej herbaty.
Zaniosłam babci podwieczorek i wróciłam do swojego pokoju po książki. Później ułożyłam się na dywanie, obok łóżka staruszki i odrobiłam wszystkie lekcje.
- Dziękuję Słońce za tak smaczny podwieczorek. - Kobieta pogłaskała mnie po policzku, gdy zabierałam tacę z pustą miseczką i kubkiem. Umyłam naczynia i wróciłam do babci.
- Mogę ci jeszcze jakoś pomóc?
- Nie, zajmij się teraz sobą. Zaraz będzie mój ulubiony serial. - Uśmiechnęła się i wygoniła mnie z pokoju.
Poczłapałam więc do mnie i znów usiadłam na łóżku.
I znów odruchowo spojrzałam w tamtą stronę.
Siedział przy biurku i odrabiał lekcje, a obok niego siedział czarny kot. Jego pupilek.
Wstałam i zasunęłam zasłony.
"To naprawdę mogłoby być proste"
Postanowiłam zająć myśli czymś innym, więc ubrałam bluzę, wzięłam telefon i słuchawki i wyszłam pobiegać.
Po kilku kilometrach wreszcie o nim zapomniałam. Na szczęście to zawsze działało.
_______________________________________________________________________


Jechaliśmy samochodem już dobre dwadzieścia minut. Kriss cały czas nucił jakąś piosenkę, a ja nerwowo bębniłam palcami o kolano.
Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie. Cały czas byłam onieśmielona towarzystwem blondyna.
 Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, w moim pokoju i odrobić lekcje. Wszystko było lepsze od jazdy z nim.
- Coś się stało? - Chłopak przerwał milczenie.
Pokręciłam przecząco głową, nawet nie obdarzając go spojrzeniem.
- Elsa mówiła, że jesteś straszliwą gadułą...
- Jestem, ale o czym mam z tobą rozmawiać? - Spojrzałam na niego z wyrzutem.
- O pogodzie, ulubionej muzyce, jedzeniu, szkole... Nie mam pojęcia. Jesteś jakaś... drętwa.
Zaśmiałam się nerwowo, żeby nie pokazać mu, że te słowa mnie... dotknęły.
- Słuchaj, chcę już być w domu. Uwierz mi, to nie jest łatwy dla mnie okres. Chciałam tylko porozmawiać z Elsą. To nie moja wina, że zaciągnęła mnie aż do waszego mieszkania. Tak naprawdę w ogóle nie powinnam z tobą siedzieć w tym samochodzie. Widziałam cię zaledwie dwa razy w życiu. Nie znam cię. Nawet nie wiem, jak masz na nazwisko...
- Nareszcie jakaś dłuższa wypowiedź. - Błysnął zębami.
- Wypowiedź nie musi być długa, żeby była sensowna. - Burknęłam.
- Oh, nie gniewaj się. Zaraz będziemy. Wyluzuj.
Przemilczałam jego komentarze. Tak szczerze to miałam go odrobinę dość. Krępował mnie. Cały czas łapałam się na tym, że podziwiam jego pełne usta i skupioną twarz. Co jakiś czas odwracałam głowę, ale jakoś odruchowo ona wracała na poprzednie miejsce.
Modliłam się w duchu, żeby ta podróż już się skończyła.
Chłopak był zupełnie inny niż ja. Cały czas wyluzowany, zabawny, jakby w swoim żywiole.
"Ciekawe ile dziewczyn już tutaj woził?" - Zarumieniłam się na samą myśl.
W końcu zatrzymał samochód przed bramką do mojego ogródka.
- Dzięki za podwózkę, przepraszam, że musiałeś fatygować się aż tutaj... - Nacisnęłam na klamkę i pchnęłam drzwi. Wyszłam z auta i ruszyłam szybko w stronę swojej posesji.
- Anna! - Usłyszałam za sobą jego głos.
Przymknęłam oczy i odwróciłam się w jego stronę.
- Tak? - Uśmiechnęłam się, tak miło, jak tylko potrafiłam.
Kristoff się zmieszał, burknął coś pod nosem (chyba CZEŚĆ) i wsiadł do samochodu.
Patrzyłam za nim, aż zniknął mi z pola widzenia. Pokręciłam głową i weszłam przez furtkę.
Pokonałam ścieżkę i znalazłam się na ganku mojego domku. Otworzyłam drzwi i od razu skierowałam swoje kroki do kuchni, w której jak myślałam, znajdowali się rodzice.
- Cześć! - Przywitałam się z nim. - Co na obiad?
Mama spojrzała na mnie sceptycznie.
- Gdzie byłaś i kto to był? - Jej oczy powędrowały ku oknie, w którym na pewno przed chwilą widziała mnie i Kristoffa.
- Mogę coś zjeść? - Spytałam wymijająco.
- Nie. - Tym razem do dyskusji włączył się tata.
Był zaniepokojony, wiedziałam to po jego oczach.
Westchnęłam i usiadłam przy stole.
- Była u Elsy... To znaczy ona przyszła do szkoły, gdy ja skończyłam lekcje, ale potem musiała odwieźć swojego kolegę do jego mieszkania, więc pojechałam z nią. W mieszkaniu był jeszcze Julek, chłopak Roszpunki i Elsa bardzo długo z nim rozmawiała, a ja już chciałam wracać do domu, więc podwiózł mnie jej kolega Kristoff. - Wykrztusiłam na jednym wydechu.
Mama patrzyła na mnie w osłupieniu, a tata odetchnął z wyraźną ulgą.
- Czy mogę teraz coś zjeść i wziąć się za lekcje? - Spojrzałam na mamę.
Przygryzła wargę, a potem wolno pokiwała głową.
Wstałam od stołu, nałożyłam sobie zupę do miski, nalałam herbaty do kubka i uciekłam do mojego pokoju.
Kolejne godziny spędziłam przy książkach. Gdy w końcu skończyłam była godzina 20:34, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic i obejrzeć jeszcze film.
Wzięłam prysznic i wpakowałam się do łóżka. Nie włączyłam jednak filmu, bo moje oczy jakoś same się zamknęły i pod powiekami przesuwały mi się obrazy ze mną i Krissem. Ekstra. Sny będą wspaniałe.

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 3 "-Rozbierzesz się? - Ciepły oddech owiał moją szyję."

Hej wszystkim :) Dzisiaj mam dla was mały rozdzialik :) Mam nadzieję, że wam się spodoba. Czytasz=KOMENTUJESZ
Wasze słowa są bardzo motywujące (dziękuję moim kochanym czytelniczkom)
Trzymajcie się cieplutko i miłej nocy wam życzę.
                                      
                                                                                             Julu










"No odbierz." - Mijałam właśnie kolejne ulice, biegnąc do szkoły.
Mój drugi dzień, a ja oczywiście już jestem spóźniona. Zdenerwowana wcisnęłam telefon do kieszeni kurtki. Elsa jest już pewnie na uczelni. Przyspieszyłam. Po kilku minutach w końcu ujrzałam mój cel. Wbiegłam po schodach i weszłam do szkoły.
- Chwileczkę! Panienka wpisze spóźnienie! - Zakrzyknął do mnie woźny, ale ja byłam już na drugim końcu korytarza.
Czmychnęłam czym prędzej do klasy.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie... - Wysapałam.
Nauczycielka patrzyła się na mnie krzywo.
- Nazwisko?
- Arendelle. - Uniosłam podbródek.
Kobieta chwilę wpatrzona była w komputer.
- Ach, to ty... No dobrze, już dobrze siadaj moje dziecko. - Uśmiechnęła się przesadnie i wskazała ręką wolną ławkę.
Zajęłam swoje miejsce, zdjęłam kurtkę i wypakowałam książki.
- No dobrze chciałabym usłyszeć coś o nowej koleżance. - Jej czarne loki podskakiwały z każdym jej krokiem.
Wstałam i przedstawiłam się.
- Ja będę cię uczyła matematyki. To piękny przedmiot, a ty wyglądasz na bardzo bystrą i utalentowaną osóbkę. Dzisiaj zajmiemy się liczbami rzeczywistymi. Proszę zapiszcie temat...
Pochyliłam się nad zeszytem, ale gdy tylko stalówka pióra dotknęła kartki z mojej torebki rozległ się dzwonek telefonu.
Zacisnęłam powieki.
Następnie zaczęłam grzebać w torbie w poszukiwaniu urządzenia.
- W kieszeni kurtki... - Wyszeptał chłopak za mną.
W końcu udało mi się wyciągnąć telefon i go wyciszyć. Schowałam go z powrotem i podniosłam głowę.
Nauczycielka stała na środku klasy i nerwowo kręciła głową.
- Co masz do powiedzenia? - Wbiła we mnie ostre spojrzenie, a ja wiedziałam, że moja odpowiedź będzie miała wielki wpływ na moje losy.
- Przepraszam... Nie wyciszyłam telefonu. - Wydukałam.
Kobieta tylko machnęła ręką, a ja znów usiadłam na krześle,
Lekcja była... nudna. Ile można "wałkować" to samo? Na koniec zadała kilkanaście ćwiczeń, które mieliśmy skończyć w domu. Wreszcie jakaś robota. Szybciutko uporałam się z zadaniami i wyjęłam telefon. Musiałam napisać siostrze sms'a. Musiałam się z nią dzisiaj spotkać.
- Arendelle!
- Skończyłam wszystko.
- Telefon ma być wyłączony i schowany! Co ty pierwszy raz jesteś w szkole?!
- Drugi... - Wtrąciłam.
- Oh, jeszcze będzie żartować. Jak taka z ciebie śmieszka to może będziesz wystawiać kabaret na każdej lekcji, hym?
- Ja nie żartuję, a wszystkie zadania mam skończone. Może je pani sprawdzić, nie mam nic przeciwko. - Miałam jej już serdecznie dość.
- Nie będziesz mi tu mówić, co mogę, a czego nie! Tylko ja tak mogę! I naprawdę miałam cię za bardziej wychowaną osobę! Twoi rodzice chyba niezbyt cię przygotowali...
- Proszę nie mieszać w to moich rodziców! To oni nauczali mnie w domu przez wiele lat i to właśnie oni wpoili mi całą wiedzę jaką mam. Proszę ocenić ich na podstawie tego! Nie okłamałam pani, ani nie żartowałam. To mój drugi dzień w tej szkole, w ogóle w jakiejkolwiek szkole, ale jeśli dalej będę słyszeć od wszystkich czego mnie nie nauczyli moi rodzice, to będzie to ostatnia szkoła w jakiej byłam. - Zacisnęłam pięści.
Czarnowłosa patrzyła na mnie w osłupieniu.
Nie uciekłam spojrzeniem.
- Wyjdź! - Wskazała palcem na drzwi.
Spakowałam się i wyszłam.
"Początek przebojowy"
Gdy dotarłam już pod kolejną salę zadzwonił dzwonek. Usiadłam na ławce i wyjęłam telefon.
"Jestem pewna, że zadała im jeszcze więcej zadań, żebym jutro nie miała wszystkich zrobionych"
Wystukałam wiadomość do Elsy.
- Wow, nawet nie wiesz, co zrobiłaś! Ona jest po prostu straszna, nie przejmuj się nią! - Podniosłam głowę.
Nade mną stała rudowłosa dziewczyna. Jej włosy były jeszcze bardziej ogniste od moich i cieniutkimi sprężynkami opadały, aż do jej pasa.
Uśmiechnęłam się do niej trochę zdezorientowana.
- Powiedziałam coś nie tak? - Spytałam.
- Oh... dla niej wszystko jest nie tak. Najchętniej kazałaby wszystkim nie oddychać i pracować przez kilka godzin bez przerwy. Na szczęście to najgorsze masz już za sobą, no bo to właśnie była najgorsza nauczycielka. Teraz będzie już luzik. - Rzuciła mi promienny uśmiech.
- Dzięki...
- Merida. - Znów się uśmiechnęła, a zza jej pleców wyłonił się chudy brunet.
- Cześć, ja jestem Czkawka. - Uśmiechnął się nieśmiało.
Przełknęłam tylko ślinę, żeby się nie roześmiać, ale skinęłam mu przyjaźnie głową,
- Czkawka jest geniuszem matematycznym, ale naprawdę nie lubi tej jędzy. Jestem ciekawa kto z was jest lepszy? Musimy kiedyś to rozstrzygnąć! Chociaż wydaję mi się, że zwycięstwo będzie po stronie płci pięknej. - Wreszcie spotkałam osobę, która mówi tak wiele jak ja, no może czasem jeszcze więcej.
Już wiedziałam, że polubię Meridę.
- Naprawdę to twoja pierwsza szkoła? Wiesz... coś tam słyszałam, ale nie mogłam w to uwierzyć. To naprawdę niesamowite, a twoi rodzice muszą być naprawdę w dechę. Wiesz, moja mama uważa, że piłka nożna to nie jest sport dla dziewczyn. Nie pozwoliła mi nawet iść do klasy sportowej!
- Grasz w piłkę?
- No, właśnie ci to powiedziałam. - Znów się uśmiechnęła.
Po chwili zadzwonił dzwonek.
- No jak już mówiła, teraz będzie luzik. - Rudowłosa zniknęła za drzwiami klasy.
_______________________________________________________________________


- Odprowadzimy cię! - Merida stała tuż obok mnie. Jej przyjaciel trzymał się trochę z boku.
- Nie, nie trzeba. I tak jestem umówiona z siostrą, ale dzięki. - Pomachałam im na pożegnanie.
Jeszcze długo słyszałam śmiech dziewczyny, ale po chwili znów gwizdał tylko wiatr.
- Ty jesteś Anna? - Odwróciłam się.
Przede mną stała wysoka blondynka, o długich nogach. Jej włosy były zaplecione w idealny warkocz, a ubrania leżały na niej jak ulał. Perfekcyjny makijaż zdobił jej twarz. Musiała być tutejszą pięknością, a na pewno panią popularną.
- Może. - Wzruszyłam ramionami.
- Masz się od niego odczepić! Zrozumiałaś! Nie dotykaj go, nie uśmiechaj się do niego, najlepiej w ogóle z nim nie rozmawiaj! - Syknęła i trąciła mnie ramieniem.
Zdziwiona stałam na środku placyku i próbowałam zrozumieć o co jej chodziło. W końcu przyszła Elsa.
- Nie za częste te spotkania? - Uśmiechnęła się i poczochrała włosy.
- Chciałam z tobą porozmawiać o tacie... - Wbiła we mnie swoje lodowe spojrzenie.
- Powiedzieli ci?
- Tak.
- I?
- I co?
- Jak to przyjęłaś?
- Normalnie. Tata to tata, jedyny jakiego miałam. Wiem, że mama cię okłamywała, ale uważam, że zachowujesz się niesprawiedliwie w stosunku do taty. To on był twoim jedynym ojcem przez 17 lat. Nie było innego i nie będzie. - Odparłam stanowczo.
Blondynka patrzyła na mnie w osłupieniu.
- Anna... Ty nie rozumiesz. Ja pamiętam prawdziwego tatę! Szukam go... Mama nie powinna nas okłamywać! To ona była niesprawiedliwa.
- A teraz ty jesteś dokładnie taka sama jak ona.
- Nieprawda! - Krzyknęła.
- Elsa... Nie chcę się kłócić. Chcę, żeby było tak, jak dawniej. Chcę, żebyś do nas wróciła. Mama źle to wszystko znosi...
- To ona nawarzyła piwa, więc teraz je wypije. - Zacisnęła usta.
Sapnęłam zrezygnowana.
- Ale...
- Poczekaj. - Odebrała telefon.  - Okej, ale to będzie ostatni raz. Musisz mi w końcu oddać za benzynę. Będzie moja siostra. Okej. - Rozłączyła się.
Spojrzałam na nią pytająco.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę w stronę samochodu.
Nie przejechaliśmy dalej niż jakieś 800 metrów i Elsa zatrzymała samochód. Po chwili wsiadł do niego znany mi już blondyn.
"Cholerka"
- Cześć. Podwieziesz mnie do domu. - Bardziej stwierdził, niż spytał.
- Ostatni raz, następnym razem płacisz. - Dziewczyna uśmiechnęła się trochę drapieżnie.
Siedziałam na przednim siedzeniu i wsłuchiwałam się w ich rozmowę. Czułam jego spojrzenie na moim karku i co jakiś czas lekko się wzdrygałam.
- Poznałeś już Ankę?
- Tak.
Znów wrócili do własnych tematów. Nie czułam się tam ani trochę komfortowo, więc z radością przyjęłam fakt, że chłopak wysiada. Niestety moja ukochana siostrunia zrobiła to samo. Musiałam pójść w jej ślady.
- Przepraszam cię za bałagan. Jest u mnie Julek. Nie w formie, więc nawet nie sprzątałem. - Otworzył przed Elsą drzwi kamienicy, a mnie kompletnie ignorował.
Zastanawiałam się po co w ogóle za nim wchodzę. Wdrapaliśmy się po schodach. Chłopak szedł pierwszy, za nim kroczyła moja władcza siostra, a ja tuptałam na końcu nie pasując do nich ani troszeczkę.
Kristoff w końcu otworzył drzwi mieszkania, przepuścił Elsę i nawet nie zapomniał o mnie.
Weszłam do salonu. Elsa rzuciła swoją kurtkę na wieszak i rozsiadła się wygodnie na kanapie. Ja stałam oszołomiona na środku pokoju.
- Rozbierzesz się? - Ciepły oddech owiał moją szyję.
Rozebrałam kurtkę i sztywno podałam ją chłopakowi.
- Siadaj. - Powiódł wzrokiem w stronę kanapy.
Usiadłam na brzegu beżowego i miękkiego materaca.
- Przynieś mi mrożoną kawę! Jack powinien zostawić zapasy! - Blondynka czuła się tutaj jak w domu. Musiała często tu przebywać.
Kristoff przyniósł dwie kawy (dla niego i Elsy). Usiadł w zielonkawym fotelu obok nas. Podczas, gdy oni znowu rozmawiali, ja skupiłam się na pokoju, w którym przebywałam. Bałagan wskazywał na to, że jest to raczej jaskinia ciężkich chłopów, zupełnie pozbawiona kobiecej ręki. Gdyby nie to, salon naprawdę mógłby być ładny. Na środku stał jasny stolik do kawy z przeszklonym blatem. Obok niego była kanapa, na której siedziałam i zielony fotel Kristoffa. Na ciemnej ścianie wisiał ogromny telewizor, a w wysokiej i przeszklonej gablotce piętrzyły się niepoukładane płyty.
Na ścianach salonu było wiele drzwi, więc uznałam, że ten pokój jest jakby centrum mieszkania. Zawsze musisz go odwiedzić, jeśli chcesz wejść gdzieś indziej. Pewnie dlatego był tak zabałaganiony. Brudne kieliszki i szklani stały na stoliku, a nawet parapecie. Leżący na podłodze dywan był chyba kiedyś kawowy? Teraz zawalony był różnymi przedmiotami: ubraniami, książkami, papierkami, poduszkami a nawet kołdrą w misie.
Przewróciłam oczami.
- To Julek. Mówiłem ci, że nie opłaca się sprzątać, kiedy chodzi i zachowuje się jak bomba zegarowa.
Zarumieniłam się.
- Nie mówiłeś tego do mnie. Mówiłeś do Elsy. - Stwierdziłam.
W tej chwili z jednych drzwi wyszedł chłopak. Był w bokserkach i luźnej koszulce.
- Cześć stary! Wróciłeś już do żywych?
- Nie. - Brunet usiadł obok mnie.
Wzdrygnęłam się na jego widok. Był nieogolony, a jego odsłonięte ramiona ukazywały mi wiele tatuaży, które "zdobiły" jego ciało.
- Kto to? - Spojrzał na mnie.
- Siostra Elsy. - Spoglądałam na niego w osłupieniu, jakby nie mógł się mnie zapytać.
Czułam się, jak jakiś przedmiot. Nikt się mnie o nic nie pytał...
- O nie. Powiedziałeś im? Cholera Kriss! Mówiłem, że dam sobie radę. Nie potrzebuję pomocy jakiś dziuń! Dam sobie radę sam! - Było widać, że chłopak ma kaca.
- Co zrobił? - Siostra kompletnie zignorowała jego gadanie.
- Chodź do kuchni i postaraj się go nie zabić. - Blondyn wraz z nią opuścił salon, a ja została sama... z Julkiem.
- Czekaj... Jesteś Anna?
Przytaknęłam.
- Jesteś tak bardzo podobna do Ross. Tylko ona ma dłuższe włosy i jest blondynką.
- Wiem, jak wygląda moja kuzynka. - Zagotowałam się w sobie. Miałam dość wizyty tutaj!
- Elsa idę do domu! - Wstałam z kanapy.
- Julek! Przywlecz tu swoje cholerne cztery litery! Musimy porozmawiać! Co ci w ogóle strzeliło do głowy! - Wzburzona siostra wyszła z kuchni i zaciągnęła tam bruneta, a wywaliła blondyna.
Zrezygnowana opadłam na kanapę. Coś czułam, że nie wyjdę stąd przez następne pół godziny.
- Odwiozę cię. - Kristoff już sięgał po kluczyki, a następnie rzucił mi moją kurtkę.
Patrzyłam na niego jak na kosmitę.
- Nie jadę z tobą. Ledwo cię znam.
- Wolisz czekać tutaj, a uwierz mi będzie to trochę trwało, czy wolisz wrócić do domu i nie przeprowadzać znowu kłótni z rodzicami? - Kręcił kluczykami wokół palca.
Przewróciłam oczami, ale ubrała kurtkę i wyszłam z mieszkania.
- Masz własny samochód? - Spytałam.
- Tak, ale lubię jeździć z twoją siostrą. - Wyszczerzył się w uśmiechu i otworzył przede mną drzwi.
Wsiadłam do auta i po chwili byliśmy już w drodze.





niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 2 "Ona jest aniołem, zrozumie"

Tutaj macie króciutki rozdział, bo pewnie zastanawiacie się, czemu Roszpunka płakała. Cała sytuacja wyjaśni się tutaj. Komentujcie :)
                                                                              Julu








Leżałam na łóżku i cicho łkałam w poduszkę. Łzy towarzyszyły mi już od ponad godziny i na razie nie chciały opuścić moich policzków. Cholerny telefon. Przewróciłam poduszkę na drugą stronę, bo była już cała mokra od słonych kropli.
W głowie cały czas siedział on, a ta straszliwa scena powtarzała się od kilkunastu minut. Taki niekończący się horror. Ukryłam twarz w pościeli i głośniej zawyłam. Mama na szczęście wyszła na nocną zmianę, a tata był w podróży służbowej. Przynajmniej nie będą widzieć kolejnej porażki swojej córki.
Zawinęłam się szczelniej kocykiem i otarłam policzki. Niewiele to dało, ale przynajmniej przez chwilkę coś widziałam. Zegarek na szafce wskazywał 22:37, a jutro oczywiście idę do szkoły.
"Jak on mógł mi to zrobić? Jak? Miał być inny, zapewniał, że się zmienił. Jasne"
Znów zaniosłam się płaczem. Po chwili usłyszałam ciche stuknięcie. Przestraszona skuliłam się jeszcze bardziej i na chwilkę zamilkłam. Później pukanie stało się coraz bardziej natarczywe i dochodziło od strony okna.
"Może to Ania"
W tym momencie odezwał się mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i już wiedziałam kto to.
- Wynoś się! - Krzyknęłam i rzuciłam poduszką w okno.
Oczywiście niewiele to dało, bo on nadal stukał w szybę.
Zdenerwowana podeszłam do okna, odgarnęłam zasłonę i uchyliłam okno.
- Ross... Wpuść mnie, musimy porozmawiać.
- Nie mamy o czym. Chcesz się pochwalić swoimi wyczynami na imprezie? Chcesz mi opisać, jak to "lizałeś" się z Astrid? Oszczędź sobie. - Wysyczałam wściekła i nie obchodziło mnie to jak teraz wyglądam.
Miał mnie widzieć i zobaczyć co mi zrobił.
- Ross to wcale nie tak! Przecież wiesz, że jesteś tylko ty. Zawsze byłaś. - Musiał zadzierać głowę, chociaż był wysoki.
- Chciałabym ci wierzyć Julek, ale się boję. Postawiłam wszystko na ciebie, a teraz czuję się, jakbym połowę z tego przegrała. Nie potrafię ci zaufać. - Zamknęłam okno i zasunęłam firankę.
Odwróciłam się i wyszłam z pokoju.
Zamknęłam się w łazience i osunęłam się na podłogę.
" Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, przecież Julek to Julek. Kocha mnie"
Ukryłam twarz w dłoniach i znów zaczęłam płakać, ale po chwili zasnęłam.
Pamiętajcie, żeby nigdy nie kłaść się w łazience. Kafelki są naprawdę niewygodne, a do tego jeszcze lodowate.
_______________________________________________________________________


Zdenerwowany mijałem właśnie dobrze znaną mi ulicę.  Po drodze wypaliłem całą paczkę papierosów, więc mój humor dodatkowo się pogorszył. Na szczęście to już niedaleko. Skręciłem w boczną uliczkę, która wiodła przez park, na skróty. Zaczął padać deszcz, ale nie zwróciłem na to uwagi. W końcu doszedłem to celu. Wpisałem kod i wszedłem do środka. Od razu skierowałem się na pierwsze piętro i zapukałem do drzwi przyjaciela.
"Otwórz!"
Usłyszałem szczęk zamka i przed moimi oczami ukazał się pół nagi Kristoff.
- Cześć stary. - Wpuścił mnie do środka.
Wparowałem do mieszkania i od razu skierowałem się do salonu.
- Masz coś mocnego? - Chłopak otworzył szeroko oczy.
- Wódkę, chodzi mi o wódkę! - Krzyknąłem.
- Wyluzuj. - Zniknął za drzwiami, a potem wrócił z drinkiem.
Wypiłem wszystko jednym duszkiem, nawet się nie krzywiąc.
Kristoff patrzył na mnie zaciekawiony.
- Mogę cię prosić o przysługę? - Spytałem.
- Zależy co chcesz Julek, żadnych płatnych zabójstw. - Wyszczerzył się w uśmiechu.
- Musisz odciągnąć ode mnie taką jedną małą zdzirę. Astrid...
- No jasne, mogłem się domyślić. - Spochmurniał.
- Co?
- Roszpunka wszystko mi powiedziała. Zachowałeś się jak dupek. Serio. Dziewczyna ma do ciebie zaufanie, wypuszcza cię na imprezy, łamie wiele zasad, żeby się z tobą spotykać, a ty się liżesz po kątach z jakimiś dziwkami. Nawaliłeś. Serio. I ci nie pomogę. - Zacisnął usta w wąską linię.
- Skąd masz jej numer?
- Nie pamiętasz? Kiedyś dokładnie to samo kazałeś mi zrobić z Ross. Dałeś mi nawet jej numer telefonu, żebym dobrze wykonał robotę. - Skrzyżował ręce na piersi.
"Naprawdę kiedyś chciałem pozbyć się Ross z mojego życia? Przecież ja ją kocham"
- Kriss... Proszę. To ostatnia rzecz o jaką cię proszę. Naprawdę. Kocham Ross. Wiesz o tym. To ona pomogła mi wyjść z nałogu, nauczyła żyć od nowa. Nie mogę jej stracić przez jakieś cholerne głupstwo. - Spuściłem głowę.
Przez chwilę panowała przytłaczająca cisza.
- Naprawdę się nie całowałeś z Astrid?
Zacisnąłem powieki. Chciałem powiedzieć, że nie, ale nie mogłem.
- Raz, ale to ona się do mnie przykleiła. Nic więcej nie było. Wyszedłem zaraz potem. Byłem pijany. Nie chciałem... - Obraz stał się lekko rozmazany.
- Rozmawiałeś z Ross?
- Tak.
- Co mówiła?
- Że nie potrafi mi zaufać. - Policzki stały się mokre.
- Stary, naprawdę chcę ci pomóc, ale uważam, że powinieneś odbudować jej zaufanie sam. Mogę usunąć laskę, ale będziesz ją okłamywał. Powinieneś przyznać się do wszystkiego i przysiąc jej, że to już się nigdy nie powtórzy. No i musisz się tego trzymać. Ona jest aniołem, zrozumie. - Kriss poklepał mnie po łopatkach.
Westchnąłem.
- Nie dam rady. - Skrzywiłem się.
- Dasz. Jestem tego pewny i przestań się mazać. - Klepną mnie w policzek i wyszedł z salonu.
Wytarłem twarz rękawem. Dam radę.
Przyjaciel rzucił we mnie poduszkami i kołdrą. Uwielbiałem u niego nocować. Kristoffer był naprawdę dobrym kucharzem. Rozłożyłem kanapę i ułożyłem się na niej wygodnie. Sięgnąłem po telefon i napisałem jej, że ją kocham.
Później zasnąłem.

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 1 "Tajemnice zawsze czekają, żeby wyjść i użreć nas w najmniej oczekiwanym momencie"

No cześć, zamieszczam wam pierwszy rozdział tej świeżutko upieczonej historii. Mam nadzieję, że wam się spodoba i nie zjedziecie mnie na samym początku... Czytajcie, komentujcie i dawajcie znaki życia :)
                                                                                         Julu






- Roszpunka! - Usłyszałam wołanie matki. Siedziałam na łóżku i przeglądałam program wystawy znanego artysty.
- Roszpunko!
- Już! - Odkrzyknęłam jej zaznaczając kółkiem ciekawiące mnie obrazy i godziny pokazów.
- Roszpunka!
- Idę! - Wsunęłam ulotkę do mojego notatnika i wybiegłam z pokoju.
Wpadłam do kuchni, potrącając przy tym mojego psa, przeprosiłam go i dopiero wtedy zobaczyłam Annę. Siedziała przy stole i zajadała się ciastkami.
- Ross! - Krzyknęła na mój widok i rzuciła mi się na szyję. Mocno ją przytuliłam.
- Ale co ty tu robisz? - Spojrzałam na nią zdziwiona.
Spuściła głowę.
- Mamo idziemy do mojego pokoju. - Wiedziałam, że Anna nie chce rozmawiać przy mojej matce.
Pociągnęłam ją do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku, a ona zajęła miejsce obok mnie.
Ponagliłam ją spojrzeniem.
- Chciałam cię odwiedzić. Strasznie dawno się nie widziałyśmy...
- Dokładnie 6 miesięcy 2 tygodnie i 4 dni. - Sprostowałam.
- No właśnie... Wiesz, że Elsa już z nami nie mieszka?
- Naprawdę?! - Byłam bardzo zaskoczona. Tyle się zmieniło.
- A ja poszłam do szkoły...- To już kompletnie odjęło mi mowę.
Gapiłam się na rudowłosą kuzynkę, jakby co najmniej miała rogi na głowie.
Anna spojrzała na mnie, a potem zaczęła się śmiać. Ja oczywiście poszłam w jej ślady.
Następną godzinę spędziłyśmy na miłej pogawędce o naszym aktualnym życiu, nowinkach i ploteczkach.
- Gdzie ona jest? - Nagle ciszę zakłócił głos mojej ciotki.
Anna zbladła natychmiast i upuściła kubek z herbatą.
- Nie może mnie tu zobaczyć. Udusi mnie. - Dziewczyna była nieźle przerażona.
Co robić? Ciotka rzeczywiście musiała być bardzo zdenerwowana, że zdecydowała się pofatygować do naszego skromnego domu.
- Okno! - Wykrzyknęłam nagle i wypchnęłam kuzynkę przez parapet.
Ania skoczyła i wylądowała na trawie jakiś metr pode mną. Zrzuciłam jej jeszcze torebkę i kurtkę.
- Zasuwaj do domu, będę cię kryła. Pozdrów Elsę i musimy się kiedyś spotkać w trójkę! Trzymaj się Mała! - Zamknęłam okno w chwili, gdy do pokoju weszła moja matka.
- Gdzie jest Anna? - Uniosła brew.
- Wyszła jakieś dwadzieścia minut temu. Na pewno jest już w domu. - Rzuciłam małe kłamstewko.
Następie do pokoju wpadła kopia mojej matki czyli moja ciotka.
- Gdzie jest Anna?! - Tak samo uniosła brew.
- Ciociu, miło cię widzieć. Ani już nie ma. Tak właściwie to ja ją zaprosiłam. Dawno się nie widziałyśmy i pomyślałam, że zanim zacznie rok szkolny może do mnie wpaść...
- Poszła do domu? - Ciotka świdrowała mnie spojrzeniem.
- Tak. Już wyszła. Naprawdę była tu tylko chwilkę i to był mój pomysł. - Wbiłam spojrzenie w moje skarpetki i dopiero teraz zauważyłam, że mam dwie różne.
Spojrzałam na ciocię i uśmiechnęłam się promiennie, ale ona tylko przewróciła oczami, pożegnała się z moją mamą i wyszła.
Gdy tylko zniknęła za drzwiami wejściowymi odetchnęłam z ulgą. Teraz czekała mnie jeszcze konfrontacja z matką.
Stała z założonymi rękami obierając się o framugę drzwi i kręciła głową.
- No co? - Spojrzałam na nią z wyrzutem. - Powinnaś sama coś zrobić. Anka ma już 17 lat. Da sobie radę.
- Nie mieszaj się w to Roszpunko.
- To wy jesteście pokłócone, a ja mam chyba prawo widzieć się z moimi kuzynkami? - Wykrzyknęłam.
- Roszpunko, sama dobrze wiesz, jak jest. Aż się dziwię, że stałyśmy razem w jednym pokoju i się nie pozabijałyśmy. Dopóki twoja ciotka mnie nie przeprosi, nie będziemy utrzymywać z nią kontaktów...
- Ty nie będziesz! Ja będę traktować ich jak rodzinę! I nie nazywaj mnie Roszpunką! - Krzyknęłam i potrącając matkę ramieniem uciekłam do swojego pokoju.
Zamknęłam drzwi i osunęłam się po nich plecami. Usiadłam na drewnianych panelach i rozglądnęłam się dookoła.
Mój pokój zupełnie mnie oddawał. Było  to najlepsze miejsce na Ziemi. Ściany były liliowe i ozdobione moimi rysunkami. Meble były zrobione z drewna wiśniowego. Najlepsze było ogromne łóżko z masą kolorowych poduszek i wygodną pościelą w kwiaty. Uroku dodawały ręcznie robione lampiony, które świeciły przez cały rok. Można powiedzieć, że to po prostu zwykły pokój nastolatki, ale dla mnie był on najlepszy.
Zdenerwowana usiadłam na łóżku i wróciłam do mojego planu wystawy.
Gdy właśnie miałam zabrać się za czytanie artykułu o jednej z galerii zadzwonił mój telefon. Jak zwykle nie miałam pojęcia, gdzie on jest. Przewróciłam chyba każdą poduszkę i w końcu znalazłam go na komodzie. Artystyczny nieład też od zawsze mi towarzyszył.
- Cześć! - Przyłożyłam słuchawkę do ucha, a po usłyszeniu informacji równie szybko ją upuściłam.
Spojrzałam na ramkę stojącą na komodzie i na zdjęcie w niej. Z łzami podeszłam do komody i jednym ruchem zrzuciłam ramkę. Przez krótką chwilę towarzyszył mi dźwięk tłuczonego szkła, a potem zapadła cisza. Jednak nie na długo, bo prze następne pół godziny powietrze było wypełnione moim szlochaniem. Cichym i przytłaczającym szlochaniem.
_______________________________________________________________________


Dotarłam do domu, krótko przed 18.  Niestety wejście oknem odpadło, bo przecież nie wdrapię się na pierwsze piętro. Stałam więc przed drzwiami i nerwowo grzebałam w torebce w poszukiwaniu kluczy.
- Muszą gdzieś tu być... - Mamrotałam do siebie.
W momencie, gdy w końcu wyjęłam kluczę drzwi się otworzyły i stała w nich matka.
- Cześć Mamuś. - Rzuciłam jej najsłodszy uśmiech na jaki w tej chwili mogłam się zdobyć. - To skoro już ki otworzyłaś drzwi, to może ja wejdę? - Jej brązowe tęczówki świdrowały mnie dotkliwie.
- Mario! Zostaw ją w spokoju. - W drzwiach pojawił się ojciec i wprowadził mnie do środka.
- Idź na górę do swojego pokoju, przygotowałem ci kubek herbaty. - Ucałował mnie w czoło, a ja szczęśliwa pobiegłam do pokoju.
Gdy tylko zamknęłam drzwi usłyszałam krzyki rodziców. To ich pierwsza kłótnia od... sama nie wiem od kiedy. Dawno się nie kłócili, raczej byli zgodni ze sobą we wszystkich sprawach, a teraz w końcu ojciec przeciwstawił się matce.
Podeszłam do szafy i przebrałam się w wygodne dresy, a sukienkę zostawiłam na krześle. Usiadłam na łóżku i nasłuchiwałam. Tak naprawdę, to te krzyki należą się mi, że nie odebrałam telefonu i nie wróciłam do domu. Pewnie za chwilę dostanę wykład, jak to ich (ją) zawiodłam i że przyprawiłam ją niemal o palpitację serca. Sięgnęłam po kubek herbaty i upiłam łyk. Oczywiście poparzyłam sobie język, bo niestety jestem niezdarą. Gdy właśnie wiłam się z bólu do pokoju weszła mama.
- Cesc. - Wysepleniłam, bo oczywiście miałam spuchnięty język.
Matka popatrzyła się na mnie, po czym usiadła na łóżku i wygładziła kołdrę wokół siebie. Usiadłam obok niej. Widziałam jej drżący podbródek.
- Mamo... Pseprasam. Obiecuje, ze to sie wiecej nie powtórzy. - Ujęłam jej dłoń i lekko ścisnęłam.
- Nie Aniu, tutaj chodzi o coś zupełnie innego. Ja po prostu nie chcę ci tego mówić. Ojciec twierdzi, że jesteś już na tyle duża, że to zrozumiesz, ale ja się boję, że... - Spojrzałam na nią.
Miała łzy w oczach.
- Mamo...
- Po prostu boję się, że uciekniesz tak jak... - Spuściła głowę.
- Jak kto? Mamo? - Zupełnie zapomniałam o bólu języka.
- Jak... jak Elsa. - Wyszeptała i wybuchła płaczem.
Kompletnie zdezorientowana mocno ją przytuliłam.
- Nie płacz. Proszę. - Głaskałam ją po głowie.
Do pokoju w końcu wszedł również tata, usiadł na łóżku i objął mamę ramieniem.
- Mam to powiedzieć? - Szepną.
Mama pokręciła przecząco głową. Otarła łzy, wyprostowała się i spojrzała prosto w moje oczy.
- Ten mężczyzna, który siedzi teraz obok mnie nie jest twoim ojcem. - Patrzyłam na nią w oszołomieniu.
- Musiałam ci to kiedyś powiedzieć. Wasz ojciec... Był wielką pomyłką w moim życiu i najchętniej cofnęłabym czas i nigdy go nie spotkała, ale nie przeżyłabym bez was... To znaczy ciebie i Elsy. No i twojego obecnego taty. - Przytuliła się do niego.
Zdezorientowana patrzyłam to na matkę to na... no chyba tatę i w końcu również się do nich przytuliłam.
- Jedynym tatą, którego pamiętam jest ten tutaj. - Dźgnęłam tatę w brzuch. - I nigdy, przenigdy nie zamierzam go wymieniać na innego. - Pocałowałam rodziców w policzki.
Mamie wyraźnie ulżyło. Ojciec ucałował mnie w czubek głowy i oznajmił, że przygotuje nam kolację.
- Mamo, ale... czemu Elsa odeszła? Przecież by to zrozumiała... - Ta kwestia nie dawała mi spokoju.
Kobieta westchnęła.
- Elsa pamiętała biologicznego ojca... Wiesz miała trzy lata, kiedy on odszedł a ja zaszłam w ciążę. Gdy jej to powiedziałam, uparła się, że musi go odnaleźć... Wiem, że kocha i mnie i tatę, ale chyba nie wytrzymała tego, że była tak długo okłamywana, że starałam się wyprzeć jej wspomnienia z tamtym facetem. Chyba ją skrzywdziłam. Ona czuła, że coś jest nie tak, a ja cały czas wmawiałam jej co innego. Żałuję. - Wstała i również ucałowała mnie w czoło, a potem wyszła z pomieszczenia.
Zostałam sama. Nie czułam żalu do matki, nie obraziłam się... Przecież dali mi wszystko czego potrzebowałam, doceniam to.
Naprawdę doceniam.