sobota, 31 października 2015
Rozdział 19 "Gdyby życie było kołdrą, już dawno bym je wyprała."
UDAŁO MI SIĘ!
Nawet nie wiecie, jak gonił mnie czas. To była masakra. Na szczęście dzisiaj usiadłam i napisałam cały ten rozdział :) Wiem, że mówiłam, że ma tu być bal, ale przypomniałam sobie, że nie opisałam jeszcze randki Elsy i Hansa... I nie opisałam jej też w tym rozdziale. (hahahaha) Dokończyłam niektóre wątki, otworzyłam pewne nowe sprawy...
W każdym razie coś jest. Pozostawiam WAM to "coś" do oceny.
I CHCIAŁAM JESZCZE PODZIĘKOWAĆ ZA 10 tys. ODSŁON :)
TO TAKA PIĘKNA LICZBA :)
Pod ostatnim rozdziałem było 300 coś wyświetleń i chyba siedem komentarzy :)
JUPI :)
A teraz moi mili życzę wam miłego czytania i pięknego, produktywnego i szczęśliwego LISTOPADA :)
wasza Julu
__Kristoff______________________________________________________________
_________________________________________________________________________
- I jak z Anką? - Elsa weszła do kuchni, rzuciła torbę na stół i zaczęła przygotowywać herbatę
- Zaczyna dochodzić do siebie. Jest... trochę zszokowana. Pokazała mi dzisiaj smsy. Nie powiedziała mi o nich wcześniej. Mama chce zawiadomić policję i sąd, ale uważam, że to okropny pomysł. To i tak nic nie da. - Dziewczyna potarła palcami skronie i wlała wrzątek do kubka.
- A czy, czy wspominała coś o mnie?
- Nie. - Zwiesiłem głowę.
Blondynka odstawiła kubek i podeszła do mnie. Położyła mi rękę na ramieniu.
- Przykro mi Kriss. Ona nie chce o tobie słyszeć. Nie mogę nawet o tobie wspomnieć, bo od razu widzę, jak kuli się w sobie. Komuś udało się zniszczyć ciebie w jej oczach.
- Nie musisz mnie pocieszać. Nic między nami nie było. - Wysyczałem. - Wkurza mnie tylko to, że ten ktoś tak łatwo bawi się moim kosztem. Nie obchodzi mnie teraz twoja siostra. - Dopiero po chwili zorientowałem się, co tak naprawdę powiedziałem.
Dziewczyna odsunęła się ode mnie.
- Elsa... - Popatrzyłem na nią błagalnie.
- Oszukujesz sam siebie, ale ja nie będę się wtrącać. Może to i lepiej, że się nie zeszliście, chociaż i tak nie unikniemy dziwnych konfrontacji między wami. Choćby takich jak ta teraz. - Omiotła mnie zimnym spojrzeniem, zabrała torbę i wszyła z kuchni.
Usiadłem na krześle i oparłem głowę na dłoniach.
Co ze mną jest nie tak? Czemu mówię rzeczy, z którymi się nie zgadzam? Czemu dalej chcę ukrywać to, że podoba mi się Anka? I tak wszyscy już wiedzą.
"Ale tobie się nie podoba to, w jaki sposób się dowiedzieli."
Tak, nie podobało mi się to.
Nikomu nie powiedziałem tego oficjalnie. Chowałem to jak jakąś tajemnicę i chyba nie byłem jeszcze gotowy na wyjawienie jej. Albo inaczej, nie byłem gotowy na usłyszenie odpowiedzi z jej ust.
Uderzyłem pięścią w stół.
Czemu to wszystko jest takie chore?
Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wkroczył zaspany Julek.
Miał na sobie tylko czarne bokserki i kapcie.
Jedną ręką drapał się po głowie, a drugą bawił się gumką od majtek.
- Cześć. - Stanął w drzwiach i spojrzał na mnie. - Co ci się stało?
Nie wiedziałem, czy mam mu mówić. Julek od jakiegoś czasu żył tylko płytą, a w mieszkaniu pojawiał się raz na kilka dni. Zdecydowanie miał poważne braki w naszym wspólnym życiu.
- Kristoff. Ja pierdolę, wyglądasz jakby co najmniej ci ktoś umarł. Zaczynam się martwić.
- Jest okej.
Brunet spojrzał na mnie z powątpieniem.
- Dobrze wiesz, że mnie nie przekonałeś. Nie podoba mi się to, że masz problem z wysłowieniem się. O co chodzi?
Milczałem. Bo co miałem mu powiedzieć? Że kocham dziewczynę, która ma mnie za psychola i ryczy, gdy tylko sobie o mnie przypomni. To mu miałem powiedzieć?'
- Kristoff...
- Ile wczoraj wypiłeś?
- A co to ma do rzeczy? Nie zmieniaj tematu?
- Ile wczoraj wypiłeś? - Powtórzyłem twardo.
Chłopak wzniósł oczy do nieba i szeptem zaczął mnie wyzywać.
- Nie wiem, nie liczyłem. To była dobra impreza. Poza tym byłem z Ross, więc trzymałem fason. Nie jestem alkoholikiem, ani ćpunem. Wyprzedziłem twoje następne pytanie. - Uśmiechnął się złośliwie.
- Julek...
- Nie przepraszaj. Widzę przecież, że nie jesteś sobą. Ale mógłbyś ułatwić mi sprawę i dać sobie pomóc. - Przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko mnie.
- Więc...
- Więc jestem psychopatą. Ktoś wspaniale bawi się moim kosztem, a ja nie mam zielonego pojęcia co mam zrobić.
Chłopak patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- To chyba logiczne. Trzeba skopać mu tyłek i tyle.
- To nie takie proste. Ja w ogóle nie wiem, kto to może być. W każdym razie opowiem ci wszystko od początku.
Zacząłem mówić o tym, jak odprowadziłem Ankę i jak ją potem znalazłem. Opowiedziałem też o smsach.
Brunet w tym czasie przygotował sobie śniadanie, kręcąc swoim tyłkiem po całej kuchni.
- Nie jest źle. Mam plan. - Usiadł do stołu i zaczął pałaszować kanapkę, którą sobie zrobił.
- Oświeć mnie. - Przewróciłem oczami.
- A więc wystarczy wziąć od Anki telefon, ja go zaniosę do Naveena, który potrafi sprawdzić do kogo należy numer i będziemy wiedzieć, komu skopać tyłek. Załatwiamy to, jak za starych dobrych czasów i Anka jest twoja. - Ugryzł kawałek bułki.
- To chyba nie takie proste... ona nam nie da telefonu.
- Da. A jak nie nam, to da Elsie. Poza tym chcemy jej pomóc, a nie zaszkodzić, więc czemu miałaby to utrudniać?
- Dobra, poproszę Elsę o jej telefon. - Wstałem od stołu i wyszedłem z kuchni.
- Dzięki chłopie, że jesteś. - Krzyknąłem jeszcze na odchodne.
Zapukałem i wkroczyłem do pokoju blondynki, nie czekając na jej odpowiedź.
- Możesz zdobyć telefon Anki? - Przeszedłem od razu do rzeczy. - Spróbujemy odkryć, kto bawi się moim kosztem i straszy twoją siostrę.
Elsa patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Spróbuję. - Zacisnęła wargi i wróciła do szkicowania.
Usiadłem na jej łóżku i nogą obróciłem jej krzesło tak, że siedziała teraz naprzeciwko mnie.
- Muszę dokończyć projekt, nie mam teraz czasu...
- Przepraszam, za to co powiedziałem rano. - Wbiłem spojrzenie w jej twarz.
Westchnęła i poprawiła włosy, które opadały jej na czoło.
- Wiem, że czujesz się beznadziejnie, więc ci wybaczam. Przestań się cały czas obwiniać. To, że ty będziesz cierpiał nie znaczy, że ze świata zniknie całe zło.
- Wiem.
- Ja też to wiem. Muszę wrócić do szkiców. A ty zajmij się czymś innym, niż tylko obwinianiem siebie, okej?
Przytaknąłem.
Elsa pogłaskała mnie po głowie, tak, jakbym był psiakiem i wróciła do swoich kartek, a ja wyszedłem z pokoju.
__Anna________________________________________________________________
_________________________________________________________________________
Wstałam z łóżka i zeszłam na dół do kuchni.
Mama właśnie wróciła z pracy i podgrzewała zupę.
- Hej słońce, jak tam?
Nie odpowiedziałam jej nic, tylko usiadłam przy stole.
- Ania... - Mama podeszła do mnie i pogłaskała mnie po rudych włosach.
Jej dotyk był bardzo delikatny i przyjemny.
- Jestem głodna. - To nieprawda, że ludzie w depresji, strachu czy okropnej sytuacji życiowej nie są głodni. Są, ale próbują na to nie zwracać uwagi.
- Już grzeję zupę pomidorową. Nałożę ci. - Kobieta wróciła do kuchenki, a po chwili postawiła przede mną talerz z czerwoną cieczą.
Krew.
Od razu zrobiło mi się niedobrze.
- Dzisiaj też przyjdzie pan Danfort.
Krew.
- Zgłosiłam też sprawę na policję. Przyjadą wieczorem, żeby cię przesłuchać. Zabiorą też telefon, żeby ustalić, kto wysyłał smsy. Będą też chcieli przesłuchać tego całego Kristoffa.
Nie wytrzymałam.
Odsunęłam się od stołu i pochyliłam głowę do dołu.
Brązowa ciecz znalazła się na zielonym dywanie.
Mama patrzyła na mnie z przerażeniem, ale szybko się otrząsnęła i podała mi chusteczki i wodę.
- Przepraszam. - Wydukałam wycierając twarz z pozostałości tego, co ze mnie wyszło.
- Nic się nie stało. Nie przejmuj się. Idź się położyć. Przyniosę ci zupę na górę i wezmę też tabletki. Jadłaś coś dzisiaj?
Nie odpowiedziałam, bo byłam już na schodach.
Ledwo co doczłapałam się do mojego pokoju i położyłam się na łóżku.
Nie chciałam już zupy pomidorowej. Nie chciałam rozmawiać z tym całym psychologiem Danfortem. Nie chciałam też przyjmować policji. Najbardziej nie chciałam jednak myśleć o Kristofie. Paradoksem był fakt, że było to najtrudniejsze.
Skuliłam się na łóżku i przykryłam kołdrą.
Gdy tylko zamknęłam oczy pojawiła się jego twarz. Jego brązowe oczy patrzyły na mnie smutnie.
Wzdrygnęłam się.
Muszę przestać o nim myśleć.
Po kilku minutach walki z umysłem poddałam się. Zacisnęłam powieki i postanowiłam zasnąć.
__Kristoff________________________________________________________________
___________________________________________________________________________
- Kristoff! - Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą twarz Elsy. - Wstawaj! Szybko, policja do ciebie.
Zerwałem się z łóżka i narzuciłem na siebie wczorajszą bluzę.
- Wiesz po co przyszli? - Elsa stała przy drzwiach i czekała na mnie.
- Nie mam pojęcia, nic nie chcieli mi powiedzieć.
- Byłaś u Anki?
- Nie, miałam właśnie do niej iść, ale oni przyszli pierwsi.
- Powiedz Julkowi, żeby nie wychodził z pokoju. - Dziewczyna przytaknęła i zniknęła za drzwiami.
Wszedłem do salonu i przeciągnąłem się.
Usiadłem w fotelu, patrząc na dwóch umundurowanych policjantów.
- Dzień dobry, czemu zawdzięczam poranną wizytę? - Spytałem brodatego, sędziwego pana.
- Chcemy porozmawiać o Annie Arendelle.
Poczułem jak robi mi się gorąco.
- Czy coś panom mówiła?
- Opowiedziała całą historię, chcemy usłyszeć pana wersję.
- Nie różni się niczym od wersji Anny.
- Jest pan pewien? - Mężczyzna zatrzymał długopis nad kartką.
Westchnąłem.
Opowiedziałem całą historię, od momentu, kiedy wyszliśmy z mieszkania, aż do momentu, kiedy ją znalazłem.
- Wiedział pan o smsach?
- Dowiedziałem się wczoraj, od jej siostry.
- Ma pan swoje podejrzenia, co do nadawcy?
- Gdybym je miał, nie siedziałbym bezczynnie w mieszkaniu. - Wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
Policjant pokiwał głową, pisząc coś w notesie.
- Dziękujemy za rozmowę. Proszę się odezwać, gdyby coś się panu przypomniało.
- Powiedziałem wszystko...
- Gdyby, jednak coś się panu przypomniało... Do widzenia. - Siwy pan uścisnął mi dłoń i machnął na swojego partnera.
Odprowadziłem ich do drzwi i zamknąłem mieszkanie.
Oparłem się o drzwi i zamknąłem oczy.
- Co chcieli?
- Usłyszeć moją wersję i moje sugestie. Myślisz, że jestem podejrzany?
- Anka nie pozwałaby cię...
- Taa, jasne...
Elsa zmroziła mnie wzrokiem.
- Nie bądź debilem! Idę do niej, może uda mi się wydębić telefon.
- Nie ma telefonu. - Odparłem gniewnie.
- Co? - Nie rozumiała.
- Nie ma telefonu, ma go policja. Myślisz, że nie wzięła dowodów? Może to i lepiej, bo gdybyśmy zabrali telefon, pomyśleliby, że chcemy coś ukryć.
- W każdym razie idę do niej. - Blondynka ubrała kurtkę. - Przekazać coś? - Spojrzała na mnie.
Zatrzymałem wzrok na jej niebieskich tęczówkach i pokiwałem przecząco głową.
- Powiem, że się martwisz. - Zatrzasnęła drzwi, a mnie owiało zimne powietrze z klatki schodowej.
_Anna_________________________________________________________________
_________________________________________________________________________
- Aniu, przyszła Elsa. - Mama wpuściła siostrę do mojego pokoju.
- Cześć mała. - Blondynka usiadła w moich nogach i pogładziła mnie po policzku.
- Hej. - Uśmiechnęłam się na jej widok.
- Jak się czujesz? - Złapałam mnie za rękę i delikatnie gładziła moją dłoń.
- Boli mnie głowa i cały czas myślę o rozmowie z tymi policjantami. Co jest? - Spojrzałam na siostrę, która nagle posmutniała.
- Wiesz, że byli i rozmawiali z Krissem?
Wzdrygnęłam się. W mojej głowie od razu pojawił się czerwony napis "PSYCHOPATA"
Zamknęłam powieki i próbowałam go od siebie odpędzić.
- Mama wezwała policję, ja... ja w sumie nie zrobiłam nic, żeby ją powstrzymać.
- Anka... posłuchaj, jak wiem, ze teraz jest ci ciężko, ale znam Kristoffa od kilku lat i uwierz mi, gdyby był psychopatą nie przyjaźniłabym się z nim.
Westchnęłam.
To przecież było prawdą. Elsa nie mieszkałaby z psychopatą. Poza tym, Kristoff nigdy nie zrobił mi czegoś złego... Czasem się tylko droczył, czasem się kłóciliśmy, ale to nie wykraczało poza normy.
- Czemu on ma tatuaż? - Spojrzałam na blondynkę.
- Nie wiem. Od zawsze go ma.
Kristoff miał wytatuowany na przedramieniu las.
- Czemu akurat las?
Elsa zaśmiała się.
- Sama musisz go o to zapytać.
- Czy on o mnie pytał?
- Tak.
- Czy chciałby mnie odwiedzić?
- Zapytam się. - Elsa znów się uśmiechnęła, a ja odpowiedziałam jej tym samym.
- Mam nadzieję, że pamiętasz o jutrzejszej randce?
Mina mojej siostry mówiła sama za siebie.
- Zapomniałaś. Jesteś do niczego! Człowiek załatwia ci faceta, a ty zapominasz! Jezu, jak dobrze, że masz mnie. - Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
- Jesteś prawdziwym skarbem. - Przytuliła mnie do siebie. - I nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wracasz powoli do siebie.
__Astrid_______________________________________________________________
_________________________________________________________________________
Jechałam na tylnym siedzeniu. Valka i Czkawka rozmawiali ze sobą, a ja wpatrywałam się w okno i obrazy, które mijaliśmy. Był czwartek. Babcia miała wypadek w poniedziałek, ale już dzisiaj mogliśmy ją odebrać. Szybko się wykaraskała. Cwana bestia.
Nie byliśmy dzisiaj w szkole, mama Czkawki pozwoliła nam zrobić sobie wolne, więc teraz bardzo szybko jechaliśmy przez miasto.
Po kilkunastu minutach byliśmy już pod szpitalem. Wysiadłam z samochodu i spojrzałam w stronę chłopaka. Uśmiechnął się do mnie, ale ja spuściłam głowę i pomaszerowałam do wejścia.
Gdy weszliśmy do środka, Valka poszła zdobyć informacje w recepcji.
- Ej, wszystko w porządku? - Czkawka stanął obok mnie tak, że dotykał mnie ramieniem.
Odsunęłam się.
- Tak. - Nie miałam ochoty z nim rozmawiać.
Po rozmowie z tą rudą małpą stwierdziłam, że się zagalopowałam. Za bardzo się otworzyłam, więc teraz znowu musiałam założyć maskę zimnej suki. Musiałam się opamiętać.
- Astrid...
- Wszystko w porządku. Zostaw mnie. - Uśmiechnęłam się do Valki, która machała na nas i stała przy windzie.
Ruszyłam w jej stronę.
Weszliśmy do ciasnej skrzynki i wjeżdżaliśmy na górę bez słowa. Czułam na sobie spojrzenie chłopaka, ale je ignorowałam.
Wysiedliśmy na odpowiednim piętrze i udaliśmy się do sali, w której leżała moja babcia.
- Astrid! - Jej wypłowiałe tęczówki zabłysły, gdy mnie zobaczyła. - Chodź tu do mnie! - Podeszłam do staruszki i mocno ja uścisnęłam.
- Valka i Czkawka! Miło, że jesteście. - Babcia przytuliła również ich.
Obserwowałam to stojąc z boku. Było to tak naturalne, że obce osoby mogłyby pomyśleć, że jesteśmy rodziną.
- Czkawka, weź od pani Ingi walizkę. - Chłopak bez wymyślania wziął torbę i przewiesił ją sobie przez ramię.
- Ja pójdę porozmawiać z lekarzem. - Valka wyszła z sali, a ja pomogłam wstać babci z łóżka.
Zaprowadziłam ją do łazienki i pomogłam się jej ubrać.
Gdy byłyśmy gotowe do sali wróciła mama Czkawki w towarzystwie lekarza.
- Dzień dobry Astrid. - Facet w białym kitlu uśmiechnął się do mnie. - Cieszysz się, że babcia wraca do domu?
- Oczywiście. - Ścisnęłam rękę staruszki, a ta uśmiechnęła się do mnie.
- Dobrze. W takim razie życzę pani zdrowia i żegnam. To była przyjemność, pomagać pani. - Lekarz ucałował babcię w rękę i wyszedł.
Wolno powlekliśmy się do windy.
Babcia prowadziła luźną pogawędkę z sąsiadką, a ja starała się nie patrzeć na bruneta.
Opuściliśmy szpital i zapakowaliśmy się do samochodu. Babcia siedziała z przodu, więc Czkawka usiadł obok mnie.
- Astrid... Co się dzieje? - Zapytał cicho, kiedy jego mama i moja babcia głośno rozmawiały.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Chcę wymazać te cztery dni z pamięci. - Starałam się, żeby mój głos nie drżał.
- Astrid... - Położył dłoń na moim kolanie, ale ja szybko ją strzepnęłam i odwróciłam się w stronę okna, sygnalizując koniec rozmowy.
Dojechaliśmy na miejsce.
Valka podprowadziła babcię pod drzwi, a ja otworzyłam dom. Czkawka stał przy mnie dźwigając torbę na ramieniu.
Staruszka i brunetka weszły do środka, a ja odwróciłam się do chłopaka.
- Nie obraź się, ale nie chcę, żebyś tam wchodził. Dzięki za wszystko... - Wyciągnęłam rękę po walizkę.
Czkawka uniósł brew i zmierzył mnie wzrokiem.
- Możesz mi to dać? - Zaczynał mnie irytować.
- A ty możesz przestać zachowywać się jak nie ty?
- Nie znasz mnie. Tak właśnie zachowuje się NORMALNA Astrid! - Wbiłam wzrok w jego twarz.
Czkawka zaśmiał się swobodnie.
- A więc tak... Teraz będziesz udawać, że między nami nic nie było. - Zdenerwowana zamknęłam drzwi i skoczyłam do chłopaka.
- Bo nie było! - Wbiłam palec w jego pierś. - Nic nie było. Rozumiesz? Nie ma, nie było i nie będzie! - Dźgnęłam go w klatkę piersiową.
Czkawka jeszcze chwile mierzył mnie wzrokiem.
Powiesił torbę na moim ramieniu, ale się nie odsunął. Stał blisko. Jego długie włosy wpadały mu do oczu. Przydałoby się cięcie.
- Jesteś popaprana i naprawdę przykro mi, że nie potrafisz być sobą Astrid. To smutne i poniekąd żałosne.
- Przynajmniej nie jestem tchórzem i małoznaczącym człowiekiem, takim jak ty. - Widziałam zdziwienie w jego oczach.
Posmutniał. Patrzył jeszcze chwilę na mnie, ale w końcu zwiesił wzrok, odwrócił się i poszedł przed siebie.
Stałam bezruchu i patrzyłam jak odchodzi. Jakaś część mnie kazała biec i rzucić się mu na plecy, ale stłumiłam to w środku.
Chłopak ani razu się nie oglądnął. Zniknął w końcu w swoich drzwiach, a ja dopiero wtedy zaczęłam płakać.
Zabrałam torbę i weszłam do środka. Rozebrałam buty, kurtkę i otarłam łzy.
Z kuchni dochodziły mnie dwa damski głosy. Jeden ochrypły i słaby, a drugi śpiewny i melodyjny.
Westchnęłam.
Spojrzałam na swoje odbicie w dużym lustrze, znajdującym się w przed pokoju.
Przetarłam jeszcze raz powieki.
Jesteś z siebie zadowolona?
Podobasz się sobie?
Wiesz, że wszystko zjebałaś, prawda?
Odwróciłam się od lustra i zaniosłam torbę do pokoju babci.
Nie miałam siły jej rozpakowywać. Usiadłam na łóżku i poprawiłam pościel.
Gdyby życie było kołdrą, już dawno bym je wyprała. I zaczęła wszystko od nowa.
Ale ono nie było kołdrą. Było pasmem ciągnących się nieszczęść.
środa, 14 października 2015
Rozdział 18 "Spokojnie starczy mnie dla wszystkich!"
UDAŁO MI SIĘ!
I nawet jestem w miarę zadowolona z tego rozdziału :) Mam nadzieję, że wy też będziecie. Nie będę się tutaj rozpisywała, ale z nowych rzeczy, to może ktoś zauważył, że doszedł nam pewien gadżet czyli INFORMACJE.
Będę tam pisać przybliżone terminy dodawania rozdziałów. Proszę uwzględniać błąd pomiaru okej? :)
Więc to tyle nowości.
Standardowo, proszę o komentarze, bo to główny "węgiel" napędzający moje paluszki. I również standardowo, dziękuję wszystkim za napisane już opinie i uwagi :) Czytam wszystkie i naprawdę wszystkie biorę do serducha ♥
Okej miało być krótko, a ja znowu się rozpisałam...
Przepraszam za błędy, ale nie mam siły już dzisiaj sprawdzać. Skoryguje je jutro, albo poproszę o pomoc mojego informatyka :) Ona na pewno mi pomoże. (Sprawdzone :* Z.) Oczywiście, wy też piszcie mi, gdzie zrobiłam gafy to obiecuję, że je poprawię :)
STOP
KONIEC
ZAPRASZAM DO CZYTANIA :)
i miłego jutrzejszego dnia wszystkim! Uśmiechu na te zimne i mokre dni!
wasza Julu
ps. Mam nadzieję, ze w końcu uda mi się dojść do tego balu, bo ostatnio mam tak, że po prostu muszę zacząć pisać od miejsca, w którym zakończyłam akcję w poprzednim rozdziale. Czekajcie cierpliwie! Może w listopadzie doczekamy się BALU :)
_Elsa______________________________________________________________________________
______________________________________________________________________________________
Weszłam do kuchni i odstawiłam kubek po herbacie do zlewu. Przetarłam dłonią powiekę i ziewnęłam delikatnie. Było późno, a rano jak zwykle czekały mnie studia. Usiadłam przy stole i otworzyłam laptopa, sprawdzając wszystkie projekty, które przygotowałam na jutro. Szkice zajęły mi dzisiejszy ranek i kawałek wieczoru, kiedy wróciłam z wykładu. Zamknęłam laptopa i westchnęłam. Jack już spał, Kristoff chyba też, Julek od tygodnia nie wychodzi z prób, więc dzisiaj pewnie też będzie nocował u kolegów. Na nogach byłam tylko ja. Ja i moje głowa z natłokiem myśli. Dzisiejszy szurnięty pomysł mojej szurniętej siostry bardzo mnie zaskoczył, ale jednocześnie chyba spodobał. Po prostu chciałabym pokazać Jackowi, że on też ma konkurencję. Nie jestem jego (jeszcze) i nie będę czekać w nieskończoność, aż to zrozumie i ruszy ten swój nieśmiały tyłek.
Znów westchnęłam.
Nagle ciszę w mieszkaniu przerwał dźwięk telefonu.
Spojrzałam na tarczę zegara wiszącą nad drzwiami.
23:13 Późno.
Telefon leżał na stole. Zdenerwowana podeszłam szybko i chwyciłam komórkę w ręce.
"O ja pierdziele"
Na wyświetlaczu pojawiło się jedno, wyraźne słowo: MATKA
Nagle zrobiło mi się duszno i gorąco.
Drżącym palcem przesunęłam zieloną słuchawkę po ekranie.
Przyłożyłam telefon do ucha.
- Słucham? - Starałam się zabrzmieć pewnie i spokojnie, ale serce kołatało mi z prędkością światła.
Z każdą minutą rozmowy przyspieszało. Szybciej i szybciej, jak tocząca się lokomotywa.
- Była tu... - Zdławionym głosem udzielałam matce odpowiedzi. - Wyszła, nie pamiętam kiedy... Byłam na wykładzie. Nie, nie odprowadziłam jej. - Mój głos przeobraził się w cienki pisk żalu i bólu.
Nawet nie zauważyłam postaci Kristoffa, który wszedł do kuchni.
Chłopak stanął za mną i przytulił mnie do siebie.
- Co jest? - Wyszeptał do mojego drugiego ucha.
Blondyn miał na sobie długie, kraciaste spodnie od piżamy. Receptorami pleców wyczuwałam jego nagi tors.
Zawsze było mu gorąco, nawet zimną. Nic dziwnego, że wśród jego dziewczyn krążyła nazwa "Gorący Chłopak".
Odszukałam jego dłoni i ścisnęłam ją mocno.
- Mamo... - Wyjąkałam.
Rozłączyła się.
Odłożyłam telefon na stół.
- Elsa? Co się stało? - Kriss obrócił mnie twarzą do siebie i spoglądał na mnie.
Jego oczy były zatroskane.
- Czy... czy odprowadziłeś Ankę do domu? - Widziałam jak jego spojrzenie momentalnie się zmienia.
- Co się jej stało? - Potrząsnął mną lekko za ramiona.
- Nie wróciła do domu. - Zwiesiłam głowę.
Kristoff spojrzał na zegarek, później na mnie i wybiegł z kuchni. Widziałam jak się ubiera. Zmienił spodnie, a na gołą klatę zarzucił kurtkę.
- Idziesz? - Zatrzymał się na chwilę przy ubieraniu butów.
- Tak, oczywiście. - Również zaczęłam się ubierać.
Wyszliśmy z mieszkania.
Wsiadłam do auta i włożyłam kluczyk do stacyjki. Kriss usiadł obok mnie.
- Mogłem jej nie zostawiać...
Zapaliłam silnik.
- Kriss? - Blondyn spojrzał na mnie. - Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy ją, okej? - Chłopak pokiwał wolno głową, a ja wyjechałam z parkingu.
Dzięki temu, że chyba nie do końca dotarło do mnie to, że moja młodsza siostra zaginęła i mogło jej się coś stać byłam spokojna. Po prostu mój mózg nie dopuszczał do siebie tej informacji.
- Zatrzymaj się tu. - Kristoff wskazał palcem chodnik.
Ledwo samochód stanął, a chłopak już wyskoczył z auta.
Zrobiłam to samo i po chwili też stałam na chodniku.
- Tu ją zostawiłem... Mogłem ją odprowadzić, cholera. - Kriss nerwowo rozglądał się dookoła.
Padał śnieg, więc wszystkie świeże ślady zostały zasypane. Biała, nieskazitelna kołdra pokrywała wszystko, utrudniając nam zadanie.
Blondyn ruszył przed siebie.
- Kriss, to ja pójdę w prawo. - Wskazałam głową na park.
- Idź, a jakby co to krzycz. I uważaj na siebie. - Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł dalej.
_______________________________________________________________________
_Kristoff___________________________________________________________________________
______________________________________________________________________________________
Jak mogłem ją zostawić? No jak? Jestem idiotą. Skończonym kretynem, jak jej nie znajdę to chyba się powieszę. Nie będę umiał żyć w świadomości, że coś jej się stało.
Wsadziłem dłonie do kieszeni, bo mróz dawał swe znaki.
Miałem ochotę wrzeszczeć, płakać, ale szedłem spokojnie rozglądając się wokół siebie.
- Kristoff! - Zawróciłem w stronę wołającej mnie Elsy.
Gdy byłem już niedaleko dostrzegłem, że blondynka stoi i w otoczeniu swojej rodziny.
Podszedłem do nich.
- Dobry wieczór. - Przywitałem się z ojcem i matką dziewczyny.
Kobieta nieprawdopodobnie przypominała mi Ankę. Te same oczy, ten sam nos. Po prostu Anka w ciemnych, brązowych włosach.
Elsa odeszła od rodziców i schowała się za mną.
Pewnie nie tak wyobrażała sobie spotkanie z nimi.
- Gdzie ją zostawiłeś? - Lodowaty ton matki sprawił, że również skuliłem się w sobie.
- Tam. - Wskazałem miejsce, gdzie przed paroma godzinami się rozstaliśmy.
Brunetka ruszyła w tamtą stronę. Elsa chodziła tak samo władczo, jak ona.
Minął nas też smutny ojciec i pobiegł za żoną.
- Chodź. - Ja też zrobiłem krok w ich stronę.
- Kristoff... ja nie mogę. Nie mogę z nimi przebywać. - Widziałem na bladej twarzy Elsy małe kropelki.
- Musimy ją znaleźć. Zrób to dla niej. - Uścisnąłem ją i pociągnąłem za sobą.
Nie winiłem jej za to, że nie chciała. Dobrze wiedziałem, jakie są jej stosunki z matką i ojcem. Pewnie gdybym się teraz znalazł obok mojego taty zachowywałbym się tak samo. Albo jeszcze gorzej. Zabiłbym tego skurwiela na miejscu.
Ale na szczęście nie byłem blisko niego.
Szliśmy w milczeniu. Śnieg padał z nieba dużymi, obfitymi płatkami.
Doszliśmy do skrzyżowania. Zatrzymaliśmy się pod latarnią, nie wiedząc co robić dalej.
- Niech państwo zadzwonią na policję, a ja jeszcze raz się przejdę. - Puściłem dłoń Elsy uprzednio ją ściskając.
- Dobrze wiemy, co mamy robić. - Brunetka warknęła głośniej.
- Mario... Oni chcą pomóc. - Jej mąż położył jej rękę na ramieniu.
- Pójdę już. - Oznajmiłem wszystkim, spoglądając na Elsę.
Jej oczy mówiły, żeby jej nie zostawiać.
Kobieta wyraźnie to zauważyła.
- Chyba nie myślisz, że zrobimy coś własnej córce! Możesz ją tu spokojnie zostawić. Będzie bezpieczna. - Jej grzywka przysłaniała niebieskie oczy, w których dostrzegłem ból.
- Mario... - Mężczyzną jeszcze raz położył jej rękę na ramieniu.
- Idę. - Powtórzyłem jeszcze raz i nie patrząc już na przyjaciółkę ruszyłem w drogę powrotną.
Przeszedłem tą samą drogę rozglądając się bacznie wokół siebie. Czułem jak śnieg pada mi na głowę, więc ubrałem kaptur i zapiąłem go pod szyją.
Anka, co się z tobą stało?
Zrobiłem jeszcze kilka kroków i uniosłem wzrok do góry. Niebo było ciemne i zachmurzone. Spojrzałem jeszcze raz na chodnik i puściłem się biegiem. Zatrzymałem się gwałtownie przy jednym z samochodów i podniosłem z ziemi jej czapkę. Tę samą, którą ubierała w mieszkaniu.
Musi gdzieś tu być.
Mój mózg kazał mi szukać. Słyszałem w głowie, jak wydaje mi polecenia. Skręć w lewo, popatrz tam, idź teraz prosto, jeszcze trochę...
I nagle znalazłem się przy niej.
Leżała na śniegu, za śmietnikiem, niedaleko parku. Jej rude włosy idealnie kontrastowały z białym podłożem. Wyglądały jak krew.
Podbiegłem tam i ukląkłem patrząc w na nią. Była blada, bez żadnych obrażeń. Wszystko miała na miejscu, twarz wyglądała w porządku... Uspokoiłem się.
Wsunąłem rękę pod jej kolana, a drugą pod plecy i uniosłem delikatnie.
- Zostaw mnie... - Gdyby nie ciepłe powietrze, które owiało moje palce, nie zorientowałbym się w ogóle, że coś mówiła.
- Anka, to ja. Już wszystko w porządku. Czy coś ci się stało?
Dziewczyna otworzyła oczy i mrugnęła kilka razy.
Poczułem jak jej ciało się napina. Zacisnęła mocno powieki i już po chwili po jej policzkach pociekły łzy.
Spanikowałem. Czemu ona płacze?
- Ej, już wszystko w porządku. Jesteś bezpieczna, jestem przy tobie... - Nie wiedziałem, co mam robić.
- Psychopata... Psychopata... - Wyszeptała i poczułem, jak zaczyna się trząść.
Ja też się już trząsłem i prawie płakałem.
Czy ona mówiła o mnie?
Starałem się tym nie przejmować. Wstałem i ruszyłem z majaczącą Anką w stronę jej rodziców.
Jej matka od razu do mnie podbiegła, gdy tylko nas ujrzała.
- Aniu, słoneczko... - Pogładziła ją po policzku. - Już wszystko dobrze. Nie płacz. - Widziałem, że ona też poczuła wielką ulgę, że jej córka się odnalazła.
- Psychopata... - Znów cios w moją stronę.
- Ona majaczy. - Powiedziałem na głos, chcąc przekonać do tego również siebie.
Ojciec zabrał ją z moich rąk i zaniósł do auta. Matka również ruszyła za nim.
- Dziękuję. - Odwróciła się jeszcze i skinęła mi głową.
Uśmiechnąłem się do niej i spojrzałem na płaczącą Elsę.
- Dobrze, że ją znalazłeś całą i zdrową. Dziękuję! - Blondynka rzuciła mi się na szyję i załkała.
Przytrzymałem ją chwilę przy sobie, żeby mogła się wypłakać. Elsa już taka jest, że po prostu dusi w sobie emocje, ale one kiedyś wybuchają. To był właśnie moment eksplozji.
- Przepraszam. - Dziewczyna odsunęła się ode mnie i otarła palcami swoje policzki. - Bałam się o nią.
- Ja też.
Odwróciłem głowę i nie patrząc na dziewczynę ruszyłem do auta.
- Kriss? Co się stało? - Zapytała, gdy już znaleźliśmy się w zimnym wnętrzu samochodu. - I powiedz prawdę. - Jej wzrok próbował wyczytać wszystko z moich oczu.
- Nic. Jest w porządku.
- Kłamiesz. - Stwierdziła, wydymając wargi.
- Jest w porządku i nie naciskaj. - Uniosłem lekko głos, nie panując nad tym za bardzo.
- Możesz mi powiedzieć. Wiesz?
Skinąłem głową, bo gula w moim gardle powiększała się, uniemożliwiając wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa.
- Chyba musimy odpocząć. Dobrze nam zrobi kilka godzin snu. Dobrze, że nic jej nie jest. - Elsa odetchnęła i zapaliła silnik, po czym odjechała w stronę naszego bloku.
Zastanawiałem się, czy nic się jej nie stało. To nie było omdlenie, była zbyt otumaniona i mówiła brednie...
Bardzo bolące brednie.
Kujące i szarpiące serce.
Czy ktoś chciał ją zgwałcić?
Okraść?
Nastraszyć?
Uczepiłem się tej ostatniej myśli i pomyślałem o naszej popołudniowej rozmowie. Anka wspominała coś o Astrid i o jakimś konflikcie.
I o jakimś chłopaku. I nie nazywała go psychopatą...
- Kriss!
- Hym... - Spojrzałem na blondynkę.
- Nie płacz. - Otarła kciukiem łzę spływającą po moim policzku.
- Nie płaczę. - Odpowiedziałem i wbrew sobie posłałem jej jeden z moich zniewalających uśmiechów.
- Ten był na Biankę. Musisz odświeżyć repertuar. - Elsa wyszła z auta i skierowała się w stronę drzwi.
- Nie mam dla kogo. - Starałem się, żeby zabrzmiało to jak żart, ale chyba mi nie wyszło. Było to po prostu bardzo żałosne wyznanie.
- Chodź, przyda się nam sen. - Weszliśmy do kamienicy, a potem do naszego mieszkania.
_______________________________________________________________________
_Julek______________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________________
- Jeeeeee! - Krzyknąłem na całe gardło, gdy tylko opuściłem nasz salon prób. - To było coś! Chłopaki, czujecie to? - Obróciłem się w stronę reszty. - Mamy płytę! I singiel i jesteśmy gotowi na trasę! - Zacząłem biec przed siebie, słysząc z tyłu śmiech i żartobliwe komentarze kolegów.
Byłem szczęśliwy jak nigdy dotąd. Wreszcie nasze próby się opłaciły, wreszcie coś mamy i wreszcie coś osiągniemy.
- Co wy ta no, żeby to oblać? - Odwróciłem się w ich stronę i powiodłem spojrzeniem po ich twarzach. - No co wy? Serio? Przecież musimy to uczcić. Co z wami? - Ich miny mówiły wyraźne nie.
- Stary, my też się tym jaramy, ale jesteśmy tak skonani, że nie damy rady. - Nasz główny wokalista spojrzał na mnie błagalnie.
- Pękasz, John! - Blondyn wywrócił tylko oczami i zmarszczył swój duży, orli nos.
- Ja chętnie! - Eryk, perkusista też lubił sobie wypić.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! - Przybiłem mu piątkę i spojrzałem na ostatniego członka zespołu. - A ty, co powiesz Naveen? Idziesz z nami wykorzystać okazję? - Mulat zaśmiał się na moje słowa.
- Nigdzie z tobą nie idę! Stajesz się bestią po kilku browarach, Flynn. Dzisiaj nie jestem na to gotowy, okej? - Błysnął zębami w rozbawionym uśmiechu.
- Ej chłopie, gitary trzymają się razem, tak? Jak ja idę to ty też i nie ma migania. - Wycelowałem w niego palcem. - Jasne?
Znów się zaśmiał i pokręcił głową.
- Śpisz u nas, czy wracasz do siebie? - John jak zwykle był bardzo rzeczowy.
- Ja dzisiaj nie śpię, ja piję! - Wykrzyknąłem w niebo.
Dopiero teraz spostrzegłem padający śnieg. Duże, ciężkie płatki wolno opadały na ziemię.
Nagle poczułem wibracje w kieszeni. Wyjąłem telefon.
- Producent? - Eryk posłał mi spojrzenie pełne nadziei. Wychodząc ze studia wysłaliśmy mu demo naszej świeżo upieczonej płytki, ale on nigdy nie odpowiadał tak szybko, nawet w kwestii płyt.
Pokręciłem głową.
- Ross.
- O stary, coś czuję, że z picia dzisiaj nic nie będzie. Kobieta wzywa, musisz biec, albo sama pociągnie za smycz... Tylko wtedy możesz skończyć z oparzeniami na szyi od tego kagańca. - John uwielbiał używać metafor w swoich żartach. Ja ich nie cierpiałem.
- Bardzo śmieszne, to ci się udało... - Wystawiłem mu fucka i odebrałem telefon. - Zaraz się przekonacie. - Powiedziałem, zanim zacząłem rozmowę z Roszpunką.
- To może być ciekawe. - Chłopaki przystanęli i patrzyli na mnie z zaciekawieniem.
- Ross. Hej, słuchaj jest sprawa. Potrzebuję cię. Tak teraz. Posłuchaj, będę za dziesięć minut, ubierz coś obcisłego. Nic nie kombinuję. Bądź gotowa, zaufaj mi okej? Dobra będę za chwilkę, buźka. - Rozłączyłem się.
Cały zespół zaczął mi bić brawo.
- Ciekawe co zrobi, jak się dowie, że zabierasz ją do klubu. - John był ubawiony moim pomysłem. - Jesteś okropnym chłopakiem Flynn.
- Nie wiesz jakim jestem chłopakiem, jeszcze tego nie sprawdziłeś, Johnyy... - Specjalnie przedłużyłem ostatnią literę, starając się brzmieć słodko.
- Uwierz, nie chciałbym tego sprawdzać. Wolę żyć w niewiedzy.
- Oh, daj spokój. - Podszedłem go niego i ująłem jego rękę. - Wiem, że zawsze chciałeś to zrobić. - Przejechałem jego dłonią po swoim torsie. Jego mina była przepiękna! To obrzydzenie!
- Jesteś popieprzony... Nie dotykaj mnie więcej! - Wszyscy pękali ze śmiechu.
- Dokończymy to jeszcze! Jadę po Ross, widzimy się w Demonium. Ty też włóż coś obcisłego, Johnyyy - Udałem, że posyłam mu całusa i oddaliłem się w stronę auta.
Wrzuciłem gitarę do bagażnika i odjechałem, kierując się pod dom Ross.
___________________________________________________________________________________
_Roszpunka_________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________________
Co on sobie wyobraża?
Nawet nie powiedział mi, gdzie idziemy. I czemu mam zakładać coś obcisłego.
- Roszpunka! Co ty tak długo robisz w tej łazience? - Mama kilka razy poruszyła klamką. - Wszystko w porządku?
Zacisnęłam powieki, starając się szybko coś wymyślić. Znając Julka, to zapewne wymyślił coś, czego moi rodzice nie zaakceptują. Pewnie jakieś wyjście na imprezę, albo na piwo, albo po prostu chciał mnie zaprosić do siebie. Mało prawdopodobne, ale jednak. Musiałam szybko wpaść na coś sensownego, co przekona mamę do wypuszczenia mnie z domu o godzinie 24:12.
Porwałam kosmetyczkę i zapakowałem do niej szczotkę, czerwoną szminkę i tusz do rzęs oraz jakiś podkład.
Otworzyłam drzwi i stanęłam twarzą w twarz z mamą.
- Gdzie ty się wybierasz? - Skrzyżowała ręce na piersiach i lekko tupała nogą.
Miała na sobie jasnoniebieski szlafrok i luźno związane włosy. Chyba wybierała się właśnie do spania.
- Dzwoniła Bella i prosiła mnie o pomoc przy nauce do testu, który mamy pojutrze. Muszę jej pomóc! Przecież Bella zawsze pomaga mi przy matmie, mam u niej już tyle długów wdzięczności, że wreszcie przydałoby się odpłacić. Jutro i tak mamy szkołę dopiero na 9. Wyśpimy się i nauczymy do tego testu. - Mama nie wyglądała na przekonaną. - Proszę! - Spojrzałam na nią błagalnie. - Proszę, proszę, proszę! - Zaczęłam skakać wokół niej tak, jak robiłam w wieku siedmiu lat, gdy czegoś bardzo pragnęłam.
Kobieta zaśmiała się na ten widok.
- Niech ci będzie. Zabierz rzeczy to cię podwiozę. - Pogłaskała mnie po głowie, a ja pobiegłam do pokoju.
Chwila.
CHWILUNIA.
- Nie możesz mnie zawieść! - Wystawiłam głowę na korytarz.
- A to niby dlaczego? - Znów posłała mi podejrzliwe spojrzenie.
- Bo... bo pojadę tam z Julkiem... Wraca z próby i jedzie do domu, a ma po drodze, więc może mnie podwieźć. - Wyszczerzyłam się w najszczerszym uśmiechu na jaki potrafiłam się zdobyć.
- Wiesz, że go nie lubię...
-Wiem. - Przerwałam jej. - Ale on też ma kilka długów, które musi spłacić. Przez ostatni tydzień to ja woziłam go na próby. Chyba musi mi się odwdzięczyć, prawda? - Włożyłam w moją wypowiedź tyle przekonania, ile tylko zdołałam z siebie wykrzesać.
- Niech ci będzie, ale zadzwonię do Belli, żeby sprawdzić czy jesteś. Okej?
- Okej. - Zamknęłam się w pokoju.
Nie okej. Ale spokojnie, poradzimy sobie z tym. - Otworzyłam szafę i zaczęłam kontemplować jej wnętrze.
W końcu udało mi się wynaleźć, czarne obcisłe rurki i biały, prześwitujący top z dużymi, okrągłymi guzikami. Wygrzebałam też czarne, połyskowe szpilki na cienkim obcasie i zapakowałam je do torby. Dorzuciłam też kosmetyczkę. Na górę zapakowałam piżamę i dla nie poznaki zabrałam plecak z książkami. On i tak mi się przyda, bo pewnie spędzę noc u Julka.
Okej, jestem gotowa. Wystawiłam głowę za drzwi i rozejrzałam się po korytarzu. W sypialni rodziców paliło się światło.
Cicho przebierając nogami dotarłam do przedpokoju. Ubrałam buty i kurtkę i wyszłam z domu, krzycząc tylko krótkie cześć.
Gdy tylko minęłam ogrodzenie zatrzymał się przy mnie samochód Julka.
Chłopak nie opuszczając pojazdu otworzył mi drzwi, zabrał ode mnie torbę i plecak po czym odjechał.
- Udało ci się przekonać rodziców? Jestem pod wrażeniem! - Spoglądał na mnie wyraźnie szczęśliwy.
- Bo nie wiedzieli, że idziemy na imprezę, to znaczy ja nie byłam pewna czy idziemy i jakoś łatwiej mi się kłamało.
- Zuch dziewczynka! - Posłał mi swój szeroki uśmiech. - Co wymyśliłaś?
- Nocne uczenie się do testu. Mama powiedziała, że mnie sprawdzi, dzwoniąc do Belli, ale mam już plan jak to rozwiązać. Musze jej właśnie napisać sms'a. - Wyciągnęłam komórkę i wystukałam wiadomość z instrukcjami do mojej przyjaciółki.
Plan był doskonały. Bella mówi, że aktualnie jestem pod prysznicem, dzwoni do mnie, a ja po kilku minutach oddzwaniam do matki ze swojego telefonu z jakiegoś zacisznego i spokojnego miejsca i udaję, że wcale nie jestem na imprezie ze swoim chłopakiem.
- Powiesz mi w końcu, gdzie jedziemy? I z jakiej okazji jesteś tak szczęśliwy?
- Powiem. - Uśmiechnął się znowu.
- Więc? - Ponagliłam go, będąc ciekawą.
- Więc skończyliśmy płytę! Mamy singiel promujący, płytę i zaplanowaną trasę!
- To świetnie. - Cieszyłam się z ich sukcesu.
Wreszcie skończyli. Byłam już zmęczona tymi próbami i humorami Julka. Nareszcie będzie normalnie.
- A jedziemy do Demonium. Chłopaki nie wierzą, że ze mną przyjedziesz.
- No to ich zaskoczymy. - Byłam nawet szczęśliwa, że Julek wyciągnął mnie z domu. Co z tego, że był to prawie początek tygodnia i jutro miałam szkołę. Trzeba mieć coś od życia, prawda?
- Musze się przebrać. - Chłopak powiódł po mnie spojrzeniem.
- To na co czekasz? Wskakuj do tyłu i działaj. Mam nadzieję, że dostosowałaś się do instrukcji. - Uniósł swoje brwi, posyłając mi bardzo sugestywne spojrzenie.
Odpięłam pas i przeszłam na tylne siedzenie.
- W końcu jestem grzeczną dziewczynką. - Wyszeptałam brunetowi do ucha, lekko przygryzając jego płatek.
Odsunęłam się od niego zadowolona, że usłyszałam jego cichy pomruk i zaczęłam się przebierać.
Wcale nie było to takie proste zadanie.
Widziałam w lusterku, że Julek bacznie mnie obserwuje.
- Przestań. - Pacnęłam go w ramię, obracając się do niego tyłem i dopiero ściągając bluzkę.
- Oj, no weź... Nie wydziwiaj.
Zaśmiałam się.
Nie, nie ma tak dobrze. Ubrałam biały top, zapinając z przodu tylko trzy guziki. Potem spodnie, następnie szpilki i na końcu makijaż.
Wróciłam na swoje poprzednie miejsce.
- Włosy w porządku? - Chłopak przypatrywał się chwilę mojej spiętej fryzurze, po czym po prostu wyjął drewnianą szpilkę, którą zrobiłam sobie koka.
- Teraz lepiej. - Spojrzał na moje usta, parkując samochód.
- Co?
- Musze coś sprawdzić. - Cały czas patrzył na tą samą część mojej twarzy, po czym szybko i namiętnie mnie pocałował.
Zamknęłam oczy.
Poczułam, jak jego zarost drapie mnie po policzku.
Rozchyliłam lekko usta, ale on już się ode mnie oderwał.
- Coś nie tak? - Nie chciałam, żeby przerywał.
- Nie jest wiśniowa. Ostatnio miałaś wiśniową, była przepyszna. - Znów jego usta rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.
- Głupek. - Zarzuciłam na siebie kurtkę i wyszłam z wozu.
- Ale mnie kochasz? - Zarzucił swoją rękę na moje ramię i znów zaglądnął mi w twarz.
- Czasami. - Spojrzałam na niego.
- Jak to czasami?
- Na przykład teraz kocham cię bardziej. - Wyswobodziłam się z jego chwytu i stając przed nim przyciągnęłam go do siebie za kołnierz koszuli.
Miał ręce w kieszeni i wyczułam jak uśmiecha się przy pocałunku.
- No no, Eryk wygrałeś browara! - Naveen klepnął czarnowłosego po ramieniu.
Oderwałam się szybko od chłopaka i zarumieniłam się lekko.
- Ja też cię kocham bardziej w takich momentach. - Ciepłe powietrze owiało moją szyję w okolicy ucha. - Jesteśmy jednak wszyscy? Widzę, Johnyyy, że chcesz więcej. Myślę, że Ross się z tobą podzieli. Spokojnie starczy mnie dla wszystkich! - Przewróciłam oczami. Popisy Julka czasem mnie irytowały, ale już chyba przywykłam.
- To może ja też się sobą podzielę? - Zadarłam głowę i spojrzałam na Julka, a potem na Eryka, mrugając do niego.
Chłopak parsknął pod nosem.
- Nie, ty zostajesz moja. - Julek znów zarzucił mi rękę na ramię i pociągnął w stronę klubu. - W końcu jesteś grzeczną dziewczynką.
Flynn przywitał się z bramkarzem i całą paczką weszliśmy do lokalu.
Od razu skierowaliśmy się do barmana i zamówiliśmy wszyscy po jednym drinku.
- Za wspaniałą zabawę do białego rana! - John podniósł swoją szklankę.
- Za sukces płyty! - Naveen też uniósł swoje szkło.
- Za to, żeby Ross się sobą podzieliła! - Eryk też do mnie mrugnął, za co oczywiście otrzymał reprymendę w postaci kuksańca w bok od Julka.
- Za to, żebyśmy wszyscy jutro rzygali! - Flynn uniósł swoja rękę.
- Za was chłopaki! - Stuknęliśmy się wszyscy i przyłożyliśmy szklanki do ust.
Zrobiłam kilka łyków i odstawiłam szkło, krzywiąc się.
Poczułam jak alkohol przedziera się przez mój przełyk, pozostawiając za sobą wypaloną ścieżkę.
To co? Czas się zabawić.
I nawet jestem w miarę zadowolona z tego rozdziału :) Mam nadzieję, że wy też będziecie. Nie będę się tutaj rozpisywała, ale z nowych rzeczy, to może ktoś zauważył, że doszedł nam pewien gadżet czyli INFORMACJE.
Będę tam pisać przybliżone terminy dodawania rozdziałów. Proszę uwzględniać błąd pomiaru okej? :)
Więc to tyle nowości.
Standardowo, proszę o komentarze, bo to główny "węgiel" napędzający moje paluszki. I również standardowo, dziękuję wszystkim za napisane już opinie i uwagi :) Czytam wszystkie i naprawdę wszystkie biorę do serducha ♥
Okej miało być krótko, a ja znowu się rozpisałam...
Przepraszam za błędy, ale nie mam siły już dzisiaj sprawdzać. Skoryguje je jutro, albo poproszę o pomoc mojego informatyka :) Ona na pewno mi pomoże. (Sprawdzone :* Z.) Oczywiście, wy też piszcie mi, gdzie zrobiłam gafy to obiecuję, że je poprawię :)
STOP
KONIEC
ZAPRASZAM DO CZYTANIA :)
i miłego jutrzejszego dnia wszystkim! Uśmiechu na te zimne i mokre dni!
wasza Julu
ps. Mam nadzieję, ze w końcu uda mi się dojść do tego balu, bo ostatnio mam tak, że po prostu muszę zacząć pisać od miejsca, w którym zakończyłam akcję w poprzednim rozdziale. Czekajcie cierpliwie! Może w listopadzie doczekamy się BALU :)
_Elsa______________________________________________________________________________
______________________________________________________________________________________
Weszłam do kuchni i odstawiłam kubek po herbacie do zlewu. Przetarłam dłonią powiekę i ziewnęłam delikatnie. Było późno, a rano jak zwykle czekały mnie studia. Usiadłam przy stole i otworzyłam laptopa, sprawdzając wszystkie projekty, które przygotowałam na jutro. Szkice zajęły mi dzisiejszy ranek i kawałek wieczoru, kiedy wróciłam z wykładu. Zamknęłam laptopa i westchnęłam. Jack już spał, Kristoff chyba też, Julek od tygodnia nie wychodzi z prób, więc dzisiaj pewnie też będzie nocował u kolegów. Na nogach byłam tylko ja. Ja i moje głowa z natłokiem myśli. Dzisiejszy szurnięty pomysł mojej szurniętej siostry bardzo mnie zaskoczył, ale jednocześnie chyba spodobał. Po prostu chciałabym pokazać Jackowi, że on też ma konkurencję. Nie jestem jego (jeszcze) i nie będę czekać w nieskończoność, aż to zrozumie i ruszy ten swój nieśmiały tyłek.
Znów westchnęłam.
Nagle ciszę w mieszkaniu przerwał dźwięk telefonu.
Spojrzałam na tarczę zegara wiszącą nad drzwiami.
23:13 Późno.
Telefon leżał na stole. Zdenerwowana podeszłam szybko i chwyciłam komórkę w ręce.
"O ja pierdziele"
Na wyświetlaczu pojawiło się jedno, wyraźne słowo: MATKA
Nagle zrobiło mi się duszno i gorąco.
Drżącym palcem przesunęłam zieloną słuchawkę po ekranie.
Przyłożyłam telefon do ucha.
- Słucham? - Starałam się zabrzmieć pewnie i spokojnie, ale serce kołatało mi z prędkością światła.
Z każdą minutą rozmowy przyspieszało. Szybciej i szybciej, jak tocząca się lokomotywa.
- Była tu... - Zdławionym głosem udzielałam matce odpowiedzi. - Wyszła, nie pamiętam kiedy... Byłam na wykładzie. Nie, nie odprowadziłam jej. - Mój głos przeobraził się w cienki pisk żalu i bólu.
Nawet nie zauważyłam postaci Kristoffa, który wszedł do kuchni.
Chłopak stanął za mną i przytulił mnie do siebie.
- Co jest? - Wyszeptał do mojego drugiego ucha.
Blondyn miał na sobie długie, kraciaste spodnie od piżamy. Receptorami pleców wyczuwałam jego nagi tors.
Zawsze było mu gorąco, nawet zimną. Nic dziwnego, że wśród jego dziewczyn krążyła nazwa "Gorący Chłopak".
Odszukałam jego dłoni i ścisnęłam ją mocno.
- Mamo... - Wyjąkałam.
Rozłączyła się.
Odłożyłam telefon na stół.
- Elsa? Co się stało? - Kriss obrócił mnie twarzą do siebie i spoglądał na mnie.
Jego oczy były zatroskane.
- Czy... czy odprowadziłeś Ankę do domu? - Widziałam jak jego spojrzenie momentalnie się zmienia.
- Co się jej stało? - Potrząsnął mną lekko za ramiona.
- Nie wróciła do domu. - Zwiesiłam głowę.
Kristoff spojrzał na zegarek, później na mnie i wybiegł z kuchni. Widziałam jak się ubiera. Zmienił spodnie, a na gołą klatę zarzucił kurtkę.
- Idziesz? - Zatrzymał się na chwilę przy ubieraniu butów.
- Tak, oczywiście. - Również zaczęłam się ubierać.
Wyszliśmy z mieszkania.
Wsiadłam do auta i włożyłam kluczyk do stacyjki. Kriss usiadł obok mnie.
- Mogłem jej nie zostawiać...
Zapaliłam silnik.
- Kriss? - Blondyn spojrzał na mnie. - Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy ją, okej? - Chłopak pokiwał wolno głową, a ja wyjechałam z parkingu.
Dzięki temu, że chyba nie do końca dotarło do mnie to, że moja młodsza siostra zaginęła i mogło jej się coś stać byłam spokojna. Po prostu mój mózg nie dopuszczał do siebie tej informacji.
- Zatrzymaj się tu. - Kristoff wskazał palcem chodnik.
Ledwo samochód stanął, a chłopak już wyskoczył z auta.
Zrobiłam to samo i po chwili też stałam na chodniku.
- Tu ją zostawiłem... Mogłem ją odprowadzić, cholera. - Kriss nerwowo rozglądał się dookoła.
Padał śnieg, więc wszystkie świeże ślady zostały zasypane. Biała, nieskazitelna kołdra pokrywała wszystko, utrudniając nam zadanie.
Blondyn ruszył przed siebie.
- Kriss, to ja pójdę w prawo. - Wskazałam głową na park.
- Idź, a jakby co to krzycz. I uważaj na siebie. - Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł dalej.
_______________________________________________________________________
_Kristoff___________________________________________________________________________
______________________________________________________________________________________
Jak mogłem ją zostawić? No jak? Jestem idiotą. Skończonym kretynem, jak jej nie znajdę to chyba się powieszę. Nie będę umiał żyć w świadomości, że coś jej się stało.
Wsadziłem dłonie do kieszeni, bo mróz dawał swe znaki.
Miałem ochotę wrzeszczeć, płakać, ale szedłem spokojnie rozglądając się wokół siebie.
- Kristoff! - Zawróciłem w stronę wołającej mnie Elsy.
Gdy byłem już niedaleko dostrzegłem, że blondynka stoi i w otoczeniu swojej rodziny.
Podszedłem do nich.
- Dobry wieczór. - Przywitałem się z ojcem i matką dziewczyny.
Kobieta nieprawdopodobnie przypominała mi Ankę. Te same oczy, ten sam nos. Po prostu Anka w ciemnych, brązowych włosach.
Elsa odeszła od rodziców i schowała się za mną.
Pewnie nie tak wyobrażała sobie spotkanie z nimi.
- Gdzie ją zostawiłeś? - Lodowaty ton matki sprawił, że również skuliłem się w sobie.
- Tam. - Wskazałem miejsce, gdzie przed paroma godzinami się rozstaliśmy.
Brunetka ruszyła w tamtą stronę. Elsa chodziła tak samo władczo, jak ona.
Minął nas też smutny ojciec i pobiegł za żoną.
- Chodź. - Ja też zrobiłem krok w ich stronę.
- Kristoff... ja nie mogę. Nie mogę z nimi przebywać. - Widziałem na bladej twarzy Elsy małe kropelki.
- Musimy ją znaleźć. Zrób to dla niej. - Uścisnąłem ją i pociągnąłem za sobą.
Nie winiłem jej za to, że nie chciała. Dobrze wiedziałem, jakie są jej stosunki z matką i ojcem. Pewnie gdybym się teraz znalazł obok mojego taty zachowywałbym się tak samo. Albo jeszcze gorzej. Zabiłbym tego skurwiela na miejscu.
Ale na szczęście nie byłem blisko niego.
Szliśmy w milczeniu. Śnieg padał z nieba dużymi, obfitymi płatkami.
Doszliśmy do skrzyżowania. Zatrzymaliśmy się pod latarnią, nie wiedząc co robić dalej.
- Niech państwo zadzwonią na policję, a ja jeszcze raz się przejdę. - Puściłem dłoń Elsy uprzednio ją ściskając.
- Dobrze wiemy, co mamy robić. - Brunetka warknęła głośniej.
- Mario... Oni chcą pomóc. - Jej mąż położył jej rękę na ramieniu.
- Pójdę już. - Oznajmiłem wszystkim, spoglądając na Elsę.
Jej oczy mówiły, żeby jej nie zostawiać.
Kobieta wyraźnie to zauważyła.
- Chyba nie myślisz, że zrobimy coś własnej córce! Możesz ją tu spokojnie zostawić. Będzie bezpieczna. - Jej grzywka przysłaniała niebieskie oczy, w których dostrzegłem ból.
- Mario... - Mężczyzną jeszcze raz położył jej rękę na ramieniu.
- Idę. - Powtórzyłem jeszcze raz i nie patrząc już na przyjaciółkę ruszyłem w drogę powrotną.
Przeszedłem tą samą drogę rozglądając się bacznie wokół siebie. Czułem jak śnieg pada mi na głowę, więc ubrałem kaptur i zapiąłem go pod szyją.
Anka, co się z tobą stało?
Zrobiłem jeszcze kilka kroków i uniosłem wzrok do góry. Niebo było ciemne i zachmurzone. Spojrzałem jeszcze raz na chodnik i puściłem się biegiem. Zatrzymałem się gwałtownie przy jednym z samochodów i podniosłem z ziemi jej czapkę. Tę samą, którą ubierała w mieszkaniu.
Musi gdzieś tu być.
Mój mózg kazał mi szukać. Słyszałem w głowie, jak wydaje mi polecenia. Skręć w lewo, popatrz tam, idź teraz prosto, jeszcze trochę...
I nagle znalazłem się przy niej.
Leżała na śniegu, za śmietnikiem, niedaleko parku. Jej rude włosy idealnie kontrastowały z białym podłożem. Wyglądały jak krew.
Podbiegłem tam i ukląkłem patrząc w na nią. Była blada, bez żadnych obrażeń. Wszystko miała na miejscu, twarz wyglądała w porządku... Uspokoiłem się.
Wsunąłem rękę pod jej kolana, a drugą pod plecy i uniosłem delikatnie.
- Zostaw mnie... - Gdyby nie ciepłe powietrze, które owiało moje palce, nie zorientowałbym się w ogóle, że coś mówiła.
- Anka, to ja. Już wszystko w porządku. Czy coś ci się stało?
Dziewczyna otworzyła oczy i mrugnęła kilka razy.
Poczułem jak jej ciało się napina. Zacisnęła mocno powieki i już po chwili po jej policzkach pociekły łzy.
Spanikowałem. Czemu ona płacze?
- Ej, już wszystko w porządku. Jesteś bezpieczna, jestem przy tobie... - Nie wiedziałem, co mam robić.
- Psychopata... Psychopata... - Wyszeptała i poczułem, jak zaczyna się trząść.
Ja też się już trząsłem i prawie płakałem.
Czy ona mówiła o mnie?
Starałem się tym nie przejmować. Wstałem i ruszyłem z majaczącą Anką w stronę jej rodziców.
Jej matka od razu do mnie podbiegła, gdy tylko nas ujrzała.
- Aniu, słoneczko... - Pogładziła ją po policzku. - Już wszystko dobrze. Nie płacz. - Widziałem, że ona też poczuła wielką ulgę, że jej córka się odnalazła.
- Psychopata... - Znów cios w moją stronę.
- Ona majaczy. - Powiedziałem na głos, chcąc przekonać do tego również siebie.
Ojciec zabrał ją z moich rąk i zaniósł do auta. Matka również ruszyła za nim.
- Dziękuję. - Odwróciła się jeszcze i skinęła mi głową.
Uśmiechnąłem się do niej i spojrzałem na płaczącą Elsę.
- Dobrze, że ją znalazłeś całą i zdrową. Dziękuję! - Blondynka rzuciła mi się na szyję i załkała.
Przytrzymałem ją chwilę przy sobie, żeby mogła się wypłakać. Elsa już taka jest, że po prostu dusi w sobie emocje, ale one kiedyś wybuchają. To był właśnie moment eksplozji.
- Przepraszam. - Dziewczyna odsunęła się ode mnie i otarła palcami swoje policzki. - Bałam się o nią.
- Ja też.
Odwróciłem głowę i nie patrząc na dziewczynę ruszyłem do auta.
- Kriss? Co się stało? - Zapytała, gdy już znaleźliśmy się w zimnym wnętrzu samochodu. - I powiedz prawdę. - Jej wzrok próbował wyczytać wszystko z moich oczu.
- Nic. Jest w porządku.
- Kłamiesz. - Stwierdziła, wydymając wargi.
- Jest w porządku i nie naciskaj. - Uniosłem lekko głos, nie panując nad tym za bardzo.
- Możesz mi powiedzieć. Wiesz?
Skinąłem głową, bo gula w moim gardle powiększała się, uniemożliwiając wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa.
- Chyba musimy odpocząć. Dobrze nam zrobi kilka godzin snu. Dobrze, że nic jej nie jest. - Elsa odetchnęła i zapaliła silnik, po czym odjechała w stronę naszego bloku.
Zastanawiałem się, czy nic się jej nie stało. To nie było omdlenie, była zbyt otumaniona i mówiła brednie...
Bardzo bolące brednie.
Kujące i szarpiące serce.
Czy ktoś chciał ją zgwałcić?
Okraść?
Nastraszyć?
Uczepiłem się tej ostatniej myśli i pomyślałem o naszej popołudniowej rozmowie. Anka wspominała coś o Astrid i o jakimś konflikcie.
I o jakimś chłopaku. I nie nazywała go psychopatą...
- Kriss!
- Hym... - Spojrzałem na blondynkę.
- Nie płacz. - Otarła kciukiem łzę spływającą po moim policzku.
- Nie płaczę. - Odpowiedziałem i wbrew sobie posłałem jej jeden z moich zniewalających uśmiechów.
- Ten był na Biankę. Musisz odświeżyć repertuar. - Elsa wyszła z auta i skierowała się w stronę drzwi.
- Nie mam dla kogo. - Starałem się, żeby zabrzmiało to jak żart, ale chyba mi nie wyszło. Było to po prostu bardzo żałosne wyznanie.
- Chodź, przyda się nam sen. - Weszliśmy do kamienicy, a potem do naszego mieszkania.
_______________________________________________________________________
_Julek______________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________________
- Jeeeeee! - Krzyknąłem na całe gardło, gdy tylko opuściłem nasz salon prób. - To było coś! Chłopaki, czujecie to? - Obróciłem się w stronę reszty. - Mamy płytę! I singiel i jesteśmy gotowi na trasę! - Zacząłem biec przed siebie, słysząc z tyłu śmiech i żartobliwe komentarze kolegów.
Byłem szczęśliwy jak nigdy dotąd. Wreszcie nasze próby się opłaciły, wreszcie coś mamy i wreszcie coś osiągniemy.
- Co wy ta no, żeby to oblać? - Odwróciłem się w ich stronę i powiodłem spojrzeniem po ich twarzach. - No co wy? Serio? Przecież musimy to uczcić. Co z wami? - Ich miny mówiły wyraźne nie.
- Stary, my też się tym jaramy, ale jesteśmy tak skonani, że nie damy rady. - Nasz główny wokalista spojrzał na mnie błagalnie.
- Pękasz, John! - Blondyn wywrócił tylko oczami i zmarszczył swój duży, orli nos.
- Ja chętnie! - Eryk, perkusista też lubił sobie wypić.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! - Przybiłem mu piątkę i spojrzałem na ostatniego członka zespołu. - A ty, co powiesz Naveen? Idziesz z nami wykorzystać okazję? - Mulat zaśmiał się na moje słowa.
- Nigdzie z tobą nie idę! Stajesz się bestią po kilku browarach, Flynn. Dzisiaj nie jestem na to gotowy, okej? - Błysnął zębami w rozbawionym uśmiechu.
- Ej chłopie, gitary trzymają się razem, tak? Jak ja idę to ty też i nie ma migania. - Wycelowałem w niego palcem. - Jasne?
Znów się zaśmiał i pokręcił głową.
- Śpisz u nas, czy wracasz do siebie? - John jak zwykle był bardzo rzeczowy.
- Ja dzisiaj nie śpię, ja piję! - Wykrzyknąłem w niebo.
Dopiero teraz spostrzegłem padający śnieg. Duże, ciężkie płatki wolno opadały na ziemię.
Nagle poczułem wibracje w kieszeni. Wyjąłem telefon.
- Producent? - Eryk posłał mi spojrzenie pełne nadziei. Wychodząc ze studia wysłaliśmy mu demo naszej świeżo upieczonej płytki, ale on nigdy nie odpowiadał tak szybko, nawet w kwestii płyt.
Pokręciłem głową.
- Ross.
- O stary, coś czuję, że z picia dzisiaj nic nie będzie. Kobieta wzywa, musisz biec, albo sama pociągnie za smycz... Tylko wtedy możesz skończyć z oparzeniami na szyi od tego kagańca. - John uwielbiał używać metafor w swoich żartach. Ja ich nie cierpiałem.
- Bardzo śmieszne, to ci się udało... - Wystawiłem mu fucka i odebrałem telefon. - Zaraz się przekonacie. - Powiedziałem, zanim zacząłem rozmowę z Roszpunką.
- To może być ciekawe. - Chłopaki przystanęli i patrzyli na mnie z zaciekawieniem.
- Ross. Hej, słuchaj jest sprawa. Potrzebuję cię. Tak teraz. Posłuchaj, będę za dziesięć minut, ubierz coś obcisłego. Nic nie kombinuję. Bądź gotowa, zaufaj mi okej? Dobra będę za chwilkę, buźka. - Rozłączyłem się.
Cały zespół zaczął mi bić brawo.
- Ciekawe co zrobi, jak się dowie, że zabierasz ją do klubu. - John był ubawiony moim pomysłem. - Jesteś okropnym chłopakiem Flynn.
- Nie wiesz jakim jestem chłopakiem, jeszcze tego nie sprawdziłeś, Johnyy... - Specjalnie przedłużyłem ostatnią literę, starając się brzmieć słodko.
- Uwierz, nie chciałbym tego sprawdzać. Wolę żyć w niewiedzy.
- Oh, daj spokój. - Podszedłem go niego i ująłem jego rękę. - Wiem, że zawsze chciałeś to zrobić. - Przejechałem jego dłonią po swoim torsie. Jego mina była przepiękna! To obrzydzenie!
- Jesteś popieprzony... Nie dotykaj mnie więcej! - Wszyscy pękali ze śmiechu.
- Dokończymy to jeszcze! Jadę po Ross, widzimy się w Demonium. Ty też włóż coś obcisłego, Johnyyy - Udałem, że posyłam mu całusa i oddaliłem się w stronę auta.
Wrzuciłem gitarę do bagażnika i odjechałem, kierując się pod dom Ross.
___________________________________________________________________________________
_Roszpunka_________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________________
Co on sobie wyobraża?
Nawet nie powiedział mi, gdzie idziemy. I czemu mam zakładać coś obcisłego.
- Roszpunka! Co ty tak długo robisz w tej łazience? - Mama kilka razy poruszyła klamką. - Wszystko w porządku?
Zacisnęłam powieki, starając się szybko coś wymyślić. Znając Julka, to zapewne wymyślił coś, czego moi rodzice nie zaakceptują. Pewnie jakieś wyjście na imprezę, albo na piwo, albo po prostu chciał mnie zaprosić do siebie. Mało prawdopodobne, ale jednak. Musiałam szybko wpaść na coś sensownego, co przekona mamę do wypuszczenia mnie z domu o godzinie 24:12.
Porwałam kosmetyczkę i zapakowałem do niej szczotkę, czerwoną szminkę i tusz do rzęs oraz jakiś podkład.
Otworzyłam drzwi i stanęłam twarzą w twarz z mamą.
- Gdzie ty się wybierasz? - Skrzyżowała ręce na piersiach i lekko tupała nogą.
Miała na sobie jasnoniebieski szlafrok i luźno związane włosy. Chyba wybierała się właśnie do spania.
- Dzwoniła Bella i prosiła mnie o pomoc przy nauce do testu, który mamy pojutrze. Muszę jej pomóc! Przecież Bella zawsze pomaga mi przy matmie, mam u niej już tyle długów wdzięczności, że wreszcie przydałoby się odpłacić. Jutro i tak mamy szkołę dopiero na 9. Wyśpimy się i nauczymy do tego testu. - Mama nie wyglądała na przekonaną. - Proszę! - Spojrzałam na nią błagalnie. - Proszę, proszę, proszę! - Zaczęłam skakać wokół niej tak, jak robiłam w wieku siedmiu lat, gdy czegoś bardzo pragnęłam.
Kobieta zaśmiała się na ten widok.
- Niech ci będzie. Zabierz rzeczy to cię podwiozę. - Pogłaskała mnie po głowie, a ja pobiegłam do pokoju.
Chwila.
CHWILUNIA.
- Nie możesz mnie zawieść! - Wystawiłam głowę na korytarz.
- A to niby dlaczego? - Znów posłała mi podejrzliwe spojrzenie.
- Bo... bo pojadę tam z Julkiem... Wraca z próby i jedzie do domu, a ma po drodze, więc może mnie podwieźć. - Wyszczerzyłam się w najszczerszym uśmiechu na jaki potrafiłam się zdobyć.
- Wiesz, że go nie lubię...
-Wiem. - Przerwałam jej. - Ale on też ma kilka długów, które musi spłacić. Przez ostatni tydzień to ja woziłam go na próby. Chyba musi mi się odwdzięczyć, prawda? - Włożyłam w moją wypowiedź tyle przekonania, ile tylko zdołałam z siebie wykrzesać.
- Niech ci będzie, ale zadzwonię do Belli, żeby sprawdzić czy jesteś. Okej?
- Okej. - Zamknęłam się w pokoju.
Nie okej. Ale spokojnie, poradzimy sobie z tym. - Otworzyłam szafę i zaczęłam kontemplować jej wnętrze.
W końcu udało mi się wynaleźć, czarne obcisłe rurki i biały, prześwitujący top z dużymi, okrągłymi guzikami. Wygrzebałam też czarne, połyskowe szpilki na cienkim obcasie i zapakowałam je do torby. Dorzuciłam też kosmetyczkę. Na górę zapakowałam piżamę i dla nie poznaki zabrałam plecak z książkami. On i tak mi się przyda, bo pewnie spędzę noc u Julka.
Okej, jestem gotowa. Wystawiłam głowę za drzwi i rozejrzałam się po korytarzu. W sypialni rodziców paliło się światło.
Cicho przebierając nogami dotarłam do przedpokoju. Ubrałam buty i kurtkę i wyszłam z domu, krzycząc tylko krótkie cześć.
Gdy tylko minęłam ogrodzenie zatrzymał się przy mnie samochód Julka.
Chłopak nie opuszczając pojazdu otworzył mi drzwi, zabrał ode mnie torbę i plecak po czym odjechał.
- Udało ci się przekonać rodziców? Jestem pod wrażeniem! - Spoglądał na mnie wyraźnie szczęśliwy.
- Bo nie wiedzieli, że idziemy na imprezę, to znaczy ja nie byłam pewna czy idziemy i jakoś łatwiej mi się kłamało.
- Zuch dziewczynka! - Posłał mi swój szeroki uśmiech. - Co wymyśliłaś?
- Nocne uczenie się do testu. Mama powiedziała, że mnie sprawdzi, dzwoniąc do Belli, ale mam już plan jak to rozwiązać. Musze jej właśnie napisać sms'a. - Wyciągnęłam komórkę i wystukałam wiadomość z instrukcjami do mojej przyjaciółki.
Plan był doskonały. Bella mówi, że aktualnie jestem pod prysznicem, dzwoni do mnie, a ja po kilku minutach oddzwaniam do matki ze swojego telefonu z jakiegoś zacisznego i spokojnego miejsca i udaję, że wcale nie jestem na imprezie ze swoim chłopakiem.
- Powiesz mi w końcu, gdzie jedziemy? I z jakiej okazji jesteś tak szczęśliwy?
- Powiem. - Uśmiechnął się znowu.
- Więc? - Ponagliłam go, będąc ciekawą.
- Więc skończyliśmy płytę! Mamy singiel promujący, płytę i zaplanowaną trasę!
- To świetnie. - Cieszyłam się z ich sukcesu.
Wreszcie skończyli. Byłam już zmęczona tymi próbami i humorami Julka. Nareszcie będzie normalnie.
- A jedziemy do Demonium. Chłopaki nie wierzą, że ze mną przyjedziesz.
- No to ich zaskoczymy. - Byłam nawet szczęśliwa, że Julek wyciągnął mnie z domu. Co z tego, że był to prawie początek tygodnia i jutro miałam szkołę. Trzeba mieć coś od życia, prawda?
- Musze się przebrać. - Chłopak powiódł po mnie spojrzeniem.
- To na co czekasz? Wskakuj do tyłu i działaj. Mam nadzieję, że dostosowałaś się do instrukcji. - Uniósł swoje brwi, posyłając mi bardzo sugestywne spojrzenie.
Odpięłam pas i przeszłam na tylne siedzenie.
- W końcu jestem grzeczną dziewczynką. - Wyszeptałam brunetowi do ucha, lekko przygryzając jego płatek.
Odsunęłam się od niego zadowolona, że usłyszałam jego cichy pomruk i zaczęłam się przebierać.
Wcale nie było to takie proste zadanie.
Widziałam w lusterku, że Julek bacznie mnie obserwuje.
- Przestań. - Pacnęłam go w ramię, obracając się do niego tyłem i dopiero ściągając bluzkę.
- Oj, no weź... Nie wydziwiaj.
Zaśmiałam się.
Nie, nie ma tak dobrze. Ubrałam biały top, zapinając z przodu tylko trzy guziki. Potem spodnie, następnie szpilki i na końcu makijaż.
Wróciłam na swoje poprzednie miejsce.
- Włosy w porządku? - Chłopak przypatrywał się chwilę mojej spiętej fryzurze, po czym po prostu wyjął drewnianą szpilkę, którą zrobiłam sobie koka.
- Teraz lepiej. - Spojrzał na moje usta, parkując samochód.
- Co?
- Musze coś sprawdzić. - Cały czas patrzył na tą samą część mojej twarzy, po czym szybko i namiętnie mnie pocałował.
Zamknęłam oczy.
Poczułam, jak jego zarost drapie mnie po policzku.
Rozchyliłam lekko usta, ale on już się ode mnie oderwał.
- Coś nie tak? - Nie chciałam, żeby przerywał.
- Nie jest wiśniowa. Ostatnio miałaś wiśniową, była przepyszna. - Znów jego usta rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.
- Głupek. - Zarzuciłam na siebie kurtkę i wyszłam z wozu.
- Ale mnie kochasz? - Zarzucił swoją rękę na moje ramię i znów zaglądnął mi w twarz.
- Czasami. - Spojrzałam na niego.
- Jak to czasami?
- Na przykład teraz kocham cię bardziej. - Wyswobodziłam się z jego chwytu i stając przed nim przyciągnęłam go do siebie za kołnierz koszuli.
Miał ręce w kieszeni i wyczułam jak uśmiecha się przy pocałunku.
- No no, Eryk wygrałeś browara! - Naveen klepnął czarnowłosego po ramieniu.
Oderwałam się szybko od chłopaka i zarumieniłam się lekko.
- Ja też cię kocham bardziej w takich momentach. - Ciepłe powietrze owiało moją szyję w okolicy ucha. - Jesteśmy jednak wszyscy? Widzę, Johnyyy, że chcesz więcej. Myślę, że Ross się z tobą podzieli. Spokojnie starczy mnie dla wszystkich! - Przewróciłam oczami. Popisy Julka czasem mnie irytowały, ale już chyba przywykłam.
- To może ja też się sobą podzielę? - Zadarłam głowę i spojrzałam na Julka, a potem na Eryka, mrugając do niego.
Chłopak parsknął pod nosem.
- Nie, ty zostajesz moja. - Julek znów zarzucił mi rękę na ramię i pociągnął w stronę klubu. - W końcu jesteś grzeczną dziewczynką.
Flynn przywitał się z bramkarzem i całą paczką weszliśmy do lokalu.
Od razu skierowaliśmy się do barmana i zamówiliśmy wszyscy po jednym drinku.
- Za wspaniałą zabawę do białego rana! - John podniósł swoją szklankę.
- Za sukces płyty! - Naveen też uniósł swoje szkło.
- Za to, żeby Ross się sobą podzieliła! - Eryk też do mnie mrugnął, za co oczywiście otrzymał reprymendę w postaci kuksańca w bok od Julka.
- Za to, żebyśmy wszyscy jutro rzygali! - Flynn uniósł swoja rękę.
- Za was chłopaki! - Stuknęliśmy się wszyscy i przyłożyliśmy szklanki do ust.
Zrobiłam kilka łyków i odstawiłam szkło, krzywiąc się.
Poczułam jak alkohol przedziera się przez mój przełyk, pozostawiając za sobą wypaloną ścieżkę.
To co? Czas się zabawić.
sobota, 26 września 2015
Rozdział 17 "Śnieg przyjemnie skrzypiał pod stopami, kiedy szliśmy chodnikiem. "
Hejooo! (Rozdział zadedykowany wszystkim, którzy nie mają czasu, znajdź czas i przeczytaj TO)
To znowu ja :) Na samym wstępie chcę wam powiedzieć, że NIE MAM CZASU.
Nie wiem, jak to zrobiłam, ale stworzyłam kolejny rozdział dla was. To chyba te boskie moce...
A tak na serio, to mam naprawdę dużo zajęć w szkole i w szkole muzycznej... Do tego jeszcze inne zajęcia dodatkowe...
Ale spoko loco, daję radę :) Dla was :) I dla mnie, pisanie naprawdę pomaga. Można się wyżyć i w ogóle.
W każdym razie zostawiam następny rozdział w waszych rękach, proszę o konstruktywną krytykę i pozytywne komentarze. One powodują, że chcę tworzyć szybciej i lepiej :)
Trzymajcie się ciepło i czytajcie :)
wasza Julu
Ps. Jak tam pierwszy miesiąc szkoły?
Ogłaszam konkurs na największą liczbę sprawdzianów i kartkówek w tym miesiącu. Ja miałam... 10 A wy?
__Anna_________________________________________________________________
__________________________________________________________________________
- Proszę zapisać datę. Dzisiaj mamy 28 listopada. Pamiętacie, że bal jest w środę 6 grudnia? - Wychowawczyni powiodła wzrokiem po klasie.
Pamiętałam bardzo dobrze.
W końcu to mój pierwszy szkolny bal, nie mogłabym zapomnieć.
Ogólnie jeśli chodzi o szkołę, to jestem bardzo zadowolona, że wreszcie do niej poszłam. Brakuje mi czasem leniwych dni i lekcji z tatą, ale teraz bym raczej do tego nie wróciła. Poznałam już "mroczne" oblicze liceum.
Merida szturchnęłam mnie w bok.
- Jak tam? - Jej rude loki podskakiwały z każdym ruchem głowy.
- Co "jak tam"? - Spojrzałam na nią, przerywając pisanie jakiegoś ogłoszenia.
- Jak tam z Czkawką? Wiesz, czemu go nie ma? - Obróciłam się i popatrzyłam na zegar wiszący nad drzwiami. Lekcja trwała już trzydzieści minut.
- Nie mam zielonego pojęcia. Może jest chory? - Wzruszyłam ramionami.
Nie utrzymuję bliższego kontaktu z Czkawką. Nie rozmawiamy ze sobą po szkole, więc nie wiem, czemu akurat teraz jest nieobecny.
- Martwię się o niego. Nigdy się nie spóźniał i zawsze informował, czemu go nie będzie. - Merida gryzła końcówkę długopisu.
- Może coś mu wypadło? - Zaraz po wypowiedzeniu tych słów drzwi klasy otworzyły i pojawił się w nich nieco speszony Czkawka.
- Dzień dobry... Ja, to znaczy my przepraszamy za spóźnienie. - Chłopak spojrzał na dziewczynę stojącą obok niego, ale ta tylko skarciła go wzrokiem i wmaszerowała do klasy.
Astrid.
Była dzisiaj jakaś inna. To znaczy jak zwykle umalowana i odstawiona, ale jednak było w niej coś innego. Promieniowała czymś odmiennym od oschłości i wrodzonej wredoty.
- Zajmijcie miejsca i nie przeszkadzajcie mi w lekcji. - Kobieta znów wróciła do dyktowania ogłoszenia.
Brunet podszedł do nas, zajął miejsce przy Meridzie, wyjął długopis i kartkę i siedział.
- Nie przywitasz się nawet? - Rudowłosa spojrzała na niego z ukosa.
- Cześć. - Wymamrotał, nie obdarzając nas nawet krótkim zerknięciem.
Dziewczyna spojrzała na mnie pytająco. Wzruszyłam tylko ramionami i jeszcze raz przyjrzałam się chłopakowi.
Ubrany był w czerwony sweter i zwykłe dżinsy. Jego trapery były mokre od chodzenia po śniegu. Miał nieobecny wyraz twarzy i zaczerwienione policzki, nie wiedziałam czy od zimna, czy od czegoś innego. Dłonie trzymał na kolanach i wpatrywał się tępo przed siebie. Jego włosy były w nieładzie, jakby dopiero co zdjął czapkę. Wyglądał na... szczęśliwego.
Obróciłam się w stronę Astrid.
Blondynka miała rozpuszczone włosy, co nie zdarzało się zbyt często. Pod jej czarną, prześwitującą koszulą można było zobaczyć stanik z srebrnymi ćwiekami. Długie czarne spodnie podkreślały jej szczupłe nogi. Szare Timberlandy też były nieco mokre na czubkach.
Blondynka zauważyła, że się jej przyglądam, więc odwróciłam głowę i zajęłam się sobą.
O co chodzi?
Czy oni ze sobą rozmawiali? Czy Astrid w ogóle rozmawiałaby z kimś takim jak Czkawka? Ale czy to nie ona kilka razy dobitnie przekazała mi, żebym się do niego nie zbliżała? Czy oni są razem?
Zwróciłam głowę w stronę chłopaka. Dalej miał czerwone policzki i zabłąkany wzrok.
Czy to "TO"?
Moje rozmyślania zostały przerwane przez dźwięk dzwonka. Uczniowie zaczęli się podnosić i opuszczać klasę.
- Astrid i Czkawka, chciałabym z wami porozmawiać. Zostańcie na przerwie. - Wychowawczyni udało się przekrzyczeć przez powstający hałas.
Brunet spojrzał na blondynkę, ale ta odwróciła wzrok i zaczęła szukać czegoś w torbie.
- Idziemy. - Merida popchnęła mnie w stronę drzwi.
- Ale...
- Idziemy. - To był ton nieznoszący sprzeciwu.
Wyszłyśmy na korytarz i rudowłosa chwyciła mnie za rękę.
- Meri, ale gdzie my idziemy?
- Po prostu chodź. - Dziewczyna ominęła klasę, w której miałyśmy mieć teraz lekcje i ruszyła schodami w górę.
Stwierdziłam, że moje protesty i tak nic nie zdziałają, więc posłusznie podążyłam za nią.
Weszłyśmy na ostatnie piętro budynku. Nie było tutaj klas, ani żadnych innych pokoi, do których miałybyśmy dostęp.
- Meri...
Dziewczyna uciszyła mnie krótkim gestem. Przeszłyśmy wąskim korytarzem i skierowałyśmy się w stronę jedynych drzwi.
Rudowłosa przystanęła, wspięła się na palce i usiłowała sięgnąć po coś, co miało znajdować się na górnej belce ościeżnicy.
- Musisz mnie podsadzić. - Podeszła do mnie i ułożyła moje ręce w tak zwane krzesełko.
Ułożyła jedną nogę na moich dłoniach, odbiła się lekko i po chwili już celowała kluczem do zamka.
Gdy drzwi stały już otworem, dziewczyna wzięła mnie za rękę i wciągnęła do środka, zamykając je znowu i chowając klucz do kieszeni.
- Co my tu robimy? - Rozejrzałam się po pokoju.
Była to chyba biblioteka. Na środku, w trzech rzędach stały ogromne regały wypełnione po brzegi książkami. Po prawej stronie znajdowały się dwa biurka.
Dwa duże okna dostarczały niewiele światła, więc w pomieszczeniu panował półmrok.
- Widziałaś go? - Merida rzuciła plecak na podłogę i usiadła na blacie stołu.
Zajęłam miejsce przy niej.
- Tak. Był... inny.
- Był zadłużony po uszy! - Rudowłosa schowała twarz w dłoniach.
- To chyba dobrze?
- Nie! To bardzo, bardzo źle! Obie dobrze wiemy, że Astrid to nie jest odpowiednia partia dla niego. To sucz! I już. A Czkawka jest naiwny i lekkomyślny.
- Co to za pomieszczenie? - Chciałam choć na chwilę zmienić temat.
- Dawna biblioteka. Nikt jej już nie używa, odkąd wprowadzili skomputeryzowany system i przenieśli wszystko do większego pomieszczenia na dole.
- A co z tymi książkami? - Wskazałam głową na regały.
- Większość wycofano ze spisu lektur, a niektóre są całkowicie zeżarte przez mole. W każdym razie już nikt ich nie używa.
- Skąd wiedziałaś o tym pomieszczeniu?
Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
- To było jedyne bezpieczne miejsce, kiedy byliśmy w pierwszej klasie. Odkryłam je przez przypadek. Miałam kiedyś godzinną przerwę i większość uczniów wyszła na obiad, albo po prostu sobie poszła, a ja zostałam i postanowiłam pospacerować sobie po szkole. To był grudzień. Dużo osób było chorych i w sumie lekcje często były skrócone lub w ogóle ich nie było. No ale wracając, chodziłam po budynku i miałam zamiar znaleźć coś, gdzie mogłabym się schować i po prostu przesiedzieć tą godzinę w spokoju. Weszłam na samą górę i zobaczyłam tylko te drzwi. Stwierdziłam, że to będzie dobre miejsce. Przeszłam przez korytarz i mocno się zdziwiłam, kiedy drzwi okazały się otwarte. Zgadnij kogo zastałam w środku?
To było pytanie retoryczne. Merida uwielbiała pytania retoryczne.
- Czkawkę. Siedział i czytał jakąś książkę. Usiadłam przy nim, a on mi wtedy powiedział, że znalazł klucz na ościeżnicy i był ciekawy co tutaj jest. I że jest bardzo nieśmiały i że miał iść z kolegami na lunch, ale chciał pobyć trochę sam.
I w sumie po tej godzinie byliśmy już przyjaciółmi.
To jest taka nasza skrytka.
- Fajnie tu macie. - Jeszcze raz omiotłam wzrokiem pokój.
- Możemy już iść. Chciałam tu tylko posiedzieć przez chwilę. - Rudowłosa zeskoczyła z blatu.
- Chciałaś porozmawiać o Czkawce.
- Nie. - Pokręciła przecząco głową. - Już nie chcę.
Postanowiłam nie naciskać. Merida jest tą osobą, która i tak powie wszystko, co będzie ją gryzło.
Gdy zadzwonił dzwonek stałyśmy już pod klasą.
Rudowłosa wmaszerowała pierwsza, a ja chciałam pójść w jej ślady, ale ktoś mnie zatrzymał.
- Musimy porozmawiać. - Astrid zabrała rękę z mojego ramienia i oddaliła się nieco.
- Mamy lekcję.
- No i co? - Skrzyżowała ręce na piersiach i wpatrywała się we mnie.
- I chcę na niej być. - Blondynka przewróciła oczami, podeszła do mnie i pociągnęła mnie za sobą.
- Musimy porozmawiać. - Powtórzyła jeszcze raz, jakby to miało tłumaczyć wszystko.
Nie chciałam z nią iść, nie chciałam ponosić konsekwencji za to, że nie będzie mnie na lekcji, ale równocześnie byłam bardzo ciekawa, o czym musimy porozmawiać.
Dziewczyna weszła do toalety, puściła moją rękę i poszła otworzyć okno.
Wyjęła z torby paczkę papierosów, usadowiła się na parapecie i odpaliła jednego.
- Chcesz? - Wyciągnęła w moją stronę pudełko ze szlugami.
- Nie. - Oparłam się o framugę drzwi. - A więc o czym musimy porozmawiać?
Astrid wypuściła kłębek dymu i spojrzała na mnie.
- Wiesz dobrze o czym.
- Nie wiem. Oświeć mnie. - Zaczynała mi działać na nerwy. - Jeśli chciałaś mnie poinformować o tym, ze wychodzisz za Czkawkę to gratulację, ale nie będę twoją druhną.
- Zamknij się! - Wyrzuciła niedopałek przez okno i przyskoczyła do mnie. - Jeszcze raz coś takiego powiesz, a zrobię ci takie piekło, że będziesz prosiła, żeby znów nauczali cię w domu! - Jej oczy skrzyły się niebezpiecznie.
- Ale co ja poradzę, że to widać? - Miałam ochotę walnąć ją w twarz.
- Widać? - Astrid zamrugała kilka razy. - Co widać? - Jej wyraz twarzy nieco się zmienił. Wyglądała na wystraszoną.
- Naprawdę? Serio? Chcesz mi powiedzieć, że wcale nie zakochałaś się w Czkawce i chcesz mi wmówić, że on nic do ciebie nie czuje? Jeśli chciałaś porozmawiać o balu, to spoko, możesz z nim iść. Mi to nie przeszkadza i tak poszlibyśmy jako przyjaciele. - Chyba o to jej chodziło, nie?
- Nie! Stój! Nie, nie, nie, to nie tak. - Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. - Posłuchaj mnie. Musisz z nim iść na ten cholerny bal, okej? Musisz. I zrobisz to.
Teraz już kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Byłam totalnie wyrwana z kontekstu.
- Ale... ja myślałam, że właśnie o tym chciałaś pogadać.
- Nie! Nie ważne. Masz iść z nim na ten pieprzony bal, okej?
Przytaknęłam.
- Dobra. Tyle. - Blondynka odsunęła się ode mnie i wyszła z toalety.
CO TO MIAŁO BYĆ?
_______________________________________________________________________
__Kristoff______________________________________________________________
__________________________________________________________________________
Odstawiłem garnek na palnik, wytarłem ręce i ruszyłem do drzwi. Kogo znowu niesie? Ostatnio miałem nieodparte wrażenie, że nasze mieszkanie stało się czymś w rodzaju całodobowego hotelu, który świadczył usługi wyżywienia.
Gdy jednak otworzyłem drzwi, mój humor niezwykle się poprawił.
- Cześć. Mogę wejść? - Anka przestępowała z nogi na nogę.
Była ubrana w zimową, niebieską kurtkę, a na głowie miała puchatą czapkę. Na jej grzywce osiadło kilka śnieżynek, które pod wpływem ciepła stopniowo się roztapiały.
- Tak, pewnie. - Uchyliłem szerzej drzwi i wpuściłem ją do środka.
Dziewczyna była podenerwowana i wyglądała na zestresowaną.
- Jest Elsa?
- Tak, u siebie.
Dziewczyna pomaszerowała w stronę pokoju siostry.
Gdy zniknęła za drzwiami postanowiłem wrócić do przygotowywania obiadu.
Po kilku minutach do kuchni wpadła zdenerwowana Elsa.
- Jeszcze raz, powiedz mi CO ZROBIŁAŚ?
- Powiedziałam mojemu nauczycielowi od wosu, że jesteś wolna i chętnie się z nim umówisz. Wpadnie do ciebie w piątek wieczorem.
- Czy ty to słyszysz? - Elsa wyrzuciła ręce w górę i spojrzała na mnie.
Uśmiechnąłem się do Anki.
- Uważam, że to świetny pomysł, a najlepiej jakbyś zasugerowała mu, że masz ochotę na pizzę.
Dziewczyna wyglądała, jakby zobaczyła ducha.
- Czy wyście powariowali?! To jakaś zmowa? Uknuliście to już wcześniej? - Patrzyła to na mnie, to na Ankę.
- Tak. - Wyszczerzyłem się.
- Nie! - Rudowłosa zaprotestowała, kręcąc głową. - Ale uważam, że to dobry pomysł, może Jack by się opamiętał.
Elsa umilkła.
- To co? Randka w piątek? - Wróciłem do mieszania spaghetti.
- Wiecie co? Chyba macie rację. Radka w piątek. - Blondynka uśmiechnęła się, przyciągnęła nas do siebie i przytuliła.
- Musisz wychodzić. Masz wykład za czterdzieści minut. - Szepnąłem jej do ucha.
- Wiem, idę. - Wyswobodziła nas z uścisku, ucałowała siostrę w nos i wybiegła.
Po chwili usłyszeliśmy trzaśnięcie zamykanych przez nią drzwi.
- Wracasz do domu? - Spojrzałem na Ankę.
- Nie wiem. A co? - Jej duże, niebieskie oczy wpatrywały się we mnie.
- Bo... właśnie kończę robić spaghetti. Zjesz ze mną?
Dziewczyna przytaknęła.
Odwróciłem się do kuchenki i jeszcze raz przemieszałem sos. Makaron potrzebował jeszcze kilku minut.
Anna stanęła obok, opierając się plecami o blat.
- Czy... czy znasz może Astrid?
Jej pytanie lekko mnie zaskoczyło.
- Może... - Odparłem wymijająco. - A co?
- Nic. Działa mi na nerwy.
- Wiem, że jest suką, ale...
- Nie! Właśnie ona nie jest suką. Jest chyba trochę zagubiona... Zresztą sama już nie wiem, co mam o niej myśleć. Na początku wydawała mi się wredna i taka władcza... No wiesz, taka szkolna królowa, twarda babka, a teraz coraz bardziej mam wrażenie, że się w tym wszystkim gubi.
Nie wiedziałem, co miałem jej odpowiedzieć.
Znałem Astrid tylko z opowiadań Julka, kiedyś miał z nią pewny incydent, ale to za mało, żebym mógł stwierdzić jaka jest naprawdę.
Według pogłosek była wrednym, rozpieszczonym, lekko puszczalskim dzieciakiem, ale to tylko pogłoski.
- Czemu o nią pytasz?
Dziewczyna westchnęła ciężko.
- Bo... bo właściwie... tak jakoś.
- Serio?
- Co?
- Powiedz prawdę.
- Ale ciebie to nie będzie obchodziło.
- Skąd wiesz?
Anka westchnęła cicho.
- Nie. Nic nie było, okej? Ja zawsze dużo gadam i często to co mówię nie ma najmniejszego sensu, ani znaczenia dla drugiej osoby. Nic nie mówiłam, okej?
- Jak chcesz. Proszę, twoja porcja. - Podałem jej talerz z makaronem, a sam ruszyłem do stołu.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Smacznego.
- Smacznego. - Uśmiechnęła się w moją stronę i zaczęła jeść.
Po kilku minutach naszego talerze były już psute.
- Nie wiedziałam, że jesteś tak dobrym kucharzem. - Anka bawiła się widelcem.
- Trzeba było się nauczyć gotować... A poza tym makaron to nie mistrzostwo świata. - Zabrałem naczynia i wrzuciłem je do zlewu.
Obróciłem się, a Ania stała tuż za mną.
- Czemu się uśmiechasz? - Skrzyżowałem ramiona i oparłem się o blat.
- Tak jakoś... Mogę cię o coś jeszcze zapytać?
- Pewnie.
- Czy... czy według ciebie dwie osoby, które kompletnie do siebie nie pasuję, mają szansę stworzyć porządny związek?
Zapadła cisza. Czułem, jak moje serce przyspiesza, a ręce stają się ciepłe. Dziewczyna stanęła obok mnie w podobnej pozycji, bardzo blisko mnie.
Przełknąłem ślinę.
- Zależy... czy będą się starać i czy będą chcieć. Dla chcącego nic trudnego, co nie? - Spojrzałem na nią.
Głowę miała pochyloną, włosy spięte w niedbałego koka. Jej skrzyżowane ręce idealnie podkreślały jej piersi, a spodnie były idealne do jej figury. Zwykłe dżinsy, a wyglądała w nich naprawdę powalająco.
Chciałem ją przytulić, wziąć i zamknąć w swoich ramionach, ale nie wiedziałem czy mogę. Odtrąciłaby mnie?
- Czemu na początku naszej znajomości się kłóciliśmy? - Zwróciła na mnie swoje niebieskie tęczówki.
- Nie mam zielonego pojęcia. - Uśmiechnąłem się szczerze.
Dziewczyna też się uśmiechnęła.
- Muszę już iść. - Odepchnęła się od blatu i ruszyła w stronę wyjścia, a ja podreptałem za nią.
Rudowłosa założyła kurtkę i obwiązała się szalikiem, na głowę wcisnęła ciepłą, wełnianą czapkę.
- Idę. - Wyszczerzyła się i nacisnęła na klamkę.
- Poczekaj odprowadzę cię. - Opamiętałem się, złapałem kurtkę, zamknąłem drzwi i wyszedłem za nią na korytarz.
Było już ciemno. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod stopami, kiedy szliśmy chodnikiem. W powietrzu czuć było zbliżające się święta.
Szliśmy ramię w ramię, blisko siebie, bez słów.
Delikatnie szturchnąłem ją pod żebrami, a ona mi oddała. Przepychaliśmy się jeszcze przez kilka minut. Śmiała się, ja też się śmiałem.
- Anka... - Zatrzymałem się, zmuszając ją do tego samego.
- Hym? - Miałe zaczerwienione policzki i nos.
- Mogę zapytać... kogo miałaś na myśli?
- Gdy pytałam o związek? - Skinąłem głową.
- Astrid i Czkawkę. - Odparła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
W tym momencie we mnie coś pękło.
________________________________________________________________________
__Anna_________________________________________________________________
___________________________________________________________________________
- Muszę iść. - Jego głos stał się nagle ostrzejszy.
- Kristoff? Wszystko w porządku? - Chciałam, żeby na mnie spojrzał, ale on już nie patrzył w moją stronę.
- Idę. Cześć. - Obrócił się i ruszył w drogę powrotną.
Patrzyłam za nim, aż nie zniknął mi z pola widzenia. Ani razu się nie obejrzał.
Zdenerwowana kopnęłam jakiś kamień. Co ja znowu zrobiłam? Przecież już było dobrze.
Schowałam ręce do kieszeni i również zaczęłam iść.
Co znowu zrąbałam?
Dlaczego on poszedł?
O co tym razem chodziło?
Nagle poczułam wibrację w okolicy uda. Wyjęłam telefon z kieszeni spodni i spojrzałam na wyświetlacz.
JEDNA NOWA WIADOMOŚĆ SMS
Odblokowałam telefon i otworzyłam sms'a.
Czytając, poczułam, jak robi mi się ciepło. Znieruchomiałam, gdy zobaczyłam ostatnie słowo.
JAK ZWYKLE MNIE NIE SŁUCHASZ. PUSZCZALSKA DZIWKA. NAJPIERW JEDEN, POTEM DRUGI. CZKAWKA MA ZOSTAĆ DLA MNIE, ZROZUMIAŁAŚ? A DO KRISTOFFA LEPIEJ NIE PODCHODŹ, TO PSYCHOPATA.
Zdenerwowana rozejrzałam się wokół siebie. Ulica była pusta. Tylko kilka samochodów stało na chodniku, ani jednej żywej duszy.
Zaczęłam biec. Ciężka, puchowa kurtka wcale mi tego nie ułatwiała. Dobiegłam do skrzyżowania i zatrzymałam się. Pochyliłam się do przodu dysząc ciężko.
PSYCHOPATA.
PSYCHOPATA.
PSYCHOPATA.
Nagle poczułam silne pociągnięcie. Ktoś złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie. Szarpnęłam się. Chciałam krzyczeć, ale kawałek materiału już był przy moim nosie.
- Zostaw... zostaw mnie. - Widziałam mroczki przed oczami. Biłam przeciwnika, ale on pozostawał niewzruszony na moje ciosy. Jego ręce przez cały czas trzymały mnie w żelaznym uścisku.
- Zostaw... - Obraz przed moimi oczami stał się całkowicie czarny.
niedziela, 13 września 2015
Rozdział 16 "- Mogę poprosić o więcej tego pięknego grymasu?"
O MÓJ BOŻE. KOCHAM CIE ZA TEN ROZDZIAŁ! UWIELBIAM ICH RAZEM!!! < ------- Pierwszy komentarz :)
Mój informatyk ma dostęp do rozdziałów, zanim pojawią się one na blogu i czasem wrzuci tu kilka miłych słówek ♥
A teraz przechodzimy do setna sprawy...
Kolejny rozdział oddaje w wasze szanowne rączki, mam nadzieję, że się spodoba.
Ponad to zbliżamy się do 7 tys. odsłon i powiem wam, że bardzo mi miło, że ta opowieść was tak zaintrygowała. Obiecuję, że jeśli zostaniecie, to dowiecie się kilku rzeczy, które zupełnie zmienią życie naszych bohaterów. Oni też jeszcze o tym nie wiedzą, wiem tylko ja i mój mózg :)
Koniec gadania, rozdział zostawiam wam, komentujcie, motywujcie i opieprzajcie za wszystkie błędy, których nie znalazłam :)
Miłego poniedziałku!
wasza Julu
__Astrid_________________________________________________________________
_________________________________________________________________________
Poderwałam się z łóżka cała mokra. Śnił mi się okropny koszmar... BABCIA! Sięgnęłam po telefon z zamiarem zadzwonienia do kobiety, ale gdy spojrzałam na godzinę, dałam sobie spokój. Zakopałam się z powrotem w kołdrę i leżałam bez ruchu wpatrzona w okno. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, gdzie jestem i u kogo aktualnie mieszkam. Czkawka. Chłopak zagadka. Obiekt moich ukrytych westchnień i pragnień. Westchnęłam cicho i przekręciłam się na drugi bok. Zamknęłam oczy i postanowiłam jeszcze chwilkę się zdrzemnąć.
Po krótkim czasie powstałam jak rażona piorunem i wygramoliłam się z łóżka. Skoro mieszkam u Czkawki, to muszę się liczyć z tym, że to jego dom i on tu ma pierwszeństwo. Chyba że... Chyba że wstanę wcześniej i pierwsza zajmę łazienkę. Tak, to dobry pomysł. Wyjęłam z walizki długie, czarne rurki i lekko ścięty z przodu, bordowy sweterek z kołnierzykiem. Zabrałam również bieliznę i skarpetki oraz kosmetyczkę i ręcznik. Uchyliłam drzwi od pokoju gościnnego i wyjrzałam na korytarz. Cisza. Cichutko i w miarę szybko podbiegłam do drzwi łazienki. Otworzyłam je cicho i zamknęłam również bez zbędnego hałasu. Podeszłam do umywalki, ustawiłam kosmetyczkę na jej brzegu, a ubrania położyłam na krześle stojącym pod ścianą. Spojrzałam w lustro.
- Astrid? - Zza zasłonki wyłoniła się głowa bruneta.
Obróciłam się w jego stronę, czując ciepło w okolicy policzków.
- Co ty tu robisz? - Spytaliśmy się siebie jednocześnie.
- Ja... - Zaczęłam spuszczając głowę.
- Posłuchaj, nie mogłem spać i pomyślałem, że no... ten grafik... po prostu pomyślałem, że nie chciałbym, żeby doszło do takiej sytuacji jak teraz, więc wstałem, żeby wykąpać się przed tobą. - Nagie ramię chłopaka również wystawało z pod prysznica, a na jego skórze błyszczały kropelki wody.
Milczałam. Chciałam uciec z tego pomieszczenia, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Chciałam też powiedzieć, że myślałam dokładnie o tym samym, ale chyba zapomniałam jak się mówi.
Czkawka nadal stał w tym samym miejscu i wpatrywał się we mnie.
- Ej... wszystko w porządku? Powiedz coś. - Uśmiechnął się nieśmiało.
- Ja... pójdę już. Wrócę, jak skończysz. Zostawię ubrania. - Zmusiłam się, żeby oderwać od niego wzrok i pomaszerowałam w stronę drzwi, a potem wprost do pokoju gościnnego. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.
CHOLERA.
Miałam ochotę zapalić, albo skakać pod sufit, albo wrócić tam i...
NIE!
STOP!
ASTRID, PRZESTAŃ!
- Astrid, mogę wejść? - Klamka przy moim prawym ramieniu poruszyła się w dół i w górę.
Spojrzałam na zegarek... 5:48.
- Astrid? Wszystko w porządku? - Znów klamka wykonała energiczny ruch.
- Tak. Jest okej. Zaraz wyjdę. - Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć.
Nie doliczyłam nawet do pięciu, gdy drzwi otworzyły się z impetem, zmuszając mnie do odejścia.
- Posłuchaj mnie. - Czkawka stanął przy nich, blokując mi przejście. - Przestań wreszcie uciekać. Tu nikt cię nie widzi. Nie ma ludzi ze szkoły, nikt cię nie będzie tutaj osądzać. Możesz być sobą Astrid, możesz robić to, na co masz ochotę.
- Chcę zapalić. - Wypaliłam bez zastanowienia.
- Okej. - Rzucił mi paczkę papierosów leżącą na szafce nocnej. - Śmiało.
Wyjęłam papierosa i sięgnęłam po zapalniczkę.
Po chwili stałam w kłębie dymu. Zamknęłam oczy i uspokoiłam się nieco.
Chłopak cierpliwie wyczekał, aż skończę.
Wrzuciłam peta do szklanki i usiadłam na łóżku.
Czkawka też usiadł po turecku na podłodze, cały czas zastawiając wyjście.
- No i jak?
- Co jak?
- Jak będzie z twoim aktorstwem? Zaczniesz być w końcu sobą?
- Dlaczego miałabym się odkryć akurat przed tobą? Nie robiłam tego przed nikim, a uwierz mi było wiele odpowiedniejszych osób od ciebie. - Poprawiłam grzywkę opadającą mi na czoło.
- Nie wydaje mi się.
- Myślisz, że jesteś odpowiedni? Myślisz, że... mogłabym ci opowiedzieć o moim prawdziwym życiu, a nie tym, które gram i aranżuję? Dlaczego jesteś taki pewny siebie? - Wbiłam w jego twarz swoje spojrzenie.
W jego zielonych oczach dostrzegłam błysk.
- Widzisz... - Sięgnął ręką w stronę swojego karku i westchnął ciężko. - Myślę... Może to głupie, ale myślę, że ja już znam prawdziwą ciebie. Tamtego dnia, gdy wieszałaś pranie...- Spojrzał na mnie i jego twarz złagodniała. - Tamtego dnia dostrzegłem po raz pierwszy prawdziwą Astrid. Byłaś sobą. Szłaś na bosaka w zwykłej białej koszuli, bez makijażu i ułożonych włosów.
Znów poczułam, że się czerwienię.
- Teraz jesteś nawet do siebie podobna, tylko wtedy byłaś szczęśliwa, a teraz nadal się boisz. - Zatrzymał wzrok na mojej twarzy.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Chyba mnie przejrzał, ale czy ja tego chciałam? Czy chciałam się przyznać do prawdy i pokazać mu prawdziwą mnie? Czy byłam na to gotowa?
- A od kiedy ty jesteś taki odważny, co? - Postanowiłam zmienić temat. - W szkole, wśród innych też jesteś zupełnie różny, od tego Czkawki, który siedzi przede mną. Jesteś nieśmiały, a teraz?
- Zmieniam się przy tobie.
- Tylko dlaczego? - Naprawdę nic nie rozumiałam.
- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może chcę ci pokazać, że to wcale nie jest trudne? Może chcę zdobyć twoje zaufanie? - Wyprostował nogi, które były tak długie, że prawie dotknęły bocznej deski łóżka.
Spojrzałam na jego stopy, były takie ogromne. Dziesięć paluchów w wielkości małego batonika. Uśmiechnęłam się.
- Co cię tak rozbawiło? - Uniósł jedną brew.
- Nic. - Wykrzywiłam usta.
- No powiedz. Gdzie ta odważna i arogancka Astrid? - Podwinął kolana pod klatkę piersiową.
- Nie wiem, chyba na razie wyszła.
- To dobrze. Mogę poprosić o więcej tego pięknego grymasu? - Jego oczy śmiały się do mnie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie? - Chłopak podniósł się pomału i zaczął stawiać kroki, kierując się do mnie. - Dlaczego nie? - Był już bardzo blisko, a ja nadal siedziałam na łóżku i nic nie mówiłam.
- W takim razie, skoro nie mogę go dostać dobrowolnie...- Przysiadł się do mnie. - To wezmę go sobie sam. - Zaczął łaskotać mnie w bok.
Zdziwiona zaczęłam się śmiać. Najpierw był to stłumiony chichot, który wraz z przemieszczaniem się palców chłopaka zmienił się w głośny śmiech.
Tarzałam się po łóżku jak opętana. Nie mogłam nabrać tchu, a Czkawka cały czas śmiał się razem ze mną.
- Czkawka... dość... proszę, przestań. - Próbowałam zrzucić jego dłonie, lecz bezskutecznie.
- Niestety, to jest za piękny widok, żeby przestać.
- Czkawka! - Wrzasnęłam między kolejnymi wybuchami śmiechu. - Proszę... - Chłopak oderwał ode mnie swoje dłonie i ułożył się obok mnie.
Leżałam na brzuchu, chcąc złapać oddech. Dyszałam ciężko, a brunet uśmiechał się od ucha do ucha. Przekręciłam się na plecy, przez to znalazłam się bardzo blisko niego.
- Nigdy, powtarzam NIGDY więcej tak nie rób. - Szturchnęłam go łokciem w bok.
- To mnie do tego nie zmuszaj. - Oddał mi kuksańca w żebro.
Westchnęłam ciężko.
Leżeliśmy jeszcze chwilę wpatrzeni w biały sufit.
Nagle chłopak wstał, obrócił się do mnie i wyciągnął ręce w moją stronę. Chwyciłam jego dłonie i z jego pomocą oderwałam się od miękkiej pościeli.
Ustawiłam się dokładnie naprzeciwko niego w małej odległości.
- Możesz już puścić moje dłonie... - Spuściłam wzrok, jednak czułam, że on cały czas na mnie patrzy.
- Wiem. - Nie puścił ich.
- Astrid? - Zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.
- Wszystko jest w porządku. I pamiętaj, że możesz mi zaufać. - Jego usta były wąskie i blade, lekko spękane, za to układały się przepięknie, gdy wymawiał słowa. - Okej? - Uścisnął lekko moje dłonie, ściągając mnie tym samym na ziemię.
- Okej. - Wychrypiałam.
Brunet wyswobodził swoją dłoń, powodując, że moja lewa ręka zwisała wzdłuż boku. Przybliżył swoje palce do mojego policzka i odgarnął kosmyk, który plątał mi się przed oczami.
Jego dotyk był delikatny i subtelny.
Mrugnęłam kilka razy, przywołując siebie w myślach do porządku.
- Idę się myć. - Wyrwałam ręce z jego uścisku i jak oparzona pomknęłam do łazienki. W korytarzu minęłam się z panią Haddock.
- Dzień dobry Astrid, dobrze się spało?
- Tak. - Zdążyłam odpowiedzieć, zanim zatrzasnęłam drzwi łazienki i zamknęłam je na klucz.
Podeszłam do okna i wyjęłam włosy zza ucha. Powtórzyłam ruch Czkawki. Nie był już taki przyjemny. Spojrzałam na siebie w lustrze. Wyglądałam na szczęśliwą i chyba byłam szczęśliwa.
Zdjęłam z siebie piżamę i weszłam pod prysznic. Ciepła woda również nie była tak delikatna jak Czkawka.
Nic nie było takie delikatne jak on. Nic się z nim nie równało. Jego dotyk był jedyny w swoim rodzaju i najgorsze jest to, że już go pokochałam.
Mój informatyk ma dostęp do rozdziałów, zanim pojawią się one na blogu i czasem wrzuci tu kilka miłych słówek ♥
A teraz przechodzimy do setna sprawy...
Kolejny rozdział oddaje w wasze szanowne rączki, mam nadzieję, że się spodoba.
Ponad to zbliżamy się do 7 tys. odsłon i powiem wam, że bardzo mi miło, że ta opowieść was tak zaintrygowała. Obiecuję, że jeśli zostaniecie, to dowiecie się kilku rzeczy, które zupełnie zmienią życie naszych bohaterów. Oni też jeszcze o tym nie wiedzą, wiem tylko ja i mój mózg :)
Koniec gadania, rozdział zostawiam wam, komentujcie, motywujcie i opieprzajcie za wszystkie błędy, których nie znalazłam :)
Miłego poniedziałku!
wasza Julu
__Astrid_________________________________________________________________
_________________________________________________________________________
Poderwałam się z łóżka cała mokra. Śnił mi się okropny koszmar... BABCIA! Sięgnęłam po telefon z zamiarem zadzwonienia do kobiety, ale gdy spojrzałam na godzinę, dałam sobie spokój. Zakopałam się z powrotem w kołdrę i leżałam bez ruchu wpatrzona w okno. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, gdzie jestem i u kogo aktualnie mieszkam. Czkawka. Chłopak zagadka. Obiekt moich ukrytych westchnień i pragnień. Westchnęłam cicho i przekręciłam się na drugi bok. Zamknęłam oczy i postanowiłam jeszcze chwilkę się zdrzemnąć.
Po krótkim czasie powstałam jak rażona piorunem i wygramoliłam się z łóżka. Skoro mieszkam u Czkawki, to muszę się liczyć z tym, że to jego dom i on tu ma pierwszeństwo. Chyba że... Chyba że wstanę wcześniej i pierwsza zajmę łazienkę. Tak, to dobry pomysł. Wyjęłam z walizki długie, czarne rurki i lekko ścięty z przodu, bordowy sweterek z kołnierzykiem. Zabrałam również bieliznę i skarpetki oraz kosmetyczkę i ręcznik. Uchyliłam drzwi od pokoju gościnnego i wyjrzałam na korytarz. Cisza. Cichutko i w miarę szybko podbiegłam do drzwi łazienki. Otworzyłam je cicho i zamknęłam również bez zbędnego hałasu. Podeszłam do umywalki, ustawiłam kosmetyczkę na jej brzegu, a ubrania położyłam na krześle stojącym pod ścianą. Spojrzałam w lustro.
- Astrid? - Zza zasłonki wyłoniła się głowa bruneta.
Obróciłam się w jego stronę, czując ciepło w okolicy policzków.
- Co ty tu robisz? - Spytaliśmy się siebie jednocześnie.
- Ja... - Zaczęłam spuszczając głowę.
- Posłuchaj, nie mogłem spać i pomyślałem, że no... ten grafik... po prostu pomyślałem, że nie chciałbym, żeby doszło do takiej sytuacji jak teraz, więc wstałem, żeby wykąpać się przed tobą. - Nagie ramię chłopaka również wystawało z pod prysznica, a na jego skórze błyszczały kropelki wody.
Milczałam. Chciałam uciec z tego pomieszczenia, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Chciałam też powiedzieć, że myślałam dokładnie o tym samym, ale chyba zapomniałam jak się mówi.
Czkawka nadal stał w tym samym miejscu i wpatrywał się we mnie.
- Ej... wszystko w porządku? Powiedz coś. - Uśmiechnął się nieśmiało.
- Ja... pójdę już. Wrócę, jak skończysz. Zostawię ubrania. - Zmusiłam się, żeby oderwać od niego wzrok i pomaszerowałam w stronę drzwi, a potem wprost do pokoju gościnnego. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.
CHOLERA.
Miałam ochotę zapalić, albo skakać pod sufit, albo wrócić tam i...
NIE!
STOP!
ASTRID, PRZESTAŃ!
- Astrid, mogę wejść? - Klamka przy moim prawym ramieniu poruszyła się w dół i w górę.
Spojrzałam na zegarek... 5:48.
- Astrid? Wszystko w porządku? - Znów klamka wykonała energiczny ruch.
- Tak. Jest okej. Zaraz wyjdę. - Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć.
Nie doliczyłam nawet do pięciu, gdy drzwi otworzyły się z impetem, zmuszając mnie do odejścia.
- Posłuchaj mnie. - Czkawka stanął przy nich, blokując mi przejście. - Przestań wreszcie uciekać. Tu nikt cię nie widzi. Nie ma ludzi ze szkoły, nikt cię nie będzie tutaj osądzać. Możesz być sobą Astrid, możesz robić to, na co masz ochotę.
- Chcę zapalić. - Wypaliłam bez zastanowienia.
- Okej. - Rzucił mi paczkę papierosów leżącą na szafce nocnej. - Śmiało.
Wyjęłam papierosa i sięgnęłam po zapalniczkę.
Po chwili stałam w kłębie dymu. Zamknęłam oczy i uspokoiłam się nieco.
Chłopak cierpliwie wyczekał, aż skończę.
Wrzuciłam peta do szklanki i usiadłam na łóżku.
Czkawka też usiadł po turecku na podłodze, cały czas zastawiając wyjście.
- No i jak?
- Co jak?
- Jak będzie z twoim aktorstwem? Zaczniesz być w końcu sobą?
- Dlaczego miałabym się odkryć akurat przed tobą? Nie robiłam tego przed nikim, a uwierz mi było wiele odpowiedniejszych osób od ciebie. - Poprawiłam grzywkę opadającą mi na czoło.
- Nie wydaje mi się.
- Myślisz, że jesteś odpowiedni? Myślisz, że... mogłabym ci opowiedzieć o moim prawdziwym życiu, a nie tym, które gram i aranżuję? Dlaczego jesteś taki pewny siebie? - Wbiłam w jego twarz swoje spojrzenie.
W jego zielonych oczach dostrzegłam błysk.
- Widzisz... - Sięgnął ręką w stronę swojego karku i westchnął ciężko. - Myślę... Może to głupie, ale myślę, że ja już znam prawdziwą ciebie. Tamtego dnia, gdy wieszałaś pranie...- Spojrzał na mnie i jego twarz złagodniała. - Tamtego dnia dostrzegłem po raz pierwszy prawdziwą Astrid. Byłaś sobą. Szłaś na bosaka w zwykłej białej koszuli, bez makijażu i ułożonych włosów.
Znów poczułam, że się czerwienię.
- Teraz jesteś nawet do siebie podobna, tylko wtedy byłaś szczęśliwa, a teraz nadal się boisz. - Zatrzymał wzrok na mojej twarzy.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Chyba mnie przejrzał, ale czy ja tego chciałam? Czy chciałam się przyznać do prawdy i pokazać mu prawdziwą mnie? Czy byłam na to gotowa?
- A od kiedy ty jesteś taki odważny, co? - Postanowiłam zmienić temat. - W szkole, wśród innych też jesteś zupełnie różny, od tego Czkawki, który siedzi przede mną. Jesteś nieśmiały, a teraz?
- Zmieniam się przy tobie.
- Tylko dlaczego? - Naprawdę nic nie rozumiałam.
- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może chcę ci pokazać, że to wcale nie jest trudne? Może chcę zdobyć twoje zaufanie? - Wyprostował nogi, które były tak długie, że prawie dotknęły bocznej deski łóżka.
Spojrzałam na jego stopy, były takie ogromne. Dziesięć paluchów w wielkości małego batonika. Uśmiechnęłam się.
- Co cię tak rozbawiło? - Uniósł jedną brew.
- Nic. - Wykrzywiłam usta.
- No powiedz. Gdzie ta odważna i arogancka Astrid? - Podwinął kolana pod klatkę piersiową.
- Nie wiem, chyba na razie wyszła.
- To dobrze. Mogę poprosić o więcej tego pięknego grymasu? - Jego oczy śmiały się do mnie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie? - Chłopak podniósł się pomału i zaczął stawiać kroki, kierując się do mnie. - Dlaczego nie? - Był już bardzo blisko, a ja nadal siedziałam na łóżku i nic nie mówiłam.
- W takim razie, skoro nie mogę go dostać dobrowolnie...- Przysiadł się do mnie. - To wezmę go sobie sam. - Zaczął łaskotać mnie w bok.
Zdziwiona zaczęłam się śmiać. Najpierw był to stłumiony chichot, który wraz z przemieszczaniem się palców chłopaka zmienił się w głośny śmiech.
Tarzałam się po łóżku jak opętana. Nie mogłam nabrać tchu, a Czkawka cały czas śmiał się razem ze mną.
- Czkawka... dość... proszę, przestań. - Próbowałam zrzucić jego dłonie, lecz bezskutecznie.
- Niestety, to jest za piękny widok, żeby przestać.
- Czkawka! - Wrzasnęłam między kolejnymi wybuchami śmiechu. - Proszę... - Chłopak oderwał ode mnie swoje dłonie i ułożył się obok mnie.
Leżałam na brzuchu, chcąc złapać oddech. Dyszałam ciężko, a brunet uśmiechał się od ucha do ucha. Przekręciłam się na plecy, przez to znalazłam się bardzo blisko niego.
- Nigdy, powtarzam NIGDY więcej tak nie rób. - Szturchnęłam go łokciem w bok.
- To mnie do tego nie zmuszaj. - Oddał mi kuksańca w żebro.
Westchnęłam ciężko.
Leżeliśmy jeszcze chwilę wpatrzeni w biały sufit.
Nagle chłopak wstał, obrócił się do mnie i wyciągnął ręce w moją stronę. Chwyciłam jego dłonie i z jego pomocą oderwałam się od miękkiej pościeli.
Ustawiłam się dokładnie naprzeciwko niego w małej odległości.
- Możesz już puścić moje dłonie... - Spuściłam wzrok, jednak czułam, że on cały czas na mnie patrzy.
- Wiem. - Nie puścił ich.
- Astrid? - Zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.
- Wszystko jest w porządku. I pamiętaj, że możesz mi zaufać. - Jego usta były wąskie i blade, lekko spękane, za to układały się przepięknie, gdy wymawiał słowa. - Okej? - Uścisnął lekko moje dłonie, ściągając mnie tym samym na ziemię.
- Okej. - Wychrypiałam.
Brunet wyswobodził swoją dłoń, powodując, że moja lewa ręka zwisała wzdłuż boku. Przybliżył swoje palce do mojego policzka i odgarnął kosmyk, który plątał mi się przed oczami.
Jego dotyk był delikatny i subtelny.
Mrugnęłam kilka razy, przywołując siebie w myślach do porządku.
- Idę się myć. - Wyrwałam ręce z jego uścisku i jak oparzona pomknęłam do łazienki. W korytarzu minęłam się z panią Haddock.
- Dzień dobry Astrid, dobrze się spało?
- Tak. - Zdążyłam odpowiedzieć, zanim zatrzasnęłam drzwi łazienki i zamknęłam je na klucz.
Podeszłam do okna i wyjęłam włosy zza ucha. Powtórzyłam ruch Czkawki. Nie był już taki przyjemny. Spojrzałam na siebie w lustrze. Wyglądałam na szczęśliwą i chyba byłam szczęśliwa.
Zdjęłam z siebie piżamę i weszłam pod prysznic. Ciepła woda również nie była tak delikatna jak Czkawka.
Nic nie było takie delikatne jak on. Nic się z nim nie równało. Jego dotyk był jedyny w swoim rodzaju i najgorsze jest to, że już go pokochałam.
sobota, 29 sierpnia 2015
Rozdział 15 "- Nie pij mojej kawy, okej?"
Ahoj!
Mam dla was kolejny (już 15!) rozdział. Chciałam was przeprosić, za to, że jest on tak późno. Co prawda zmieściłam się w czasie, ale wiem, że to już koniec miesiąca i w ogóle. No, ale sierpień był bardzo intensywnym miesiącem. Tydzień temu wróciłam z dwutygodniowego obozu i jakoś nie miałam ochoty na pisanie. Dopiero wczoraj się za to zabrałam, ale nie jestem jakoś bardzo zadowolona z efektów. No, ale rozdział jest. Taki sobie, ale jest. Zastanawiałam się też, czy nie postawić sobie poprzeczki nieco wyżej i nie pisać trzech rozdziałów w miesiącu, ale boję się, że nie będę umiała się z tego wywiązać, więc zostajemy przy dwóch. Optymalnie :)
Mam nadzieję, ze się z tym pogodzicie.
Dziękuję wszystkim za tak miłe i bardzo motywujące komentarze. Dostałam znów nominację, do Liebster Blog Award, ale to już trzecia i nie wiem, czy ją przyjmę. Bardzo serdecznie za nią dziękuję, ale ja jeszcze nie nominowałam 11 blogów z pierwszej nominacji i po prostu coś czuję, że tego jest zaaaa dużo.
Może odpowiem tylko na pytania. Nie wiem, zobaczę.
Okej, dość owijania makaronu na uszy.
Rozdział zostawiam w waszych rękach i życzę wam wspaniałej końcóweczki wakacji! No i miłego rozpoczęcia roku szkolnego. (HAHAHAHAHAHAHA)
Nie serio, niech będzie miły :)
wasza Julu
_Jack_____________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
Mam dla was kolejny (już 15!) rozdział. Chciałam was przeprosić, za to, że jest on tak późno. Co prawda zmieściłam się w czasie, ale wiem, że to już koniec miesiąca i w ogóle. No, ale sierpień był bardzo intensywnym miesiącem. Tydzień temu wróciłam z dwutygodniowego obozu i jakoś nie miałam ochoty na pisanie. Dopiero wczoraj się za to zabrałam, ale nie jestem jakoś bardzo zadowolona z efektów. No, ale rozdział jest. Taki sobie, ale jest. Zastanawiałam się też, czy nie postawić sobie poprzeczki nieco wyżej i nie pisać trzech rozdziałów w miesiącu, ale boję się, że nie będę umiała się z tego wywiązać, więc zostajemy przy dwóch. Optymalnie :)
Mam nadzieję, ze się z tym pogodzicie.
Dziękuję wszystkim za tak miłe i bardzo motywujące komentarze. Dostałam znów nominację, do Liebster Blog Award, ale to już trzecia i nie wiem, czy ją przyjmę. Bardzo serdecznie za nią dziękuję, ale ja jeszcze nie nominowałam 11 blogów z pierwszej nominacji i po prostu coś czuję, że tego jest zaaaa dużo.
Może odpowiem tylko na pytania. Nie wiem, zobaczę.
Okej, dość owijania makaronu na uszy.
Rozdział zostawiam w waszych rękach i życzę wam wspaniałej końcóweczki wakacji! No i miłego rozpoczęcia roku szkolnego. (HAHAHAHAHAHAHA)
Nie serio, niech będzie miły :)
wasza Julu
_Jack_____________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
Wszedłem do mieszkania, mając nadzieję, że wszyscy są zajęci swoimi sprawami i nie przesiadują w domu. Zamknąłem drzwi i zdjąłem kurtkę. Po cichu ruszyłem do swojego pokoju. Nacisnąłem klamkę i…
- Co ty tak wcześniej? - Kristoff właśnie wyszedł z kuchni.
Przewróciłem oczami, zdenerwowany, że nie udało mi się prześlizgnąć niezauważenie do pokoju. Odwróciłem się do blondyna.
- Wujek mnie wypuścił. Nie było za dużego ruchu.
- Ale co ty tu robisz? - Chłopak uniósł brew.
- Mieszkam? - Spojrzałem na niego pytająco.
- Jesteś pewien? Coś mi się nie wydaje. Ostatnio rzadko tu przebywasz, wracasz późno i wychodzisz wcześnie rano. Prawie w ogóle cię nie widujemy. Wiem, że jesteśmy pokłóceni. - Mówiąc ostatnie słowo podniósł obie ręce i zgiął dwa palce: wskazujący i środkowy. - Ale skoro jeszcze nie wyjechałeś, to przynajmniej zachowuj się jak godny współlokator. Będziesz za tym tęsknił, więc korzystaj. - Chłopak usiadł na kanapie i włączył telewizor.
Postanowiłem przysiąść się do niego.
Usiadłem i oparłem łokcie o swoje kolana, a głowa spoczęła na moich dłoniach.
- Czemu mi to wszystko utrudniacie? - Wypowiedziałem te słowa, zanim do końca o nich pomyślałem.
- Co ci utrudniamy? - Kriss dalej gapił się w ekran.
- TO.
- Wyjazd? Oh… wybacz, że po prostu próbujemy ci wybić z głowy twój najgorszy jak dotąd pomysł. Sorry, że jesteśmy twoimi kumplami. - Chłopak nadal wpatrywał się w telewizor.
Westchnąłem i opadłem na oparcie kanapy. Potarłem swoje skronie, po czym ukryłem twarz w dłoniach.
- Czy jeśli… jeśli wyjadę, to będę mógł was odwiedzić? Czy nie wpuścicie mnie do domu? - Zwróciłem głowę w stronę Kristoffa.
Chłopak zgasił telewizor i spojrzał na mnie.
- To już nie będzie twój dom Jack. To będzie nasz dom, ale nie twój. Będziesz tylko gościem. Bliskim, ale jednak gościem. Będę mógł cię wyprosić w każdej chwili.
- Dzięki stary. To pocieszające. - Poderwałem się z kanapy.
- To prawdziwe. - Blondyn złapał mnie za koszulkę, więc musiałem się zatrzymać. - Ale to twój wybór, a my nie możemy podjąć tej decyzji za ciebie. - Puścił materiał i po chwili znów słyszałem dźwięk dochodzący z telewizora.
Ruszyłem do swojego pokoju. Zamknąłem drzwi i opadłem na łóżko. Co ja miałem robić? Pewnie wyglądam i przypominam typową nastolatkę, która ma problem pod tytułem “Co na siebie włożyć?”. Tylko mój problem, powiedzmy sobie szczerze, jest trochę bardziej skomplikowany i ważny. To nie jest coś w stylu: Mam ubrać skórzaną, czy dżinsową kurtkę? To jest o wiele trudniejsze. To jest jak przygotowanie ubrania, w czasie kiedy pogoda zmienia się co pięć minut. Śnieg, słońce, deszcz, grad, mgła, słońce, śnieg, grad, mgła, deszcz… To właśnie to.
- Wróciłam! - Na dźwięk jej głosu mimowolnie się uśmiechnąłem.
Była jeszcze ona. Niepewna możliwość, która nie dawała mi spokoju. Była jak mała fiolka uderzająco mocnych perfum. Nie potrzebowałem dużo, żeby to wyczuć. Tylko nie wiedziałem, jak się za to zabrać i czy w ogóle się za to zabierać. Bo jeśli to nie wypali, jeśli jednak wyjadę, jeśli to tylko moje podejrzenia, jeśli to tylko kolejna próba chłopaków, żebym został. Sam już nie wiedziałem. Niby byliśmy podobni, ale jednak chyba do siebie nie pasowaliśmy. Gdybyśmy byli dla siebie stworzeni już dawno bylibyśmy parą. A nie jesteśmy, więc to chyba nie to.
- Jack… - Drzwi otworzyły się, a ona weszła do środka. - Kupiłam kawę, moja stoi po lewej stronie w zamrażarce, a twoją przełożyłam na prawą, więc jeśli mógłbyś być tak łaskawy i…
- Czy możesz pukać, zanim wejdziesz do pokoju? - Podparłem się na łokciach, ale nie wstałem z łóżka.
Dziewczyna wywróciła oczami, obróciła się, wyszła, zamknęła drzwi, zapukała i od razu weszła.
- Bądź tak łaskaw i nie pij mojej, dobrze?
- A czy ty możesz pukać, kiedy do mnie wchodzisz?
- Zapukałam.
- Tak, ale nie poczekałaś, aż udzielę ci pozwolenia na wejście. Wiesz, że właśnie do tego to służy?
- Nie pij mojej kawy, okej?
- A ty nie wchodź w moje życie bez pozwolenia! - Wstałem z łóżka i stanąłem naprzeciwko niej.
- Dobrze! - Krzyknęła mi prosto w twarz.
- Dobrze! - Zrobiłem to samo.
- Fantastycznie! - Zadzierając głowę patrzyła mi w oczy.
- Doskonale! - Obróciła się i skierowała się do wyjścia.
- Super! - Krzyknąłem w jej plecy.
- Zajebiście! - Trzasnęły drzwi kuchenne, a potem słychać było tylko dźwięki dobiegające z telewizora.
Zamknąłem drzwi i z powrotem położyłem się na łóżku. Uniosłem rękę za głowę i chwyciłem poduszkę, po czym przycisnąłem ją sobie do twarzy i ryknąłem w nią z całych sił. Potem rzuciłem nią w ścianę. Czemu w ogóle to powiedziałem? “Nie wchodź w moje życie bez pozwolenia.” Serio, Jack? Serio?
Jestem debilem. Idiotą. Frajerem.
Nie…
Po prostu jestem zagubiony… i chyba zakochany.
__________________________________________________________________________________
_Anna_____________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
Właśnie skończyłam odrabiać lekcje. Tata był w garażu i reperował meble tarasowe naszych sąsiadów, a mama była jeszcze w przedszkolu. Nie przywykłam do tego, że rodziców nie było w domu. I że pracowali. Jeszcze kilka miesięcy temu nie mogłam sobie tego wyobrazić. A teraz? Teraz wreszcie jest normalnie. No prawie. Spojrzałam na plan lekcji. Juto wtorek. Wyjęłam odpowiednie zeszyty, po czym wepchałam je do plecaka. Wyszłam z pokoju i zbiegłam do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę i wyjęłam dwa kubki. Podczas oczekiwania, na zagotowanie się wody owijałam kosmyk włosów na palec i spoglądałam w okno, a raczej spoglądałam w świat za oknem. Śnieg nadal padał. Przez cały dzisiejszy dzień. Biała, puchowa pokrywa przykryła już prawie całą zielono-żółtą trawę i gnijące liście.
Przeciągnęłam powoli palcami po całym rudym kosmyku i przypomniałam sobie o sms’ach, które dostałam dzisiaj od jakiejś anonimowej osoby. Wszystkie dotyczyły Czkawki i dobrze wiedziałam, kto je napisał. Jedno się tylko nie zgadzało. Astrid nie było na drugiej lekcji. Pewnie uciekła, ma lepsze rzeczy do robienia, niż siedzenie w szkole, ale… zdążyła zobaczyć, że Czkawka zaprosił mnie na bal? Bo jeśli ona tego nie widziała… To kto pisał te sms’y? Wyjęłam komórkę z kieszeni spodni i jeszcze raz odczytałam wiadomości. Obie były wysłane z tego samego numeru. Z numeru, którego nie miałam w kontaktach. Przeszukałam w głowie listę mojej klasy, ale nie trafiłam na kogoś, kogo mogłabym o to podejrzewać. Oprócz Astrid, oczywiście. Tylko, że jej nie było. Chyba.
Guzik przy czajniku przestał się świecić, co oznaczało, że woda już się zagotowała. Nalałam wrzątku do kubków i wepchnęłam do każdego z nich po ekspresówce. Poczekałam, aż herbata się zaparzy, a potem dodałam soku z cytryny i odrobinę miodu. Wzięłam jeden kubek i ruszyłam do przedpokoju. Uchyliłam drzwi prowadzące do garażu.
- Tato! - Mój głos zagłuszyła szlifierka.
Ojciec stał przy blacie i szlifował krzesło ustawione na dykcie. Miał na sobie zniszczony kombinezon, grube rękawice, robocze buty i gogle ochronne z pomarańczowymi szkłami. Jego kręcone, ciemne włosy opadały na czoło w formie posklejanych od potu kosmyków. Postanowiłam mu nie przerywać. Oparłam się o drzwi i obserwowałam go przy pracy. Starałam się przypomnieć sobie, kiedy tak naprawdę zajął się stolarką. Pamiętam, że gdy miałam sześć lat zrobiliśmy razem karmnik dla ptaków. Przy wbijaniu ostatniego gwoździa, tata stuknął się w palec. Matka była wściekła, że był taki nieostrożny. Pamiętam, że wtedy powiedział, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy zrobił sobie krzywdę młotkiem. Teraz to jest jego ulubione narzędzie.
Jęk szlifierki w końcu ucichł. Tata odłożył maszynkę na bok, oparł dłonie na biodrach i zaczął przyglądać się krzesłu.
- Przyniosłam ci herbaty. - Odwrócił się, a ja ruszyłam w jego stronę.
Wziął kubek, upił łyk i odstawił go na półkę nad naszymi głowami.
- I jak? Jest okej? - Spojrzał na mnie, a potem na mebel, leżący na blacie.
Przekrzywiłam głowę i utkwiłam spojrzenie w drewnianym siedzisku.
- Tak. Wygląda lepiej niż pozostałe. - Wskazałam na komplet tych samych krzeseł opartych o ścianę.
Timanowie stwierdzili, że muszą odnowić swój zestaw tarasowy, a zima to chyba najlepsza pora roku na takie zabiegi.
Przytaknęłam.
- Dziękuję za herbatkę. Mała przerwa dobrze mi zrobi. Jak było w szkole? - Tata oparł się o blat plecami, skrzyżował ręce na piersi i przeniósł wzrok na mnie.
- Dobrze. Pewien chłopak z mojej klasy zaprosił mnie na bal… - Spuściłam wzrok i oglądałam swoje kapcie.
- Jaki bal?
- Mikołajkowy.
- To chyba dobrze? Tak?
Skinęłam głową.
- Ale wiesz, gdyby było coś nie tak… to mi powiesz prawda?
Zaśmiałam się.
- Powiem ci, ale co ty zrobisz? - Spojrzałam w szare oczy ojca.
- Zaproszę delikwenta na małą pogawędkę o tym, jak powinno się traktować moją córkę. - Uśmiechnął się, a ja zachichotałam.
- Dzięki tato. - Wtuliłam się w niego.
- Wiesz, że nie ma za co, skarbie. - Przyciągnął mnie do siebie i pogładził po włosach.
- Kocham cię. - Wypowiedziałam te słowa w jego kombinezon.
- Ja ciebie też, ja ciebie też. - Ucałował mnie w czoło. - A teraz zmykaj, mam jeszcze trochę pracy. Sześć krzeseł i stół to jednak kupa roboty. - Sięgnął po kubek, upił łyk, założył gogle i podniósł z powrotem szlifierkę.
Obróciłam się i ruszyłam do wyjścia. Zamknęłam drzwi, odprowadzona wyciem maszyny. Weszłam do kuchni i wzięłam swoją, przestygniętą już herbatę. Znów spojrzałam w okno i omal nie upuściłam trzymanego kubka. Odstawiłam naczynie na blat i pobiegłam do drzwi wejściowych.
Otworzyłam je i zobaczyłam moją siostrę z wyciągniętą przed siebie pięścią.
- Czytasz mi w myślach? Czy po mojej wyprowadzce zamontowaliście tutaj jakieś kamery i wiecie po prostu kto przychodzi? - Blondynka uśmiechnęła się blado.
- Co ty tu robisz? - Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Są rodzice?
- Tata, w garażu. Mama wraca za jakieś półtorej godziny.
- Tyle czasu mi w zupełności wystarczy. Mogę wejść? - Spojrzała na mnie niepewnie.
- Głupie pytanie. - Uchyliłam szerzej drzwi. - Ale co cię tu sprowadza? - Dziewczyna spuściła wzrok i przetarła ręką oko.
- Możemy iść do twojego pokoju?
- Pewnie. Chcesz coś do picia, jedzenia?
Siostra pokręciła przecząco głową. Wyminęłam ją i poprowadziłam do swojego pokoju. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg mojego królestwa.
- Przepraszam za bałagan. - Podrapałam się po głowie i zabrałam ubrania leżące na łóżku. - Siadaj. - Wskazałam głową na fotel stojący w rogu pokoju przy oknie. Upchnęłam ubrania do szafy i zajęłam miejsce przy Elsie.
- A więc? - Ponagliłam ją.
Blondynka znów spuściła głowę.
- Jack. - Wyszeptała.
- Wyjeżdża?
- Nie.
- Więc o co chodzi? - Teraz już niczego nie rozumiałam.
- Jeszcze nie. - Poprawiła się Elsa. - Właściwie to nie wiem. W ogóle ze sobą nie rozmawiamy. A kiedy już rozmawiamy, to raczej zawsze kończy się to kłótnią. Tak jak przed godziną.
Zamilkła. Wyglądała smutnie. Nie lubiłam, kiedy się smuciła, wtedy i ja nie czułam się dobrze. Cholerna siostrzana więź.
- O co wam poszło? - Dziewczyna podniosła wzrok i wbiła we mnie swoje niebieskie oczy.
- O głupoty, kawę i drzwi. To jeszcze bym zniosła, ale jego komentarz, że mam nie pakować się w jego życie bez pozwolenia po prostu mnie zdołował. Przecież… przecież ja wcale nie włażę w jego życie…
Uśmiechnęłam się.
- No co? - Dziewczyna spojrzała na mnie lekko zdziwiona.
- No wiesz, jakby ci to delikatnie powiedzieć… Oboje wchodzicie w swoje życia bez pozwolenia. Spontanicznie, ale bardzo powoli. Wszyscy to widzą, tylko nie wy i mogę się założyć, że Jack cię kocha i dlatego jest mu tak trudno. Jest rozerwany pomiędzy dwie osoby, które kocha: ciebie i dziadka. To trudny wybór i musisz go zrozumieć. - Chwyciłam jej dłoń i lekko uścisnęłam.
- Nie wierzę, że to mówisz.
- Ale to prawda.
- Nie. Ty… nie mieszkasz z nami i nie widzisz tego. To nie jest nawet zauroczenie, a tym bardziej miłość. Nie. Ja go nie kocham i on mnie też.
- W takim razie powiedz mi, czemu jeszcze nie wjechał?
- Bo…
Czekałam na odpowiedź, ale ona nie nadeszła. Elsa odwróciła głowę w stronę okna.
- A co jest między tobą a Kristoffem? - Odwróciła się gwałtownie w moim kierunku i zaatakowała.
Najlepszą obroną mojej siostry był atak. Zawsze odwracała kota ogonem i prawie zawsze wygrywała używając tej techniki.
- Nic. - Przygryzłam wargę. - A co ma być? - Opanowałam się i spojrzałam na nią.
- Ty mi powiedz. Z tego co wiem, to Kristoff ostatnio zerwał z Biancą i jak na razie żyje w celibacie. Przynajmniej nie ubywa mi płynu do kąpieli. - Zaśmiałyśmy się obie.
Blondynka spojrzała na wyświetlacz telefonu.
- Muszę się zbierać. - Podniosła się z fotela.
- Poczekaj. Porozmawiaj z tatą. - Chwyciłam jej rękę.
- Nie. To nie jest dobry pomysł, Anka. - Spojrzała na mnie czule i zmierzwiła mi włosy. - Na razie wolę rozmawiać z tobą.
- Zawsze wolałaś rozmawiać ze mną. - Wyszczerzyłam się.
- W takim razie nic się nie zmieniło. - Otworzyła drzwi i zbiegła po schodach do przedpokoju.
Ubrała kurtkę i buty, ucałowała mnie w czoło i bez słowa wyszła. Odprowadziłam ją wzrokiem, póki nie odjechała autem za róg ulicy.
- Anka, czy ktoś tu był? - Drzwi do garażu otworzyły się i stanął w nich tata.
- Nie. Czekam na mamę, myślałam, że już idzie. - Zatrzasnęłam drzwi wejściowe i uśmiechnęłam się do taty.
- Dziękuję za herbatę, była pyszna. - Tata uciekł do kuchni, a ja jeszcze raz spojrzałam na ulicę, na której przed chwilą stało autko Elsy.
Czemu ona jest taka uparta?
Tata to tata. Kocha ją i ona dobrze o tym wie, a nadal zachowuje się niezwykle egoistycznie.
__________________________________________________________________________________
_Czkawka_________________________________________________________________________
__________________________________________________________________________________
- Wróciłem! - Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
Zdjąłem buty, a kurtka znalazła się na wieszaku.
Spojrzałem przed siebie. Drzwi do kuchni były uchylone, a w pomieszczeniu paliło się światło. Skierowałem swoje kroki w tamtą stronę.
- Cześć mamo.
Brunetka stała przy piecu i mieszała coś w garnku.
- O... Cześć synku. - Podeszła do mnie i pogłaskała mnie po głowie. - Jak w szkole?
- Tak, jak zawsze. Nic ciekawego. - Stwierdziłem, że nie powiem mamie kogo zaprosiłem na bal. W końcu mamy jeszcze trochę czasu.
- Muszę ci coś powiedzieć...
To nie zaczynało się dobrze.
- Widzisz, dzisiaj rano... - Monolog mojej mamy został przerwany przez dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Poczekaj chwilkę. - Kobieta wyszła z kuchni, żeby odebrać telefon znajdujący się w salonie.
Po jej wyjściu usiadłem przy stole i postanowiłem skosztować ciastek, które leżały na talerzu. Zjadłem chyba cztery słodkości, a mama jeszcze nie wróciła, więc postanowiłem odnieść plecak do mojego pokoju. Wspiąłem się po schodach, a na ich szczycie czekało na mnie moje zwierzątko.
- Cześć Mordko. - Pogłaskałem kota za uchem, a on zamruczał cicho.
Wszedłem do pokoju i zapaliłem światło. Na dworze było już ciemno, jak to zwykle pod koniec listopada. Wrzuciłem plecak pod biurko i usiadłem na krześle. Zaznaczyłem w kalendarzu dzień balu, wstałem i z zamiarem zejścia do kuchni wyszedłem z mojej sypialni.
Na korytarzy zatrzymałem się jednak sparaliżowany. Przede mną stała Astrid. Dziewczyna miała na sobie długie spodnie od piżamy w serduszka i różową bluzkę do kompletu. Jej włosy były mokre, a na twarzy nie dostrzegłem makijażu.
- I na co się tak gapisz? - Teraz przynajmniej miałem pewność, że to Astrid. Może nie mieć makijażu, idealnie ułożonych włosów i super ciuchów, ale jej szorstkość nie zmywa się tak łatwo pod wpływem prysznica.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj... - Wydukałem.
- No widzisz, jednak jestem. - Blondynka wycierała włosy ręcznikiem.
- A możesz mi wyjaśnić... Co tu właściwie robisz? - Nadal nie mogłem zrozumieć, po jakiego czorta ona tutaj stoi. W piżamie i mokrych włosach.
Dziewczyna westchnęła ciężko.
- Będziemy musieli wytrwać ze sobą cztery dni. To nie był mój pomysł, ale innej możliwości nie miałam. Nie bój się, nie będę ci przeszkadzać. Możemy nawet rozpisać godziny, kiedy kto będzie używał łazienki czy kuchni, żebyśmy czasem na siebie nie natrafili. - Myślałem, że to żart, ale po jej wyrazie twarzy uświadomiłem sobie, że ona rzeczywiście chce stworzyć ten grafik.
- To chyba nie będzie konieczne...
- Będzie. A teraz wybacz. - Wyminęła mnie i zniknęła za drzwiami do pokoju gościnnego.
Natomiast ja nadal stałem w korytarzu i próbowałem ogarnąć całą sytuację.
- Czkawka! - Z burzy jaka toczyła się w mojej głowie wyrwała mnie mama.
- Idę! - Zbiegłem do kuchni.
- Co ona tutaj robi? - Chyba nie wypadło to zbyt miło.
- Czkawka! - Matka patrzyła na mnie z wyrzutem. - Astrid miała dzisiaj ciężki dzień. Jest roztrzęsiona. Jej babcia miała zawał i musiała zostać w szpitalu. Poprosiła mnie, żebym zaopiekowała się Astrid przez cztery dni.
- Mamo... ona nie wygląda na taką, która potrzebuje opieki.
- Jej babcia mnie o to prosiła i jako dobra sąsiadka chcę spełnić jej prośbę. Poza tym, postaw się na jej miejscu. Jak ty byś się czuł?
Przewróciłem oczami. Nie czuł bym się dobrze. Wiadomo, przecież.
- Poza tym nie rozumiem o co ci chodzi , synku? Astrid to bardzo miła dziewczyna.
Przycisnąłem dłoń do czoła. Naprawdę mamo? Naprawdę?
- Ile ona tu będzie?
- Cztery dni, więc przez te cztery dni masz być nad wyraz miły i uprzejmy, żebym nie musiała ci zwracać uwagi. Rozumiemy się? - Valka patrzyła na mnie nieco groźnie.
- Tak mamo. Mogę już iść?
- Oczywiście. - Kobieta wróciła do gotowania, a ja pobiegłem do pokoju.
Zamknąłem drzwi na klucz i opadłem na łóżko. Zaraz obok mnie pojawił się Szczerbatek.
- I co my zrobimy, Mordko?
- Miau.
- Wiem, nie mamy przecież innego wyjścia. Musimy z nią wytrzymać, aczkolwiek nie czuję się komfortowo, wiedząc, że ona śpi za ścianą.
- Miau.
- Ciekawe, gdzie są jej rodzice? Myślisz, że jest sierotą? Coś mi się wydaje, że widziałem ich w ostatnie święta, więc chyba muszą jeszcze żyć, prawda?
- Miau.
- Dobra, muszę się wziąć za lekcje. W końcu matma się sama nie zrobi. - Pogłaskałem kota za uchem i usiadłem przy biurku.
Wyjąłem książki i zabrałem się za matematykę.
Szło mi to dość opornie, gdyż w mojej głowie cały czas widniał obraz dziewczyny w piżamie w serduszka. Wyglądała nawet uroczo, a to ostatnie słowo, jakim bym opisał Astrid. No, ale wyglądała uroczo i nic na to nie poradzę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)