sobota, 18 lipca 2015
Rozdział 12 "Zastanawiam się, czy ja nie jestem od niej zimniejsza."
Hej, hej :)
Jak wakacje?
Mam nadzieję, że wypoczywacie i wszystko z wami w porządku.
Ja wstawiam wam tutaj kolejny rozdział. Mam nadzieję, że nie zrobiłam wiele błędów, ale jeśli jakieś zanjdziecie to bardzo przepraszam. Postaram się to jeszcze sprawdzić dziś wieczorem.
Kolejny rozdział zostawiam do waszej oceny.
Komentujcie, bardzo was o to proszę. To naprawdę pomaga i motywuje!
Trzymajcie się i korzystajcie jeszcze z wolnego!
A wszystkim tym, krórzy nie mają urlopu, życzę wytrwałości i chęci!
wasza Julu
- Ross! Cholera! Która godzina? - Julek szturcha mnie łokciem w lewy bok. Przewracam się na drugą stronę z jękiem niezadowolenia.
- Julek… idź spać. - Czuję jak noga chłopaka oplata się w okół mojej, a jego ręka odszukuje mojej dłoni. Po chwili nasze palce się łączą, a później słyszę szept tuż nad moim uchem. - Ktoś od kilku minut dobija się do drzwi, a ja jestem w samych bokserkach. Do tego są różowe, a ja nie potrafię zlokalizować moich spodni, więc możesz iść otworzyć drzwi? - Całuje mnie tuż nad uchem.
Wzdycham ciężko, ale podrywam się z łóżka. Ja na szczęście mam na sobie długie spodnie w serduszka i białą bluzkę z napisem “ I’m a monster”.
Kieruję się powoli w stronę drzwi od mojego pokoju. Naciskam na klamkę i wychodzę na korytarz. Po chwili jednak wracam i otwieram lekko drzwi. Wpatruję się w najpiękniejszego chłopaka na świecie. Do tego mojego chłopaka. Julek zakopany w kołdrze. Jego brązowe włosy sterczą mu na wszystkie strony, a grzywka wpada do oczu. Spod kołdry wystają jego duże, gołe stopy. Oddycha spokojnie i równomiernie. Mogłabym się wpatrywać w niego jeszcze przez długi czas, ale niestety jakiś natarczywy gość bardzo chce się do mnie dostać. Biegnę do drzwi i po zobaczeniu kto stoi na mojej wycieraczce otwieram drzwi.
- Dzień dobry, co się stało, że zaszczycacie mnie swoją wizytą? - Unoszę brwi i ziewam przy tym lekko.
Elsa uśmiecha się do mnie, a za nią stoi również uśmiechnięty Kriss.
- Możemy wejść? - Moje kuzynka patrzy na mnie dziwnie.
- Tak, oczywiście. - Prowadzę ich do salonu i siadam na kanapie.
Elsa rozbiera kurtkę, a Kriss wynosi ubrania na wieszak, po czym wraca i zajmuje miejsce na małym fotelu obok. Elsa siada przy mnie i nadal bacznie mnie obserwuje.
- Ach tak! Gdzie moje maniery? Herbaty? Kawy? Wody? Co chcecie? - Podrywam się z siedzenia i patrzę na nich.
- Kawy. - Odpowiadają jednocześnie, po czym uśmiechają się do siebie.
Wychodzę do kuchni, włączam ekspres i przygotowuję dwie kawy. Przecieram zaspaną twarz dłonią, słuchając przy tym strzępek rozmowy jaka toczy się w salonie. Jack. Wiem, że chodzi o niego, ale jeszcze nie jestem wtajemniczona.
Biorę dwa kubki i niosę je przyjaciołom.
- No więc słucham? Z czym do mnie przychodzicie o tak wczesnej porze, kiedy rodziców nie ma w domu i kiedy mój przystojny chłopak leży prawie nagi w moim łóżku? - Krzyżuję ramiona na piersiach i patrzę, jak blondynka wybucha śmiechem.
- Pół nagi?
- Może….
- Nie chcę w to wnikać. To wasza sprawa.
- No nie jestem taki pewien. Wczoraj Julek zdążył się mnie zapytać czy wygląda dobrze w tych różowych bokserkach. Powiedział, że kupił je z myślą o tobie, ale nie wie czy ci się spodobają.
- Zamknij się! - Kriss obrywa poduszką w głowę, a Julek rzuca się na niego.
Leżąc na nim podnosi głowę i spogląda na mnie.
- Podobają ci się?
Roześmiana przytakuję głową i przygryzam wargę. Kristoff w końcu zrzuca z siebie bruneta, a on siada obok mnie i przyciąga mnie do siebie. Kładę głowę na jego ramieniu i wracam wzrokiem do Elsy.
- Więc? O co chodzi, bo zaczynam umierać z ciekawości. - Jej niebieskie oczy lśnią jakoś smutno.
- Pierwsze i najważniejsze pytanie… Czy był u was Jack? Wiem, że nie, to znaczy widzę, że nie był… przynajmniej tak mi się zdaje, skoro jesteście w tak świetnych humorach…
- Co się stało? - Czuję jak Julek zaniepokojony mocniej napina swoje ciało. - W porządku z nim? - Szybko chwyta mnie za rękę.
- Nie wiem… - Dziewczyna spuszcza głowę, a ja kładę jej rękę na kolanie.
- Wszystko będzie dobrze, ale czy możesz nam wyjaśnić co właściwie się stało? - Pytam spoglądając jej w twarz.
Elsa krzywi się i zerka na Krissa, który skinieniem głowy zachęca ją do mówienia.
Blondynka bierze głęboki wdech i ze świstem wypuszcza powietrze.
- A więc wczoraj, Jack oznajmił mi… że, że postanowił przenieść się na stałe do dziadka. Stwierdził, że decyzja już zapadła i nie mamy na nią wpływu… Pokłóciliśmy się i później on zniknął. Myślałam, że może poszedł do was… Nie wiem nawet gdzie przenocował, jego wujek też jest zaniepokojony i… - Urywa na dźwięk dzwonka..
Zdezorientowana i kompletnie wybita z tropu idę otworzyć drzwi.
Nie obchodzi mnie teraz to, że mam na sobie tylko piżamę, ta informacja kompletnie zamąciła mi w głowie. Po co Jack wraca do dziadka?
Otwieram drzwi i nawet nie zdążę się odezwać, gdy dwie rude istotki pędzą do salonu. Anna siada przy Elsie, a Merida zajmuje miejsce przy młodszej siostrze.
- Wszystko będzie dobrze. - Siostry przytulają się mocno. - Merida wszystko wie. Nie martw się już. - Anna mocniej ściska Elsę.
Rudowłosa koleżanka w lokach na głowie szykuje się do opowieści.
- Nie martw się. Przenocował u mnie. Zjadł nawet śniadanie, a później go wywaliłam dokładnie z takich samych powodów jak ty. Wiem, że teraz jest u Czkawki, ale ja nie zamierzam tam iść. W każdym razie wszystko z nim w porządku. Przynajmniej jeśli chodzi o ciało, bo nad jego głową zastanowiłabym się trochę dłużej. - Merida uśmiecha się serdecznie, a Elsa odpowiada jej tym samym.
- Dobrze, że się nim zajęłaś. W ogóle o tobie nie pomyślałam… To w sumie bardzo głupie.
- Spoko. Powinniśmy go teraz porządnie zbić, żeby w końcu wrócił mu rozum. Ma tutaj wszystko! Przyjaciół, dom, miłość… Nie rozumiem, czemu chce uciekać. - Dziewczyna kręci głową, a jej rude pukle podskakują jak sprężynki.
Zapada między nami cisza. Wszyscy siedzą i zastanawiają się, co dalej. Jak mamy zatrzymać Jacka? Czy mamy go zatrzymywać? Czy… czy on może ma rację?
- Potrzymaj drzwi, a ja wniosę walizki. - Zza drzwi dobiega jakiś hałas.
Spanikowana spoglądam na zegar.
Cholera!
Nie! Nie! Nie!
Rzucam Julkowi przerażone spojrzenie, a on odsuwa się ode mnie i tylko wzrusza ramionami. Wszyscy wpatrują się we mnie chcąc zrozumieć o co chodzi.
- Rodzice. - Szepczę bezgłośnie w chwili kiedy moja mama staje w drzwiach salonu i spogląda na nas zdziwiona.
Jej zdziwienie szybko zmienia się jednak we wściekłość, kiedy zauważa Julka, Elsę i Annę. Myślę, że Kriss i Merida też jej się do końca nie podobają.
- Wróciliśmy, jak się bawiłaś Ross? - Tata wchodzi do pokoju i również zamiera w pół kroku.
Wzdycham ciężko.
- Jak było w Paryżu? - Mój głos drży niemiłosiernie, ale próbuję nie wybuchnąć płaczem. - Wszystko mogę wyjaśnić… - Wstaję i podchodzę do rodziców.
- Jakoś w to wątpię. - Mama krzyżuje ręce na piersi i piorunuje mnie wzrokiem.
- To moja wina! - Julek przystaje obok mnie.
- W to już nie wątpię. Bardzo prawdopodobne, że to przez ciebie. - Matka spogląda na nas wszystkich mrużąc oczy.
- Mamo…
- Nie. Macie wszyscy opuścić ten dom. Nie chcę słyszeć waszych tłumaczeń. A z tobą porozmawiam na osobności. Teraz odpraw swoich przyjaciół. - Mama wychodzi z salonu.
Spoglądam na tatę, ale ten również wychodzi.
Odwracam się do reszty.
- Chyba musicie już iść… Przepraszam.
Merida pierwsza podrywa się z kanapy i w trzech krokach podchodzi do mnie, a potem mocno przytula.
Elsa i Anna przepraszają mnie również bardzo gorąco.
- Przestańcie, dobrze wiecie o co chodzi i dobrze wiecie jaką macie ciotkę… - Przytulam je równie mocno.
Kriss też szybko się żegna i również przeprasza.
Cała ta grupka udaje się do przedpokoju i pomału się ubiera. Odwracam się w stronę Julka.
- Naprawdę cię przepraszam… To się nie miało tak skończyć. - Czuję, jak moje policzki stają się wilgotne.
- Ross, ja nigdzie nie idę. - Staje obok mnie i mocno mnie przytula.
- Julek… To tylko wszystko pogorszy… wolę porozmawiać z nią sama.
- Nie. Zostanę z tobą. Twój tata najwyżej wyniesie mnie siłą, ale inaczej nie wyjdę.
- Julek…
- Nie, Ross. - Chwyta mnie za rękę i idziemy pożegnać przyjaciół.
Wszyscy mają grobowe miny i zapewne winią się o to, że wprowadzili mnie w kłopoty.
- Przepraszam… mogłam was zabrać do siebie… - Elsa jeszcze raz mnie przytula.
- Daj spokój. Będzie okej. - Staram się uwierzyć w moje słowa, ale tak naprawdę boję się konfrontacji z moją matką.
W końcu wszyscy wychodzą. Wszyscy oprócz Julka.
- Mogło być gorzej. - Chłopak jeszcze raz przyciąga mnie do siebie.
- Nie mogło. - Spuszczam głowę.
- Mogłem być w samych bokserkach i to jeszcze różowych.
Parskam śmiechem.
- Masz rację. Mogło. - Odrywam się od niego i idę do kuchni.
Wchodzę do pomieszczenia i opieram się o blat. Mama siedzi przy stole, tata jak zwykle udaje, że go tutaj nie ma i że go to zupełnie nie dotyczy.
- Usiądź. - Kobieta wskazuje na krzesło przy stole.
- Postoję.
Znów piorunuje mnie wzrokiem.
W tej chwili do kuchni wchodzi Julek. Podchodzi do mnie i lekko ściska moją dłoń. Patrzy na mnie, a ja lekko kiwam głową.
- On też miał wyjść.
- Ale nie wyjdzie.
- To nie jest twoja decyzja Roszpunko. - Mama delikatnie miesza łyżeczką w swoim kubku herbaty. Jej opanowanie i chłód doprowadzają mnie do szału.
- Nie. To jest moja decyzja. Julek jest moim gościem i to ja decyduję czy wychodzi, czy nie. I proszę, nie nazywaj mnie Roszpunką!
- Ross… - Tata w końcu odwraca się do nas.
- Nie! Mam tego dość! To niesprawiedliwe! Nie zrobiłam nic złego! Nic! To nie moja wina, że jesteś pokłócona z ciocią Marią! To nie moja wina, że odbiła ci chłopaka! To nie moja wina, że nadal żywisz do niej urazę, chociaż ten facet okazał się zdradziecką świnią i to ciocia Maria i dziewczyny cierpiały, a nie my! Nie wierzę, że jeszcze się o to gniewasz! - Tym razem moje słowa są kierowane do matki.
- Nie krzycz! - Odstawia kubek na stół.
- Będę krzyczeć, bo czuję, że mnie krzywdzisz, że krzywdzisz nas! Jesteś niesprawiedliwa. Jeśli zostałabyś z tym facetem to po pierwsze nie miałabyś mnie, a po drugie byłabyś sama i porzucona przez niego. Nie poznałabyś taty! Czy to dla ciebie coś znaczy? Czy my dla ciebie coś znaczymy? Czy to ci nie wystarcza? Że masz nas? Mam tego dość! Czuję się tak, jakbyś cały czas kochała tego faceta! Z którym nic cię w ogóle nie wiązało! NIC!
- Roszpunka!
- Dla twojej informacji będę spotykać się z Elsą i Anną, bo to jest moja rodzina i bardzo ją kocham. Są dla mnie jak siostry. Też byś mogła kiedyś spróbować pogodzić się z ciocią Marią. Będą tutaj przychodzić, bo to jest również mój dom i chcę w nim gościć ludzi, których w jakimś stopniu kocham czy lubię. Będę się również spotykała z Julkiem, bo na razie nie wyobrażam sobie życia bez niego i niestety będziesz musiała się z tym pogodzić, czy tego chcesz czy nie! - Całuję chłopaka, który przez cały ten czas ściskał moją dłoń.
- Brawo, Ross. - Szepcze mi do ucha.
Odrywamy się od siebie.
- A teraz wyjdę, żebyś mogła to przemyśleć i mam nadzieję, że podejmiesz słuszną decyzję. Jeśli nie, to spokojnie, już za kilka miesięcy mnie tutaj nie będzie i niestety nie będziesz mogła na to nic poradzić. - Chwytam Julka za rękę i opuszczamy kuchnię.
- Roszpunka! Nie skończyłam z tobą rozmawiać! - Idziemy do przedpokoju.
Ubieram buty, czapkę i kurtkę, Julek robi to samo.
- Jeśli stąd wyjdziesz, to możesz już nie wracać. - Matka pojawia się w drzwiach.
- Jesteś tego pewna? Jak będziesz gotowa na rozmowę to możesz zadzwonić. - Otwieram drzwi i ciągnę bruneta za sobą.
Idziemy do jego auta i po chwili siedzimy już w zapalonym wozie.
Ukrywam twarz w dłoniach.
- Przesadziłam? - Spoglądam na jego twarz.
Bez żadnych słów całuje mnie mocno i długo.
- Nie. Powiedziałaś wszystko, tak, jak powinno to być powiedziane. Nawet ja bym tego lepiej nie zrobił. Twoją mamę wbiło w fotel. -Rusza autem spod mojego domu.
_____________________________________________________________________
- Może byś coś zrobił? Ona właśnie z nim odjeżdża. - Wracam do kuchni, gdzie stoi mój mąż.
- Niestety zgadzam się z nią w stu procentach. Szkoda tylko, że nie byłem na tyle odważny, żeby powiedzieć to wcześniej. Jak będziesz gotowa na rozmowę, to zadzwoń do nas. Nie wiedziałem, że Ross jest taka inteligentna. - Mężczyzna wychodzi z kuchni.
Po chwili słyszę trzaśnięcie drzwi.
Siadam na krześle i sięgam po kubek zimnej już herbaty.
Zastanawiam się, czy ja nie jestem od niej zimniejsza.
wtorek, 23 czerwca 2015
Rozdział 11 "- Dzieńdoberek! - Uśmiechnęła się promiennie. - Jak noc?"
Witam,
zostawiam wam kolejny rozdział. Jest w sumie troszkę krótki, ale jest. Może uda mi się coś jeszcze sklecić jutro, albo pojutrze... W sobotę wyjeżdżam już na moje WAKACYJNE SZALEŃSTWO i nie będzie mnie przez dwa tygodnie. Limit (2 rozdziały w ciągu miesiąca) spełniony, więc mam nadzieje, że mnie nie zabijecie. Tak, jak mówię, może sklecę jeszcze coś, ale zobaczę czy mi wyjdzie.
Gdybyśmy się już nie "widzieli" to życzę wam WSPANIAŁYCH, DŁUGICH WAKACJI.
Jak tam świadectwa? Paseczki są? Czy nie?
Pochwalcie się w komentarzach.
Nieskromnie mówiąc, ja mam bardzo dobrą średnią w tym roku. Dość o szkole, czas na rozdział. KOMENTUJCIE I DAWAJCIE ZNAKI ŻYCIA. W KOŃCU TO WSZYSTKO DLA WAS ♥
Julu
Wszedłem do kuchni. Blondynka siedziała przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Dzień dobry... Wszystko w porządku? - Podszedłem do dziewczyny i spróbowałem zaglądnąć w jej twarz. -Elsa... co się stało? - Dziewczyna nadal się nie poruszyła, po chwili wyrwał jej się cichy szloch.
Spanikowany i zdezorientowany chwyciłem ją za ramiona i uniosłem z krzesła. Dziewczyna stała przede mną z pochyloną głową.
- Spójrz na mnie. - Uniosłem delikatnie jej podbródek. - Co się stało? - Spytałem, gdy zobaczyłem w końcu jej niebieskie, załzawione tęczówki wpatrujące się we mnie.
Blondynka nadal stała i nic nie mówiła. Widziałem, jak w jej oczach zbiera się kolejna fala łez. Elsa zaczęła płakać. Najpierw był to tylko stłumiony jęk, któremu towarzyszyły zamknięte powieki i łzy spływające po obu policzkach. Po chwili płacz przerodził się w prawdziwy atak paniki. Dziewczyna zrzuciła kubek ze stołu i już nie kryła się z łzami. Jej szloch był przerażający. Zanim zdołała rozbić kolejne naczynie przycisnąłem ją do swojego ciała. Oparła ręce na mojej klatce piersiowej, ale nie odpychała się, ani nie szarpała się. Oparła głowę o moje ramię i cicho i obficie płakała. Przyciskałem ją mocno do siebie mimowolnie gładząc ją po plecach.
- Już... uspokój się. - Szeptałem wpatrzony w lodówkę stojącą naprzeciwko mnie. Po kilku minutach Elsa oderwała się ode mnie. Otarła łzy i spojrzała na mnie czerwonymi i zapuchniętymi oczami.
- On... - Odezwała się zachrypniętym i łamiącym się głosem. - On się wyprowadza. - Ostatnia sylaba została znów zagłuszona przez atak płaczu.
Blondynka znów się we mnie wtuliła i wyrzuciła z siebie cały potok słów.
- Wraca do dziadka, na stałe. Powiedział, że już nie ma odwrotu i że dziadek strasznie przypomina mu ojca i że tylko tam czuje się jak w domu... A co z nami? Przecież my zastępowaliśmy mu rodzinę, kiedy uciekł od wujka. To my mu pomagaliśmy! My świętowaliśmy jego osiemnaste urodziny! My zapraszaliśmy go na gwiazdkę! To z nami spędzał wigilie! Z nami mieszkał! A teraz... a teraz nas opuszcza... Tak po prostu, łatwą ręką, bez możliwości dyskusji! - Znów zaniosła się płaczem.
Po dziesięciu minutach ciszy (mojego milczenia, a jej szlochania) Elsa znów się ode mnie odczepiła i usiadła przy stole. Jej ciałem rzucały co chwilę lekki wstrząsy, wywołane całym żalem, jaki miała do Jacka.
Usiadłem na krześle obok niej i ścisnąłem jej dłoń leżącą bezwładnie na stole.
- Myślisz, że on nas naprawdę zostawi? - Spytała poważnie spoglądając na mnie.
Wziąłem głęboki oddech.
- Nie. Pojedzie tam... spędzi nam może kilkanaście tygodni, albo kilka miesięcy... może rok? Ale... ale wróci. - Powiedziałem twardo, ukrywając swój załamany głos, żeby nie pogorszyć sytuacji.
Znów nastało milczenie.
- Jak możesz być tak pewny? A co jeśli... - Utknęła nagle i widziałem, że bardzo wiele ją kosztuje wykrztuszenie kolejnych słów. - A co jeśli pozna tam kogoś? Pokocha? Założy rodzinę? Zacznie studia? Co jeśli ułoży sobie życie tam, bez nas? - Po raz pierwszy ścisnęła moją dłoń.
Nie wiem co wtedy będzie. Nie wyobrażam sobie tego.
- Mówił już, kiedy wyjeżdża?
Dziewczyna zwiesiła głowę.
Ponagliłem ją spojrzeniem.
- Nie... to znaczy nie dałam mu dokończyć. Wczorajszy bankiet skończył się bardzo późno, z resztą tak jak próba Julka i praca Jacka. Ross chciała jechać z Julkiem do siebie do domu, bo jej rodzice wyjechali do Paryża w związku z ich rocznicą ślubu, więc mają tam wolną chatę, a ja miałam wrócić z Jackiem do domu.Chłopaki przyjechali po nas i Julek wziął do swojego vana Ross, a do mnie przyszedł Jack. Staliśmy jeszcze chwilę na parkingu i rozmawialiśmy. W sumie to była nasza pierwsza, długa rozmowa od jego powrotu. Taka, gdzie nikt nam nie przerywał i nigdzie się nie spieszyliśmy. No i on napomniał o swoim ponownym wyjeździe na dłużej... a potem dodał, że w sumie na stałe. I niestety nie wytrzymałam. Pokłóciliśmy się i zanim zdążyłam cokolwiek ustalić go już nie było. Nawet nie wiem gdzie poszedł spać... - Westchnęła smutno.
Chciałem jej coś powiedzieć, ale sam do końca nie wiedziałem co mam zrobić z całym tym problemem. Jack wprowadził się do mnie jako drugi. W wieku siedemnastu lat "uciekłem" z domu czytaj "wyprowadziłem się" od mojego popapranego ojca, który zaczął układać rodzinę na nowo. Tak na marginesie nie wiem ile dokładnie mam rodzeństwa... Wracając, wyprowadziłem się z domu, wynająłem mieszkanie za zarobione pieniądze i jakoś dawałem radę. Tak mniej więcej przez trzy miesiące. Do tego był Julek, który namówił mnie do przeprowadzki do jego rodzinnego domu. To on dostarczał nam żarcie od swojej mamy, kiedy lodówka w środku miesiąca zaczynała świecić pustkami, a skarbonka była już całkiem pusta. Teoretycznie Julek nie był moim lokatorem, praktycznie był. Nocował u mnie przez kilka dni, potem wracał do rodziców na jeden, góra dwa dni. Jego rzeczy stopniowo przenosiły się do mnie, ale w papierach nie był moim współlokatorem. Gdy ojciec się w końcu ogarnął, napuścił na mnie policję. W czasie takiego patrolu Julek omal nie wpadł ze swoim "towarem". Bardzo odległe czasy. W każdym razie, ojciec chciał mnie z powrotem ściągnąć do domu, podając jako argument mój wiek. Tak, nie byłem jeszcze pełnoletni. Wtedy pojawiła się Elsa, z którą raczej znał się Julek, który w tym czasie zaczął spotykać się z Roszpunką i to właśnie Elsa podsunęła mi Jacka, który miał już ukończony odpowiedni wiek. Ojciec się odczepił, nie chciał już ciągnąć tej sprawy. Odpuścił. I tak mieszkaliśmy przez jakiś czas w trójkę. Teraz oczywiście częstym gościem jest Ross, no i... Anna, ale to raczej za sprawą wprowadzenia się siostry.
- Śniadanie? - Spytałem w końcu.
- Chyba tak... chociaż raczej nic nie przełknę... Wiesz, gdzie on może być? Dzwoniłam już do jego wujka i wiem, że tam nie przenocował...
Podszedłem do lodówki i wyjąłem składniki, żeby przygotować szybką i pożywną jajecznicę.
- Zjemy śniadanie i się zastanowimy. okej?
- Okej. - Nie wiedziałem, czy mówi tylko o mojej propozycji, czy o swoim samopoczuciu. Miałem nadzieję, że o jednym i drugim.
___________________________________________________________________________________
Usłyszałem ciche stukanie i momentalnie poderwałem się z materaca. Wyprostowałem się i nasłuchiwałem spodziewając się najgorszego. Ktoś zapalił lampę, i później pojawiła się dziewczyna z rudymi lokami. Odetchnąłem z ulgą.
- Dzieńdoberek! - Uśmiechnęła się promiennie. - Jak noc?
- Mmmmm... - Noc, jak noc. Nie spodziewałem się, że będę wyspany po nocy spędzonej w garażu, gdzie za łóżko robił dmuchany materac, a jedynym okryciem był śpiwór. Dobrze, że temperatura powietrza była plusowa.
- Przyniosłam ci śniadanie. Rodzice jeszcze śpią, ale będziesz musiał uciec tak około godziny jedenastej, bo wyjeżdżamy do babci. - Merida miała na sobie czarną koszulkę i leginsy w norweskie wzorki. Na nogach miała różowe kapcie w serduszka.
- Dziękuję. - Uśmiechnąłem się do niej. - Dzięki, że w ogóle zgodziłaś się mnie przenocować...
Dziewczyna machnęła ręką, na znak, żebym przestał i wskazała palcem na talerz tostów leżących przy mnie. Posłusznie, ale i z wielką ulgą zabrałem się za spożywanie śniadania. Dziewczyna tym czasem usiadła obok mnie i popijała wolno pachnącą kawę.
- A więc pokłóciłeś się z Elsą?
Przytaknąłem bez słowa.
- A mogę się dowiedzieć o co wam poszło? Jakieś sprawy miłosne? - Spojrzała na mnie z wielkim zainteresowaniem, którego nie próbowała nawet ukrywać.
- Em... nic ważnego, w sumie... taka błahostka. - Nie mogłem jej powiedzieć, że mam zamiar wyjechać i to na stałe. Wiem, że potraktowałaby mnie dokładnie tak samo jak Elsa... może jeszcze ostrzej.
- Jack! Kręcisz! Przestań się migać i powiedz mi prawdę... Chyba mi się należy, za bycie hotelem dla ciebie...
Przewróciłem oczami.... I co ja miałem jej powiedzieć? Kłamać? Mówić prawdę?
- Meri... ja nie chcę ci tego mówić... to znaczy jeszcze nie teraz. To dla mnie... dla nas wszystkich bardzo ważne i odpowiedzialne posunięcie. Tylko... boję się, że decyzja już dawno się podjęła... - Podrapałem się po karku.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i zaniemówiła. Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem rzuciła się na mnie mocno mnie przytulając i wytrącając mi przy okazji tosta z ręki.
- Jejku... Jack! To wspaniale... Nie mogę w to uwierzyć! Nie wiedziałam... to znaczy coś tam podejrzewałam, ale nie wiedziałem, że to aż tak. - Ucałowała mnie w oba policzki, a ja nie mogłem wydobyć z siebie ani jednego słowa. - Wspaniale, że... no, że będziesz ojcem! Nie martw się dasz sobie radę... a Elsa na pewno cię kocha i wasza kłótnia to tylko przelotna sprzeczka....
Zakrztusiłem się kawałkiem chleba, który przed chwilą połknąłem. Merida klepała mnie po plecach nadal trajkocząc o dziecku...
- Stop! - Krzyknąłem, kiedy w końcu udało mi się zaczerpnąć tchu.
Rudowłosa umilkła i przekrzywiając z zaciekawieniem głowę przyglądała mi się.
- Meri... my nawet nie jesteśmy razem! Nie całowaliśmy się, w ogóle nie robiliśmy ŻADNYCH rzeczy, związanych z miłością... Więc nie wiem z jakiej racji uznałaś, że Elsa... że Elsa jest w ciąży i to w dodatku ze mną! - Na mojej twarzy na pewno malowało się przerażenie.
- Ale, przecież kiedyś... byliście razem?
- Nie... to był jeden pocałunek na jakiejś imprezie... w sumie byliśmy trochę pijani... i uznaliśmy, że to jest relacja czysto przyjacielska... nic więcej. - Potarłem zmęczoną twarz dłonią.
Dziewczyna umilkła... nie na długo oczywiście.
- W takim razie o co się posprzeczaliście? Co może być takie odpowiedzialne i ważne? - Jej duże zielone oczy wpatrywały się we mnie tak, jakby chciały wyciągnąć tą tajemnicę na wierzch.
Nabrałem powietrza.
- Chcę się przeprowadzić na stałe do dziadka. Bardzo przypomina mi ojca i tylko tam czuję się, jakbym był naprawdę w domu... - Umilkłem bojąc się jej reakcji.
Dziewczyna patrzyła na mnie bez słowa.
W końcu się odezwała.
- Popieram Elsę. Idź stąd, a jak zastanowisz się już dokładnie i podejmiesz ten WAŻNY I ODPOWIEDZIALNY wybór to możesz wrócić. - Zabrała talerz, swój kubek i wyszła z garażu.
Super. Czas się zbierać.
___________________________________________________________________________________
Jechałem z Elsą do Roszpunki. Blondynka kierowała bardzo nerwowo i często przejeżdżała na czerwonym świetle, więc postanowiłem ją zmienić.
- Nie chcę im przeszkadzać... Ross ma tak rzadko pusty dom i wolnego Julka...
- I tak nic nie robią. Na pewno oglądają jakiś serial, leżą w łóżku i jedzą popcorn. Ewentualnie Ross szkicuje portret Julka. Kiedyś przez przypadek otworzyłem jej szkicownik, w którym był tylko i wyłącznie Julek. Masakra. Myślałem, że on jest już wystarczająco wkurzający, ale uwierz mi na jej rysunkach był jeszcze bardziej. - Elsa uśmiechnęła się pod nosem. Przynajmniej udało mi się jakoś rozśmieszyć.
Jechaliśmy dalej. Ulice nie były jeszcze zatłoczone. W końcu mamy sobotę. Tłum zrobi się dopiero wieczorem, kiedy imprezowicze ruszą na podbój miasta.
- Cały czas gadamy o mnie i o Jacku... Co wczoraj robiłeś? Miałam w sumie maciupkie wyrzuty sumienia, że na ciebie nawrzeszczałam i że zostałeś sam.
- Nie byłem sam. - Uśmiechnąłem się zbyt szybko.
Dziewczyna spojrzała na mnie.
- Bianca?
Przygryzłem wargę.
- Em... tak... wpadła na chwilkę i... w sumie to zerwaliśmy. - Starałem się patrzeć na drogę, a nie na twarz mojej współlokatorki.
- Co? - Wykrztusiła. - Dlaczego? Kriss, przykro mi. - Położyła dłoń na moim kolanie.
Kiwnąłem głową.
- Nic się nie stało... tak jakoś wyszło. Bianca nie była w moim typie...
Elsa uniosła brew w zdumieniu.
Spojrzałem na nią.
- No co?
- Nie była w twoim typie? Cycasta, w miarę przyzwoita, blondynka ze słodką twarzą... chyba taka jaką lubisz?
No i byłem w pułapce... Przecież nie mogę się wygadać o... z resztą to i tak nie jest nic "na serio". To tylko moje wizje i wyobrażenia...
- Sam już nie wiem. Czegoś mi w niej brakowało... - Odparłem wymijająco.
- I zauważyłeś to dopiero po sześciu miesiącach?
Skinąłem głową.
- Jesteś porypany.
- Tylko odrobinę.
- A zastanawiałeś się kiedyś, jak na te twoje głupkowate zachowania reagują dziewczyny? Jednego dnia pożerasz laskę wzrokiem, a drugiego z nią zrywasz? Ja bym się bała z tobą być. - Parsknęła śmiechem, ale później stała się bardzo poważna.
- Aż tak ze mną źle? Wiesz, w sumie to zawsze Julek miał takie problemy. To zawsze ja kryłem mu tyłek, jak coś narozrabiał po pijaku, najczęściej.
- Em... ty to robisz na trzeźwo... i fakt, nie traktujesz związków jakoś poważnie... Ale kiedyś trzeba będzie zacząć. Jedna laska i koniec.
- Wiem, w sumie już nie mogę się doczekać na taki obrót sprawy. - Mimowolnie przed oczami ukazała mi się rudowłosa osóbka.
W ostatniej chwili wyhamowałem przed stojącym przede mną samochodem.
- I to ja nerwowo prowadzę? - Elsa pokiwała głową , a ja po chwili zaparkowałem auto pod domem Roszpunki.
zostawiam wam kolejny rozdział. Jest w sumie troszkę krótki, ale jest. Może uda mi się coś jeszcze sklecić jutro, albo pojutrze... W sobotę wyjeżdżam już na moje WAKACYJNE SZALEŃSTWO i nie będzie mnie przez dwa tygodnie. Limit (2 rozdziały w ciągu miesiąca) spełniony, więc mam nadzieje, że mnie nie zabijecie. Tak, jak mówię, może sklecę jeszcze coś, ale zobaczę czy mi wyjdzie.
Gdybyśmy się już nie "widzieli" to życzę wam WSPANIAŁYCH, DŁUGICH WAKACJI.
Jak tam świadectwa? Paseczki są? Czy nie?
Pochwalcie się w komentarzach.
Nieskromnie mówiąc, ja mam bardzo dobrą średnią w tym roku. Dość o szkole, czas na rozdział. KOMENTUJCIE I DAWAJCIE ZNAKI ŻYCIA. W KOŃCU TO WSZYSTKO DLA WAS ♥
Julu
Wszedłem do kuchni. Blondynka siedziała przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Dzień dobry... Wszystko w porządku? - Podszedłem do dziewczyny i spróbowałem zaglądnąć w jej twarz. -Elsa... co się stało? - Dziewczyna nadal się nie poruszyła, po chwili wyrwał jej się cichy szloch.
Spanikowany i zdezorientowany chwyciłem ją za ramiona i uniosłem z krzesła. Dziewczyna stała przede mną z pochyloną głową.
- Spójrz na mnie. - Uniosłem delikatnie jej podbródek. - Co się stało? - Spytałem, gdy zobaczyłem w końcu jej niebieskie, załzawione tęczówki wpatrujące się we mnie.
Blondynka nadal stała i nic nie mówiła. Widziałem, jak w jej oczach zbiera się kolejna fala łez. Elsa zaczęła płakać. Najpierw był to tylko stłumiony jęk, któremu towarzyszyły zamknięte powieki i łzy spływające po obu policzkach. Po chwili płacz przerodził się w prawdziwy atak paniki. Dziewczyna zrzuciła kubek ze stołu i już nie kryła się z łzami. Jej szloch był przerażający. Zanim zdołała rozbić kolejne naczynie przycisnąłem ją do swojego ciała. Oparła ręce na mojej klatce piersiowej, ale nie odpychała się, ani nie szarpała się. Oparła głowę o moje ramię i cicho i obficie płakała. Przyciskałem ją mocno do siebie mimowolnie gładząc ją po plecach.
- Już... uspokój się. - Szeptałem wpatrzony w lodówkę stojącą naprzeciwko mnie. Po kilku minutach Elsa oderwała się ode mnie. Otarła łzy i spojrzała na mnie czerwonymi i zapuchniętymi oczami.
- On... - Odezwała się zachrypniętym i łamiącym się głosem. - On się wyprowadza. - Ostatnia sylaba została znów zagłuszona przez atak płaczu.
Blondynka znów się we mnie wtuliła i wyrzuciła z siebie cały potok słów.
- Wraca do dziadka, na stałe. Powiedział, że już nie ma odwrotu i że dziadek strasznie przypomina mu ojca i że tylko tam czuje się jak w domu... A co z nami? Przecież my zastępowaliśmy mu rodzinę, kiedy uciekł od wujka. To my mu pomagaliśmy! My świętowaliśmy jego osiemnaste urodziny! My zapraszaliśmy go na gwiazdkę! To z nami spędzał wigilie! Z nami mieszkał! A teraz... a teraz nas opuszcza... Tak po prostu, łatwą ręką, bez możliwości dyskusji! - Znów zaniosła się płaczem.
Po dziesięciu minutach ciszy (mojego milczenia, a jej szlochania) Elsa znów się ode mnie odczepiła i usiadła przy stole. Jej ciałem rzucały co chwilę lekki wstrząsy, wywołane całym żalem, jaki miała do Jacka.
Usiadłem na krześle obok niej i ścisnąłem jej dłoń leżącą bezwładnie na stole.
- Myślisz, że on nas naprawdę zostawi? - Spytała poważnie spoglądając na mnie.
Wziąłem głęboki oddech.
- Nie. Pojedzie tam... spędzi nam może kilkanaście tygodni, albo kilka miesięcy... może rok? Ale... ale wróci. - Powiedziałem twardo, ukrywając swój załamany głos, żeby nie pogorszyć sytuacji.
Znów nastało milczenie.
- Jak możesz być tak pewny? A co jeśli... - Utknęła nagle i widziałem, że bardzo wiele ją kosztuje wykrztuszenie kolejnych słów. - A co jeśli pozna tam kogoś? Pokocha? Założy rodzinę? Zacznie studia? Co jeśli ułoży sobie życie tam, bez nas? - Po raz pierwszy ścisnęła moją dłoń.
Nie wiem co wtedy będzie. Nie wyobrażam sobie tego.
- Mówił już, kiedy wyjeżdża?
Dziewczyna zwiesiła głowę.
Ponagliłem ją spojrzeniem.
- Nie... to znaczy nie dałam mu dokończyć. Wczorajszy bankiet skończył się bardzo późno, z resztą tak jak próba Julka i praca Jacka. Ross chciała jechać z Julkiem do siebie do domu, bo jej rodzice wyjechali do Paryża w związku z ich rocznicą ślubu, więc mają tam wolną chatę, a ja miałam wrócić z Jackiem do domu.Chłopaki przyjechali po nas i Julek wziął do swojego vana Ross, a do mnie przyszedł Jack. Staliśmy jeszcze chwilę na parkingu i rozmawialiśmy. W sumie to była nasza pierwsza, długa rozmowa od jego powrotu. Taka, gdzie nikt nam nie przerywał i nigdzie się nie spieszyliśmy. No i on napomniał o swoim ponownym wyjeździe na dłużej... a potem dodał, że w sumie na stałe. I niestety nie wytrzymałam. Pokłóciliśmy się i zanim zdążyłam cokolwiek ustalić go już nie było. Nawet nie wiem gdzie poszedł spać... - Westchnęła smutno.
Chciałem jej coś powiedzieć, ale sam do końca nie wiedziałem co mam zrobić z całym tym problemem. Jack wprowadził się do mnie jako drugi. W wieku siedemnastu lat "uciekłem" z domu czytaj "wyprowadziłem się" od mojego popapranego ojca, który zaczął układać rodzinę na nowo. Tak na marginesie nie wiem ile dokładnie mam rodzeństwa... Wracając, wyprowadziłem się z domu, wynająłem mieszkanie za zarobione pieniądze i jakoś dawałem radę. Tak mniej więcej przez trzy miesiące. Do tego był Julek, który namówił mnie do przeprowadzki do jego rodzinnego domu. To on dostarczał nam żarcie od swojej mamy, kiedy lodówka w środku miesiąca zaczynała świecić pustkami, a skarbonka była już całkiem pusta. Teoretycznie Julek nie był moim lokatorem, praktycznie był. Nocował u mnie przez kilka dni, potem wracał do rodziców na jeden, góra dwa dni. Jego rzeczy stopniowo przenosiły się do mnie, ale w papierach nie był moim współlokatorem. Gdy ojciec się w końcu ogarnął, napuścił na mnie policję. W czasie takiego patrolu Julek omal nie wpadł ze swoim "towarem". Bardzo odległe czasy. W każdym razie, ojciec chciał mnie z powrotem ściągnąć do domu, podając jako argument mój wiek. Tak, nie byłem jeszcze pełnoletni. Wtedy pojawiła się Elsa, z którą raczej znał się Julek, który w tym czasie zaczął spotykać się z Roszpunką i to właśnie Elsa podsunęła mi Jacka, który miał już ukończony odpowiedni wiek. Ojciec się odczepił, nie chciał już ciągnąć tej sprawy. Odpuścił. I tak mieszkaliśmy przez jakiś czas w trójkę. Teraz oczywiście częstym gościem jest Ross, no i... Anna, ale to raczej za sprawą wprowadzenia się siostry.
- Śniadanie? - Spytałem w końcu.
- Chyba tak... chociaż raczej nic nie przełknę... Wiesz, gdzie on może być? Dzwoniłam już do jego wujka i wiem, że tam nie przenocował...
Podszedłem do lodówki i wyjąłem składniki, żeby przygotować szybką i pożywną jajecznicę.
- Zjemy śniadanie i się zastanowimy. okej?
- Okej. - Nie wiedziałem, czy mówi tylko o mojej propozycji, czy o swoim samopoczuciu. Miałem nadzieję, że o jednym i drugim.
___________________________________________________________________________________
Usłyszałem ciche stukanie i momentalnie poderwałem się z materaca. Wyprostowałem się i nasłuchiwałem spodziewając się najgorszego. Ktoś zapalił lampę, i później pojawiła się dziewczyna z rudymi lokami. Odetchnąłem z ulgą.
- Dzieńdoberek! - Uśmiechnęła się promiennie. - Jak noc?
- Mmmmm... - Noc, jak noc. Nie spodziewałem się, że będę wyspany po nocy spędzonej w garażu, gdzie za łóżko robił dmuchany materac, a jedynym okryciem był śpiwór. Dobrze, że temperatura powietrza była plusowa.
- Przyniosłam ci śniadanie. Rodzice jeszcze śpią, ale będziesz musiał uciec tak około godziny jedenastej, bo wyjeżdżamy do babci. - Merida miała na sobie czarną koszulkę i leginsy w norweskie wzorki. Na nogach miała różowe kapcie w serduszka.
- Dziękuję. - Uśmiechnąłem się do niej. - Dzięki, że w ogóle zgodziłaś się mnie przenocować...
Dziewczyna machnęła ręką, na znak, żebym przestał i wskazała palcem na talerz tostów leżących przy mnie. Posłusznie, ale i z wielką ulgą zabrałem się za spożywanie śniadania. Dziewczyna tym czasem usiadła obok mnie i popijała wolno pachnącą kawę.
- A więc pokłóciłeś się z Elsą?
Przytaknąłem bez słowa.
- A mogę się dowiedzieć o co wam poszło? Jakieś sprawy miłosne? - Spojrzała na mnie z wielkim zainteresowaniem, którego nie próbowała nawet ukrywać.
- Em... nic ważnego, w sumie... taka błahostka. - Nie mogłem jej powiedzieć, że mam zamiar wyjechać i to na stałe. Wiem, że potraktowałaby mnie dokładnie tak samo jak Elsa... może jeszcze ostrzej.
- Jack! Kręcisz! Przestań się migać i powiedz mi prawdę... Chyba mi się należy, za bycie hotelem dla ciebie...
Przewróciłem oczami.... I co ja miałem jej powiedzieć? Kłamać? Mówić prawdę?
- Meri... ja nie chcę ci tego mówić... to znaczy jeszcze nie teraz. To dla mnie... dla nas wszystkich bardzo ważne i odpowiedzialne posunięcie. Tylko... boję się, że decyzja już dawno się podjęła... - Podrapałem się po karku.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i zaniemówiła. Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem rzuciła się na mnie mocno mnie przytulając i wytrącając mi przy okazji tosta z ręki.
- Jejku... Jack! To wspaniale... Nie mogę w to uwierzyć! Nie wiedziałam... to znaczy coś tam podejrzewałam, ale nie wiedziałem, że to aż tak. - Ucałowała mnie w oba policzki, a ja nie mogłem wydobyć z siebie ani jednego słowa. - Wspaniale, że... no, że będziesz ojcem! Nie martw się dasz sobie radę... a Elsa na pewno cię kocha i wasza kłótnia to tylko przelotna sprzeczka....
Zakrztusiłem się kawałkiem chleba, który przed chwilą połknąłem. Merida klepała mnie po plecach nadal trajkocząc o dziecku...
- Stop! - Krzyknąłem, kiedy w końcu udało mi się zaczerpnąć tchu.
Rudowłosa umilkła i przekrzywiając z zaciekawieniem głowę przyglądała mi się.
- Meri... my nawet nie jesteśmy razem! Nie całowaliśmy się, w ogóle nie robiliśmy ŻADNYCH rzeczy, związanych z miłością... Więc nie wiem z jakiej racji uznałaś, że Elsa... że Elsa jest w ciąży i to w dodatku ze mną! - Na mojej twarzy na pewno malowało się przerażenie.
- Ale, przecież kiedyś... byliście razem?
- Nie... to był jeden pocałunek na jakiejś imprezie... w sumie byliśmy trochę pijani... i uznaliśmy, że to jest relacja czysto przyjacielska... nic więcej. - Potarłem zmęczoną twarz dłonią.
Dziewczyna umilkła... nie na długo oczywiście.
- W takim razie o co się posprzeczaliście? Co może być takie odpowiedzialne i ważne? - Jej duże zielone oczy wpatrywały się we mnie tak, jakby chciały wyciągnąć tą tajemnicę na wierzch.
Nabrałem powietrza.
- Chcę się przeprowadzić na stałe do dziadka. Bardzo przypomina mi ojca i tylko tam czuję się, jakbym był naprawdę w domu... - Umilkłem bojąc się jej reakcji.
Dziewczyna patrzyła na mnie bez słowa.
W końcu się odezwała.
- Popieram Elsę. Idź stąd, a jak zastanowisz się już dokładnie i podejmiesz ten WAŻNY I ODPOWIEDZIALNY wybór to możesz wrócić. - Zabrała talerz, swój kubek i wyszła z garażu.
Super. Czas się zbierać.
___________________________________________________________________________________
Jechałem z Elsą do Roszpunki. Blondynka kierowała bardzo nerwowo i często przejeżdżała na czerwonym świetle, więc postanowiłem ją zmienić.
- Nie chcę im przeszkadzać... Ross ma tak rzadko pusty dom i wolnego Julka...
- I tak nic nie robią. Na pewno oglądają jakiś serial, leżą w łóżku i jedzą popcorn. Ewentualnie Ross szkicuje portret Julka. Kiedyś przez przypadek otworzyłem jej szkicownik, w którym był tylko i wyłącznie Julek. Masakra. Myślałem, że on jest już wystarczająco wkurzający, ale uwierz mi na jej rysunkach był jeszcze bardziej. - Elsa uśmiechnęła się pod nosem. Przynajmniej udało mi się jakoś rozśmieszyć.
Jechaliśmy dalej. Ulice nie były jeszcze zatłoczone. W końcu mamy sobotę. Tłum zrobi się dopiero wieczorem, kiedy imprezowicze ruszą na podbój miasta.
- Cały czas gadamy o mnie i o Jacku... Co wczoraj robiłeś? Miałam w sumie maciupkie wyrzuty sumienia, że na ciebie nawrzeszczałam i że zostałeś sam.
- Nie byłem sam. - Uśmiechnąłem się zbyt szybko.
Dziewczyna spojrzała na mnie.
- Bianca?
Przygryzłem wargę.
- Em... tak... wpadła na chwilkę i... w sumie to zerwaliśmy. - Starałem się patrzeć na drogę, a nie na twarz mojej współlokatorki.
- Co? - Wykrztusiła. - Dlaczego? Kriss, przykro mi. - Położyła dłoń na moim kolanie.
Kiwnąłem głową.
- Nic się nie stało... tak jakoś wyszło. Bianca nie była w moim typie...
Elsa uniosła brew w zdumieniu.
Spojrzałem na nią.
- No co?
- Nie była w twoim typie? Cycasta, w miarę przyzwoita, blondynka ze słodką twarzą... chyba taka jaką lubisz?
No i byłem w pułapce... Przecież nie mogę się wygadać o... z resztą to i tak nie jest nic "na serio". To tylko moje wizje i wyobrażenia...
- Sam już nie wiem. Czegoś mi w niej brakowało... - Odparłem wymijająco.
- I zauważyłeś to dopiero po sześciu miesiącach?
Skinąłem głową.
- Jesteś porypany.
- Tylko odrobinę.
- A zastanawiałeś się kiedyś, jak na te twoje głupkowate zachowania reagują dziewczyny? Jednego dnia pożerasz laskę wzrokiem, a drugiego z nią zrywasz? Ja bym się bała z tobą być. - Parsknęła śmiechem, ale później stała się bardzo poważna.
- Aż tak ze mną źle? Wiesz, w sumie to zawsze Julek miał takie problemy. To zawsze ja kryłem mu tyłek, jak coś narozrabiał po pijaku, najczęściej.
- Em... ty to robisz na trzeźwo... i fakt, nie traktujesz związków jakoś poważnie... Ale kiedyś trzeba będzie zacząć. Jedna laska i koniec.
- Wiem, w sumie już nie mogę się doczekać na taki obrót sprawy. - Mimowolnie przed oczami ukazała mi się rudowłosa osóbka.
W ostatniej chwili wyhamowałem przed stojącym przede mną samochodem.
- I to ja nerwowo prowadzę? - Elsa pokiwała głową , a ja po chwili zaparkowałem auto pod domem Roszpunki.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Rozdział 10 "Czuję, jak wiatr podrażnia zaczerwienioną skórę na twarzy. Chyba mi się należało."
Hej, hej, helloł.
Wiem, że mam małe opóźnienie, ale naprawdę bardzo chciałam wstawić ten rozdział wczoraj. Co jak zapewne się zorientowaliście, nie udało się. Powód? Wyłączony internet o godzinie 21:30. Dziękuję tato :)
W każdym razie, jest dzisiaj. Wiem, że niektórzy z was bardzo na niego czekali i pisali mi nawet komentarze, kiedy nowy post. To naprawdę bardzo miłe i motywujące. Post jest :)
Oddaję go do waszej oceny.
Błędy postaram się poprawić, jak wrócę z angielskiego, bo właśnie muszę wychodzić.
Także, znów jestem na styk.
Przepraszam jeszcze raz za małe opóźnienie i życzę wam miłego czytania.
Trzymajcie się ciepło!
wasza Julu
Siedzę na łóżku i po raz kolejny słucham nowej piosenki. Chłopaki znowu coś kombinują i chyba po raz setny zmieniają ten kawałek.
Wyłączam odtwarzacz i sięgam po gitarę. Ustawiam palce w odpowiedniej kombinacji, która ma dać mi akord G. Biorę wdech i zaczynam grać. Udaje mi się przejść całe intro, później przez zwrotkę, ale gdy dochodzę do refrenu znów coś jest nie tak.
Rzucam gitarę na łóżko i przeklinam. Znów ten sam moment. Chyba już po raz piętnasty. Ukrywam twarz w dłoniach. Trasa zbliża się wielkimi krokami, a ja naprawdę nie czuję się na siłach, grać przed jakąkolwiek publicznością. Nasz debiutancki album jest jeszcze nie dokończony. Nie mamy nagranego promującego singla. Ogólnie jest dupa. Znów biorę do ręki gitarę i jeszcze raz zaczynam ten sam kawałek.
Jak zwykle mylę się tam, gdzie zawsze.
Gdy z moich ust pada kolejne przekleństwo moje drzwi uchylają się delikatnie, by po chwili wpuścić do mnie Ross.
- Wszystko w porządku? - Dziewczyna ma długie, rozpuszczone włosy, które idealnie do niej pasują.
- Nie. - Odpowiadam krótko.
Blondynka podchodzi do łóżka i siada obok mnie. Wyciera dłonie w swoje dżinsy.
- Nie denerwuj się. Na pewno dacie radę. - Wiem, że mocno przeżywa moje ostatnie nastroje związane z zespołem, płytą, trasą i całym tym syfem. Zaciskam pięści.
- Nie damy rady. Jesteśmy w czarnej dupie i nic nie wskazuje na to, żebyśmy wyrobili się w miesiąc. Po prostu no way. - Dziewczyna kładzie swoją dłoń na mojej pięści, a ja pod wpływem jej dotyku rozluźniam uścisk.
- Przesadzasz. Kiedyś potrafiliście z marszu zagrać na szkolnym balu. Dawaliście radę.
- Musieliśmy być na haju. Poza tym, to były ogniskowe piosenki, a nie nasza płyta.
Dziewczyna spojrzała na mnie karcąco.
Tak, narkotyki. Był mały incydent, ale już po wszystkim. Ross naprawdę dużo pomogła, chociaż nie wiem, jak tak dalej będzie może wrócę do jakiś miękkich używek.
- Nie wrócisz. - Odpowiada szeptem, jakby czytała mi w myślach.
Spoglądam na nią zdziwiony.
- Nie myślałem o tym...
- Nie kłam Julek, to nie ma sensu, za dobrze cię znam. - Patrzy na moje usta.
Jest urocza. Taka mała i delikatna, ja do niej zupełnie nie pasuję.
Pochylam się bliżej niej. Ross zamyka oczy i czeka. Zawsze tak robi, czeka na mój pierwszy krok. Jednak ja tylko na nią patrzę.
Blondynka otwiera jedno oko.
- Coś nie tak? - Pyta nieco speszona.
Kręcę głową.
- To o co chodzi? - Prostuje się i wyczekuje na odpowiedź.
- Ty zacznij, skoro masz ochotę na całowanie. Nie mam ochoty znów zaczynać i odwalać całej roboty. - Puszczam do niej oko.
Blondynka patrzy na mnie zaskoczona, ale ten szok szybko znika z jej twarzy. Uśmiecha się. Wstaje i siada mi na kolanach, przodem do mnie.
Patrzy w moje oczy, jej zielone tęczówki są takie piękne.
Zgrabne palce dziewczyny chwytają moją koszulkę, a ona lekkim szarpnięciem przyciąga mnie do siebie. Po chwili czuję jej wargi na swoich. Są miękkie i posmarowane owocowym błyszczykiem. Wplata palce w moje włosy, a ja przyciągam ją jeszcze bliżej, obejmując ją w talii. Uwielbiam ją. Teraz i chyba zawsze.
Na koniec Ross przygryza lekko moją wargę. Jęczę cicho, a ona uśmiecha się między pocałunkami.
W końcu odrywamy się od siebie.
- Mogłabyś częściej zaczynać. Robisz to o wiele lepiej. - Całuję ją w czoło, gdy na jej policzkach pojawiają się rumieńce.
- Jestem głodna. - Blondynka wstaje i ciągnie mnie za sobą.
Zapewne idziemy do kuchni. Przechodzimy przez salon, który jest centralnym pokojem w naszym mieszkaniu. To znaczy w mieszkaniu Kristoffa, który ma jednak nas wszystkich na głowie.
Słyszę, że w kuchni siedzi całe towarzystwo. Ross otwiera drzwi, puszcza moją rękę i idzie przygotować tosty. Przy stole siedzi Elsa, która jak zwykle zajęta jest swoim szkicownikiem i piciem ulubionej, mrożonej kawy.
Kriss i Jack rozmawiają popijając red bulle.
Uśmiecham się do nich i podchodzę do blatu, przy którym stoi Ross.
Wyjmuję chleb i podaję jej kromki. Dziewczyna bez słowa smaruje je masłem, nakłada na nie ser i szynkę, pamiętając, żeby nie nałożyć mi pomidora, którego nie znoszę w tostach. Podaje mi gotowe kromki, a ja wkładam je do tostera i zamykam pokrywę.
Podaję jej kubek z herbatą i całuję ją w nos. Uśmiecha się i idzie zająć miejsce przy stole. Siada obok Elsy i zaczynają rozmawiać o jej rysunkach.
Wykładam tosty na talerz, biorę swoją kawę i siadam przy stole, naprzeciwko Roszpunki.
- Jak tam płyta? - Dziewczyny i Kriss posyłają Jackowi karcące spojrzenie.
Biorę głęboki wdech. Chłopak niedawno wrócił do nas i wiem, że nie jest na bieżąco.
- Nie najlepiej, ale damy radę. - Spoglądam na Roszpunkę, która kiwa głową z dezaprobatą.
- Na pewno. Dzisiaj też jedziesz na próbę?
- Tak, a co?
- Nie nic. To znaczy zastanawiam się, czy mógłbyś mnie zrzucić do wujka do pizzerii. Dzwonił, że jak zwykle w piątek będzie miał tłum ludzi i muszę mu pomóc.
- Nie ma sprawy, Stary.
- Skoro ty będziesz na próbie to ja wezmę Elsę i pojadę z nią na wystawę.
Cholera, kolejna wystawa.
Rzucam Ross przepraszające i spanikowane spojrzenie.
- Julek, wyluzuj. Wiem, że próba jest teraz najważniejsza. Poza tym byś się tam zanudził. Mam też wejściówki na bankiet u panny Demont. Mówię ci totalna wieś. Żadnych hamburgerów i coli, tylko parzony homar i wytrawne wina. - Często z Ross nabijamy się z tych pseudo artystów, którzy nigdy nie jedli fast foodów i ogólnie gustują w zupełnie innych kuchniach.
Dziewczyny znów wracają do szkicownika, a ja ponownie zajmuję się tostami.
Wszyscy mamy zatem jakieś plany na piątkowy wieczór.
Prawie wszyscy.
- Kriss?
- Hym? - Przyjaciel spogląda na mnie nieobecnym wzrokiem.
- A ty co dziś robisz?
Blondyn spuszcza wzrok.
- Nic szczególnego. Chyba pójdę spać. Jestem wypompowany.
- Red bull cię raczej nie uśpi. - Elsa posyła mu karcące spojrzenie. - Kłamiesz jak z nut. Pewnie znowu umówiłeś się z jakąś laską. Od kiedy stałeś się taki "puszczalski"? - Dziewczyna mierzy go wzrokiem.
Chłopak zaciska pięści.
- Elsa, daj mu spokój. - Tym razem ja posyłam jej znaczące spojrzenie.
- No co, tylko pytam. Powiedz jej, że jak będzie się kąpać, żeby nie używała moich kosmetyków. Kupiłam ostatnio nowe i nie chcę, żeby skończyły się równie szybko jak poprzednie. - Elsa jak zwykle musi pokazać charakterek.
Blondynka często traktuje nas jak swoich synów. Mnie i Krisstoffa. Fakt, że jesteśmy od niej młodsi, ale jest to czasem bardzo denerwujące.
- Nikogo nie zaprosiłem. Zresztą to moja sprawa. Grzecznie was proszę, żebyście się w to nie mieszali. Dopilnuję, żeby nikt nie używał twoich kosmetyków, nie musisz się zamartwiać. - Widać było, że Kriss nie ma ochoty na żadną kłótnię, która dość często rozgrywa się między tymi dwoma.
Spoglądam na wyświetlacz telefonu, próba zacznie się za jakieś czterdzieści minut, ale wolę być tam nieco szybciej.
- Jack, jesteś gotowy? - Chłopak wstaje od stołu, wychodzi z kuchni i wraca w świeżym t-shircie i nowych dżinsach.
- Tak, możemy jechać.
Wstaję z krzesła i podchodzę do Ross. Przytulam ją od tyłu i całuję w głowę.
- Bawcie się dobrze. - Mruczę do jej ucha.
- Ty też. Nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze. - Ściska moją dłoń.
Wychodzimy z kuchni i szykujemy się do wyjścia.
- To na razie! - Zarzucam pokrowiec z gitarą na ramię.
- Paaaaaaa! - Zbiorowe krzyki z kuchni żegnają mnie i Jacka.
Wychodzimy i kierujemy się do mojego samochodu.
_______________________________________________________________________
Dziewczyny wyszły przed kwadransem. Siedzę sam w kuchni i kończę kolejną puszkę coli. Za oknem jest już ciemno, wieje wiatr. Chciałbym pójść na spacer, ale nie mam siły wstać od stołu. Po chwili telefon leżący na blacie zapala się i wibruje. Sięgam po niego i spoglądam na wyświetlacz.
"Kriss? Co się z tobą dzieje? Odezwij się w końcu!"
Nie mam ochoty odpisywać na jej sms'a. W mojej głowie jest zupełnie ktoś inny. Ktoś w rudych warkoczykach i z pięknym uśmiechem.
Opieram głowę na dłoni i wpatruję się tempo w ścianę.
No i co zrobić?
Po kilku minutach podejmuję decyzję. Podrywam się od stołu, zabieram komórkę i wychodzę z mieszkanie, wcześniej zamykając drzwi na klucz. Wychodzę z kamienicy, wsadzam ręce do kieszeni spodni i idę przed siebie. Pogoda nie jest najpiękniejsza, a dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że nie mam na sobie żadnej cieplejszej bluzy. Nie zamierzam jednak wracać i dalej brnę przed siebie pustym chodnikiem.
W takich chwilach żałuję, że nie mam kasy nawet na benzynę do mojego samochodu i muszę iść pieszo prawie przez pół miasta. Od razu myślę o Elsie. Ona zawsze mnie gdzieś podwozi. Nie wiem, co się ostatnio między nami dzieję. Cały czas jakieś wielkie kłótnie o małe rzeczy. Kiedyś tak nie było. Dopóki... dopóki nie poznałem Anny.
Staję jak wryty.
Czy to o to chodzi?
O jej siostrę?
I mnie?
Nie zastanawiałem się nad tym w ten sposób. Może Elsie to przeszkadza? Może zauważyła wszystko wcześniej ode mnie? W końcu zna mnie i Ankę jak własną kieszeń.
Nadal stoję w jednym miejscu.
To bez sensu. Z resztą jeszcze nic między nami się nie działo...
Poza tym, ja na pewno nie jestem w jej stylu. I na pewno już kogoś ma.
Ja z resztą też kogoś mam.
Wyjmuję telefon i dzwonię do dziewczyny, która próbuje skontaktować się ze mną od kilku godzi.
- Czekam na ciebie w kawiarni "Całusek". Przyjdź jeśli możesz. - Rzucam do telefonu i nie czekając na odpowiedź rozłączam się.
Biegnę w stronę kawiarni, która jest już niedaleko, jeśli skorzystam ze skrótu przez park i podjadę trzy przystanki autobusem. W końcu docieram do lokalu po dwudziestu minutach.
Zajmuję stolik w zacisznym i przytulnym kącie i czekam na umówione spotkanie.
- Dzień dobry, co mogę podać? - Odwracam się w stronę pytającego mnie głosu i zamieram.
Anna patrzy na mnie z rozbawieniem. malującym się na jej smukłej twarzy.
- Halo, Kriss? - Dziewczyna macha mi notatnikiem przed twarzą.
Ubrana jest w uniform kawiarni.
- Co ty tu robisz? - Pytam w końcu zdziwiony.
- Zastępuję dzisiaj koleżankę. Musiała zająć się braćmi, a szefowa nie chciała jej dać wolnego, więc wczoraj zrobiła mi szkolenie, żebym dziś mogła ją zastąpić. - Mówi na jednym wydechu.
Znów zapada między nami cisza.
Uśmiecham się w końcu, bo zdaję sobie sprawę, że naprawdę chciałem ją dzisiaj spotkać.
- W takim razie dla mnie będzie gorąca herbata z cytryną bez cukru.
- Duża?
- Tak poproszę. Trochę zmarzłem.
- Już podaję. - Anka uśmiecha się do mnie serdecznie i odchodzi w stronę barku.
Opieram głowę o oparcie fotela i wypuszczam z sykiem powietrze. Na mojej twarzy pojawia się rozanielony uśmiech.
Zamykam oczy.
Otwieram je dopiero wtedy, gdy słyszę dźwięk dzwoneczka, który sygnalizuje przybycie nowego klienta.
Cały mój błogi nastrój znika.
Wysoka blondynka rozgląda się po pomieszczeniu i w końcu mnie dostrzega.
Nie!
Nie teraz!
- Cześć, przybiegłam jak najszybciej. - Zaczyna rozbierać kurtkę.
Kątem oka zerkam w stronę barku.
Anna nadal przygotowuje herbatę, na szczęście chyba niczego nie zauważa.
- Nie zostajemy tutaj. Chodź, pójdziemy w inne miejsce. - Blondynka jest lekko oszołomiona moim zachowaniem.
- Ale... Kriss...
- Chodź. - Ciągnę ją za sobą i lekko wypycham przez drzwi wejściowe.
Odwracam się w stronę barku w momencie, kiedy Anna wychodzi z tacą, na której stoi kubek herbaty.
Dziewczyna patrzy na mnie zdezorientowana.
- Pieniądze na stole, resztę potraktuj jako napiwek i smacznej herbatki! - Mówię i wychodzę.
Chowam twarz w dłoniach.
- Kriss? Co ty wyprawiasz? - Blondynka stoi przede mną ze skrzyżowanymi rękami i wydętymi usteczkami. - Czekam na wyjaśnienia. - Lekko tupie nogą.
- Bianca... nie teraz. Nie jestem w nastroju...
- Ty nie jesteś w nastroju! Chyba sobie żarty stroisz! Wydzwaniam do ciebie od czterech godzin! Piszę i dzwonię, a ty nie raczysz nawet odpowiedzieć! W końcu jednak dzwonisz i każesz mi przyjść do jakiejś zapyziałej kawiarni, więc ja lecę jak głupia, a teraz stoimy tu na środku ulicy i co?
No właśnie, i co?
- Bianca... przepraszam, ale to chyba nie ma sensu... Nie chcę się już z tobą spotykać.
Dziewczyna wytrzeszcza oczy i kręci z niedowierzaniem głową.
- O ci chodzi Kriss? Jasno i bez owijania w bawełnę!
Wzdycham ciężko.
- Chodź, nie tutaj. - Łapię ją za rękę i idziemy wzdłuż ulicy.
Mijamy kilka knajpek i w końcu wchodzimy do pustego o tej porze parku.
Puszczam dziewczynę, a ona znów przyjmuje pozę naburmuszonej trzylatki.
- Słucham?
- Jak już powiedziałem, to nie ma sensu. Bianca... nie oszukujmy się, to nigdy nie miało sensu. Taka zabawa... wiesz. - Nie wiem w sumie jak mam się z tego wyplątać i co ja bredzę.
- Zabawa?
Kiwam głową.
- Szkoda, że tylko ty miałeś ubaw. I szkoda, że nie możesz mi teraz normalnie powiedzieć, że zakochałeś się w tej rudej dziwce, która wygląda jak siedmioletnia dziewczynka. Myślałam, że jesteś prawdziwym facetem, ale ty tak jak wszyscy jesteś dzieciakiem, który co jakiś czas zmienia swoje zabawki. Okej, to nie miało sensu i nie ma sensu, więc znajdź sobie kolejną laleczkę, ale nie dzwoń już do mnie, kiedy będziesz samotny. Ja mam dość. - Dziewczyna odwraca się na pięcie i odchodzi.
Spuszczam głowę i stoję jeszcze chwilę w słabo oświetlonej alejce.
Po chcili wraca Bianca. Podnoszę głowę i zanim zdążę mrugnąć, otrzymuje cios w policzek.
- Miłej nocy ze swoją rudą małpą. - Krzyczy i odchodzi.
Czuję, jak wiatr podrażnia zaczerwienioną skórę na twarzy.
Chyba mi się należało.
W jeszcze bardziej ponurym nastroju wracam do domu. Nie jadę tym razem autobusem i jeszcze chwilę chodzę po parku. W końcu decyduję ostateczny powrót do kamienicy. Przygnębiony pokonuję ostatnią prostą i ze spuszczoną głową wchodzę na pobliski parking. Kopię jakiś mały kamyczek. Mijam ostatni samochód i unoszę głowę. Patrzę na drzwi prowadzące do środka budynku.
- O, nareszcie wróciłeś. Przyszłam oddać pieniądze. - Anna podchodzi do mnie i podaje banknot.
Patrzę na nią jak na zjawę, ale znów czuję ciepło w okolicy... serca?
- Czemu nie masz żadnej bluzy? - Spogląda na mnie karcąco. - I co ty w ogóle wyprawiasz? - Mruży oczy.
- Nie wiem.
- Aha. Dzwoniłam kilka razy, ale nikt nie raczył odebrać domofonu. - Wskazuje głową na okna naszego salonu.
- Bo nikogo nie ma.
- Aha.
Stoimy przez chwilę wpatrując się w swoje twarze.
- Nie rozumiem cię, Kristoff.
- Wiem. Dziękuję za pieniądze, ale zatrzymaj je. Należą ci się, bo pewnie nic nie dostaniesz od tej swojej koleżanki.
- Skąd wiesz? - Pyta zdumiona.
- Bo zazwyczaj wszystko robisz bezinteresownie.
Na jej twarzy pojawia się lekki rumieniec, który z kolei wywołuję delikatny uśmiech na moich ustach.
Znów stoimy w ciszy.
Dziewczyna chowa pieniądze do kieszeni i chrząka.
- W takim razie będę już szła...
- Czekaj. - Wyrywa mi się zbyt szybko.
Patrzy na mnie zainteresowana.
Przeczesuję ręką czuprynę.
- Musisz mi w końcu zrobić herbatę. Myślałem, że się domyślisz, nie jestem aż taki dobroduszny jak ty. - Uśmiecham się, chcąc zatuszować moje niepewności.
- Wiedziałam. Ty nigdy nie robisz czegoś z "porywu serca". - Przewraca oczami.
- Taki już jestem. Chodź, bo mi zimno. - Wstukuję kod i uchylam przed nią drzwi.
Dziewczyna śmieje się cicho i wchodzi po stopniach do naszego mieszkania.
Otwieram kolejne drzwi i wpuszczam ją do środka.
Anna rozbiera kurtkę i rzuca ją na wieszak.
Patrzę na nią jak w obrazek.
Spogląda na mnie i znów chrząka.
Odrywam wzrok z wielkim trudem, gdyż jej bluzka bardzo mi to utrudnia.
- Idę ubrać coś cieplejszego.
- Z cytryną i miodem?
- Tak.
Rozchodzimy się do innych pokoi. Wracam do kuchni, ubrany już w ciepły, zielony sweter w chwili, gdy dziewczyna stawia na stole dwa kubki z parującą cieczą.
Siadam na przeciwko niej i ściskam kubek w dłoniach, żeby choć troch je ogrzać.
Anna robi to samo.
- Gdzie są wszyscy? - Rzuca mi pytające spojrzenie.
- Dziewczyny na jakiejś wystawie, Julek na próbie, a Jack w pizzerii. - Odpowiadam szybko.
- Yhym.
Znów cisza.
- Co u ciebie... w szkole? - Pytam, żeby podtrzymać rozmowę.
Dziewczyna patrzy na mnie lekko przekrzywiając głowę.
- Czy wszystkie dziewczyny o to pytasz? Co w szkole? Naprawdę? - Mruga zdumiona.
- Nie... - Odwracam wzrok.
- To dlaczego mi zadajesz takie pytania?
"Bo inaczej musiałbym cię spytać o to, czy mogę cię pocałować." - Myślę, jednak nie wypowiadam tego zdania na głos.
- Bo inaczej musiałbym cię spytać o rozmiar stanika. - Co ja bredzę?
Anka kiwa głową z politowaniem.
- Dzieciak z ciebie. Zawsze zgrywasz takiego macho?
- Czemu myślisz, że go zgrywam? Może taki jestem? - Odchylam się i opieram plecami o oparcie krzesła.
Anna znów kiwa głową.
- Nie jesteś. Próbujesz taki być, ale tak naprawdę nie jesteś wtedy sobą.
- A jaki jestem według ciebie? - Muszę przyznać, że zaintrygowała mnie.
Dziewczyna podpiera głowę na ręce i chwilę myśli.
- Według mnie jesteś... - Przerywa jej dzwonek telefonu.
Speszona wyciąga komórkę z kieszeni i szybko odbiera połączenie.
- Cześć. Jestem... jestem u Elsy. Nie, nie mogę ci jej dać, bo właśnie jest w łazience. Później? Nie, bo wychodzi na jakąś wystawę i jest już spóźniona. Tak, przekażę. Dobrze, będę czekać na przystanku. Tak. Już wychodzę. - Rozłącza się.
- Muszę iść. - Wstaje od stołu i wychodzi z kuchni.
- Mógłbym cię odwieźć. - Od razu zrywam się z krzesła i idę za nią.
- Nie, mój tata już po mnie jedzie. Nie chcę, no wiesz... żeby cię zobaczył. - Jej strach w oczach wywołuje u mnie falę przygnębienia.
- Okej, chyba rozumiem...
Dziewczyna ubiera kurtkę.
- Nie zrozum mnie źle, ale sam fakt, że jestem u siostry bez wiedzy rodziców już może zapewnić mi karę, a co dopiero fakt, że jestem z nieznajomym chłopakiem w pustym mieszkaniu. No wiesz... o co mi chodzi. - Spuszcza wzrok, żeby ukryć rumieńce.
Nie wiem czemu, ale to jej speszenie wywołuje u mnie uśmiech. Jest naprawdę słodka, kiedy się martwi. Naprawdę muszę się mocno powstrzymywać, żeby nie zacząć jej całować.
- Okej. Idź już. - Otwieram jej drzwi.
Nie mogę dłużej na nią patrzeć. Nie teraz, kiedy jestem sam na sam i kiedy mam naprawdę dziwne myśli.
- Kriss... - Łapie mnie za rękę. - Naprawdę nie chciałam cię urazić...
- Idź już. Wszystko w porządku. - Pod wpływem jej dotyku przechodzi mnie dreszcz.
Dziewczyna patrzy jeszcze chwilę na moją twarz, chcąc się zapewne zorientować o co mi chodzi, ale po kilku sekundach puszcza moją rękę i wychodzi.
- Dziękuję za herbatę. - Krzyczę za nią, gdy znika już za pierwszymi schodami.
- Nie ma za co! - Odkrzykuje mi, a po chwili jej słowom towarzyszy odgłos zamykanych drzwi.
Zostaję sam.
A może nie do końca sam.
Cały czas męczy mnie świadomość, że chyba zakochałem się w najmniej odpowiednim momencie i w najmniej odpowiedniej osobie.
To raczej nie ma sensu.
Jej rodzice, Elsa, ja... Nie, nie, nie.
Zamykam drzwi i opieram się o nie plecami.
To by było na tyle, jeśli chodzi o działanie red bulli. Zmęczony idę do mojego pokoju i padam na łóżko.
"Co ma być to będzie..." - Myślę sobie, kiedy moje oczy pomału się zamykają.
Po chwili już nic do mnie nie dociera.
Budzę się dopiero następnego ranka i zaraz po wejściu do kuchni wiem, że to będzie bardzo zły dzień.
Wiem, że mam małe opóźnienie, ale naprawdę bardzo chciałam wstawić ten rozdział wczoraj. Co jak zapewne się zorientowaliście, nie udało się. Powód? Wyłączony internet o godzinie 21:30. Dziękuję tato :)
W każdym razie, jest dzisiaj. Wiem, że niektórzy z was bardzo na niego czekali i pisali mi nawet komentarze, kiedy nowy post. To naprawdę bardzo miłe i motywujące. Post jest :)
Oddaję go do waszej oceny.
Błędy postaram się poprawić, jak wrócę z angielskiego, bo właśnie muszę wychodzić.
Także, znów jestem na styk.
Przepraszam jeszcze raz za małe opóźnienie i życzę wam miłego czytania.
Trzymajcie się ciepło!
wasza Julu
Siedzę na łóżku i po raz kolejny słucham nowej piosenki. Chłopaki znowu coś kombinują i chyba po raz setny zmieniają ten kawałek.
Wyłączam odtwarzacz i sięgam po gitarę. Ustawiam palce w odpowiedniej kombinacji, która ma dać mi akord G. Biorę wdech i zaczynam grać. Udaje mi się przejść całe intro, później przez zwrotkę, ale gdy dochodzę do refrenu znów coś jest nie tak.
Rzucam gitarę na łóżko i przeklinam. Znów ten sam moment. Chyba już po raz piętnasty. Ukrywam twarz w dłoniach. Trasa zbliża się wielkimi krokami, a ja naprawdę nie czuję się na siłach, grać przed jakąkolwiek publicznością. Nasz debiutancki album jest jeszcze nie dokończony. Nie mamy nagranego promującego singla. Ogólnie jest dupa. Znów biorę do ręki gitarę i jeszcze raz zaczynam ten sam kawałek.
Jak zwykle mylę się tam, gdzie zawsze.
Gdy z moich ust pada kolejne przekleństwo moje drzwi uchylają się delikatnie, by po chwili wpuścić do mnie Ross.
- Wszystko w porządku? - Dziewczyna ma długie, rozpuszczone włosy, które idealnie do niej pasują.
- Nie. - Odpowiadam krótko.
Blondynka podchodzi do łóżka i siada obok mnie. Wyciera dłonie w swoje dżinsy.
- Nie denerwuj się. Na pewno dacie radę. - Wiem, że mocno przeżywa moje ostatnie nastroje związane z zespołem, płytą, trasą i całym tym syfem. Zaciskam pięści.
- Nie damy rady. Jesteśmy w czarnej dupie i nic nie wskazuje na to, żebyśmy wyrobili się w miesiąc. Po prostu no way. - Dziewczyna kładzie swoją dłoń na mojej pięści, a ja pod wpływem jej dotyku rozluźniam uścisk.
- Przesadzasz. Kiedyś potrafiliście z marszu zagrać na szkolnym balu. Dawaliście radę.
- Musieliśmy być na haju. Poza tym, to były ogniskowe piosenki, a nie nasza płyta.
Dziewczyna spojrzała na mnie karcąco.
Tak, narkotyki. Był mały incydent, ale już po wszystkim. Ross naprawdę dużo pomogła, chociaż nie wiem, jak tak dalej będzie może wrócę do jakiś miękkich używek.
- Nie wrócisz. - Odpowiada szeptem, jakby czytała mi w myślach.
Spoglądam na nią zdziwiony.
- Nie myślałem o tym...
- Nie kłam Julek, to nie ma sensu, za dobrze cię znam. - Patrzy na moje usta.
Jest urocza. Taka mała i delikatna, ja do niej zupełnie nie pasuję.
Pochylam się bliżej niej. Ross zamyka oczy i czeka. Zawsze tak robi, czeka na mój pierwszy krok. Jednak ja tylko na nią patrzę.
Blondynka otwiera jedno oko.
- Coś nie tak? - Pyta nieco speszona.
Kręcę głową.
- To o co chodzi? - Prostuje się i wyczekuje na odpowiedź.
- Ty zacznij, skoro masz ochotę na całowanie. Nie mam ochoty znów zaczynać i odwalać całej roboty. - Puszczam do niej oko.
Blondynka patrzy na mnie zaskoczona, ale ten szok szybko znika z jej twarzy. Uśmiecha się. Wstaje i siada mi na kolanach, przodem do mnie.
Patrzy w moje oczy, jej zielone tęczówki są takie piękne.
Zgrabne palce dziewczyny chwytają moją koszulkę, a ona lekkim szarpnięciem przyciąga mnie do siebie. Po chwili czuję jej wargi na swoich. Są miękkie i posmarowane owocowym błyszczykiem. Wplata palce w moje włosy, a ja przyciągam ją jeszcze bliżej, obejmując ją w talii. Uwielbiam ją. Teraz i chyba zawsze.
Na koniec Ross przygryza lekko moją wargę. Jęczę cicho, a ona uśmiecha się między pocałunkami.
W końcu odrywamy się od siebie.
- Mogłabyś częściej zaczynać. Robisz to o wiele lepiej. - Całuję ją w czoło, gdy na jej policzkach pojawiają się rumieńce.
- Jestem głodna. - Blondynka wstaje i ciągnie mnie za sobą.
Zapewne idziemy do kuchni. Przechodzimy przez salon, który jest centralnym pokojem w naszym mieszkaniu. To znaczy w mieszkaniu Kristoffa, który ma jednak nas wszystkich na głowie.
Słyszę, że w kuchni siedzi całe towarzystwo. Ross otwiera drzwi, puszcza moją rękę i idzie przygotować tosty. Przy stole siedzi Elsa, która jak zwykle zajęta jest swoim szkicownikiem i piciem ulubionej, mrożonej kawy.
Kriss i Jack rozmawiają popijając red bulle.
Uśmiecham się do nich i podchodzę do blatu, przy którym stoi Ross.
Wyjmuję chleb i podaję jej kromki. Dziewczyna bez słowa smaruje je masłem, nakłada na nie ser i szynkę, pamiętając, żeby nie nałożyć mi pomidora, którego nie znoszę w tostach. Podaje mi gotowe kromki, a ja wkładam je do tostera i zamykam pokrywę.
Podaję jej kubek z herbatą i całuję ją w nos. Uśmiecha się i idzie zająć miejsce przy stole. Siada obok Elsy i zaczynają rozmawiać o jej rysunkach.
Wykładam tosty na talerz, biorę swoją kawę i siadam przy stole, naprzeciwko Roszpunki.
- Jak tam płyta? - Dziewczyny i Kriss posyłają Jackowi karcące spojrzenie.
Biorę głęboki wdech. Chłopak niedawno wrócił do nas i wiem, że nie jest na bieżąco.
- Nie najlepiej, ale damy radę. - Spoglądam na Roszpunkę, która kiwa głową z dezaprobatą.
- Na pewno. Dzisiaj też jedziesz na próbę?
- Tak, a co?
- Nie nic. To znaczy zastanawiam się, czy mógłbyś mnie zrzucić do wujka do pizzerii. Dzwonił, że jak zwykle w piątek będzie miał tłum ludzi i muszę mu pomóc.
- Nie ma sprawy, Stary.
- Skoro ty będziesz na próbie to ja wezmę Elsę i pojadę z nią na wystawę.
Cholera, kolejna wystawa.
Rzucam Ross przepraszające i spanikowane spojrzenie.
- Julek, wyluzuj. Wiem, że próba jest teraz najważniejsza. Poza tym byś się tam zanudził. Mam też wejściówki na bankiet u panny Demont. Mówię ci totalna wieś. Żadnych hamburgerów i coli, tylko parzony homar i wytrawne wina. - Często z Ross nabijamy się z tych pseudo artystów, którzy nigdy nie jedli fast foodów i ogólnie gustują w zupełnie innych kuchniach.
Dziewczyny znów wracają do szkicownika, a ja ponownie zajmuję się tostami.
Wszyscy mamy zatem jakieś plany na piątkowy wieczór.
Prawie wszyscy.
- Kriss?
- Hym? - Przyjaciel spogląda na mnie nieobecnym wzrokiem.
- A ty co dziś robisz?
Blondyn spuszcza wzrok.
- Nic szczególnego. Chyba pójdę spać. Jestem wypompowany.
- Red bull cię raczej nie uśpi. - Elsa posyła mu karcące spojrzenie. - Kłamiesz jak z nut. Pewnie znowu umówiłeś się z jakąś laską. Od kiedy stałeś się taki "puszczalski"? - Dziewczyna mierzy go wzrokiem.
Chłopak zaciska pięści.
- Elsa, daj mu spokój. - Tym razem ja posyłam jej znaczące spojrzenie.
- No co, tylko pytam. Powiedz jej, że jak będzie się kąpać, żeby nie używała moich kosmetyków. Kupiłam ostatnio nowe i nie chcę, żeby skończyły się równie szybko jak poprzednie. - Elsa jak zwykle musi pokazać charakterek.
Blondynka często traktuje nas jak swoich synów. Mnie i Krisstoffa. Fakt, że jesteśmy od niej młodsi, ale jest to czasem bardzo denerwujące.
- Nikogo nie zaprosiłem. Zresztą to moja sprawa. Grzecznie was proszę, żebyście się w to nie mieszali. Dopilnuję, żeby nikt nie używał twoich kosmetyków, nie musisz się zamartwiać. - Widać było, że Kriss nie ma ochoty na żadną kłótnię, która dość często rozgrywa się między tymi dwoma.
Spoglądam na wyświetlacz telefonu, próba zacznie się za jakieś czterdzieści minut, ale wolę być tam nieco szybciej.
- Jack, jesteś gotowy? - Chłopak wstaje od stołu, wychodzi z kuchni i wraca w świeżym t-shircie i nowych dżinsach.
- Tak, możemy jechać.
Wstaję z krzesła i podchodzę do Ross. Przytulam ją od tyłu i całuję w głowę.
- Bawcie się dobrze. - Mruczę do jej ucha.
- Ty też. Nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze. - Ściska moją dłoń.
Wychodzimy z kuchni i szykujemy się do wyjścia.
- To na razie! - Zarzucam pokrowiec z gitarą na ramię.
- Paaaaaaa! - Zbiorowe krzyki z kuchni żegnają mnie i Jacka.
Wychodzimy i kierujemy się do mojego samochodu.
_______________________________________________________________________
Dziewczyny wyszły przed kwadransem. Siedzę sam w kuchni i kończę kolejną puszkę coli. Za oknem jest już ciemno, wieje wiatr. Chciałbym pójść na spacer, ale nie mam siły wstać od stołu. Po chwili telefon leżący na blacie zapala się i wibruje. Sięgam po niego i spoglądam na wyświetlacz.
"Kriss? Co się z tobą dzieje? Odezwij się w końcu!"
Nie mam ochoty odpisywać na jej sms'a. W mojej głowie jest zupełnie ktoś inny. Ktoś w rudych warkoczykach i z pięknym uśmiechem.
Opieram głowę na dłoni i wpatruję się tempo w ścianę.
No i co zrobić?
Po kilku minutach podejmuję decyzję. Podrywam się od stołu, zabieram komórkę i wychodzę z mieszkanie, wcześniej zamykając drzwi na klucz. Wychodzę z kamienicy, wsadzam ręce do kieszeni spodni i idę przed siebie. Pogoda nie jest najpiękniejsza, a dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że nie mam na sobie żadnej cieplejszej bluzy. Nie zamierzam jednak wracać i dalej brnę przed siebie pustym chodnikiem.
W takich chwilach żałuję, że nie mam kasy nawet na benzynę do mojego samochodu i muszę iść pieszo prawie przez pół miasta. Od razu myślę o Elsie. Ona zawsze mnie gdzieś podwozi. Nie wiem, co się ostatnio między nami dzieję. Cały czas jakieś wielkie kłótnie o małe rzeczy. Kiedyś tak nie było. Dopóki... dopóki nie poznałem Anny.
Staję jak wryty.
Czy to o to chodzi?
O jej siostrę?
I mnie?
Nie zastanawiałem się nad tym w ten sposób. Może Elsie to przeszkadza? Może zauważyła wszystko wcześniej ode mnie? W końcu zna mnie i Ankę jak własną kieszeń.
Nadal stoję w jednym miejscu.
To bez sensu. Z resztą jeszcze nic między nami się nie działo...
Poza tym, ja na pewno nie jestem w jej stylu. I na pewno już kogoś ma.
Ja z resztą też kogoś mam.
Wyjmuję telefon i dzwonię do dziewczyny, która próbuje skontaktować się ze mną od kilku godzi.
- Czekam na ciebie w kawiarni "Całusek". Przyjdź jeśli możesz. - Rzucam do telefonu i nie czekając na odpowiedź rozłączam się.
Biegnę w stronę kawiarni, która jest już niedaleko, jeśli skorzystam ze skrótu przez park i podjadę trzy przystanki autobusem. W końcu docieram do lokalu po dwudziestu minutach.
Zajmuję stolik w zacisznym i przytulnym kącie i czekam na umówione spotkanie.
- Dzień dobry, co mogę podać? - Odwracam się w stronę pytającego mnie głosu i zamieram.
Anna patrzy na mnie z rozbawieniem. malującym się na jej smukłej twarzy.
- Halo, Kriss? - Dziewczyna macha mi notatnikiem przed twarzą.
Ubrana jest w uniform kawiarni.
- Co ty tu robisz? - Pytam w końcu zdziwiony.
- Zastępuję dzisiaj koleżankę. Musiała zająć się braćmi, a szefowa nie chciała jej dać wolnego, więc wczoraj zrobiła mi szkolenie, żebym dziś mogła ją zastąpić. - Mówi na jednym wydechu.
Znów zapada między nami cisza.
Uśmiecham się w końcu, bo zdaję sobie sprawę, że naprawdę chciałem ją dzisiaj spotkać.
- W takim razie dla mnie będzie gorąca herbata z cytryną bez cukru.
- Duża?
- Tak poproszę. Trochę zmarzłem.
- Już podaję. - Anka uśmiecha się do mnie serdecznie i odchodzi w stronę barku.
Opieram głowę o oparcie fotela i wypuszczam z sykiem powietrze. Na mojej twarzy pojawia się rozanielony uśmiech.
Zamykam oczy.
Otwieram je dopiero wtedy, gdy słyszę dźwięk dzwoneczka, który sygnalizuje przybycie nowego klienta.
Cały mój błogi nastrój znika.
Wysoka blondynka rozgląda się po pomieszczeniu i w końcu mnie dostrzega.
Nie!
Nie teraz!
- Cześć, przybiegłam jak najszybciej. - Zaczyna rozbierać kurtkę.
Kątem oka zerkam w stronę barku.
Anna nadal przygotowuje herbatę, na szczęście chyba niczego nie zauważa.
- Nie zostajemy tutaj. Chodź, pójdziemy w inne miejsce. - Blondynka jest lekko oszołomiona moim zachowaniem.
- Ale... Kriss...
- Chodź. - Ciągnę ją za sobą i lekko wypycham przez drzwi wejściowe.
Odwracam się w stronę barku w momencie, kiedy Anna wychodzi z tacą, na której stoi kubek herbaty.
Dziewczyna patrzy na mnie zdezorientowana.
- Pieniądze na stole, resztę potraktuj jako napiwek i smacznej herbatki! - Mówię i wychodzę.
Chowam twarz w dłoniach.
- Kriss? Co ty wyprawiasz? - Blondynka stoi przede mną ze skrzyżowanymi rękami i wydętymi usteczkami. - Czekam na wyjaśnienia. - Lekko tupie nogą.
- Bianca... nie teraz. Nie jestem w nastroju...
- Ty nie jesteś w nastroju! Chyba sobie żarty stroisz! Wydzwaniam do ciebie od czterech godzin! Piszę i dzwonię, a ty nie raczysz nawet odpowiedzieć! W końcu jednak dzwonisz i każesz mi przyjść do jakiejś zapyziałej kawiarni, więc ja lecę jak głupia, a teraz stoimy tu na środku ulicy i co?
No właśnie, i co?
- Bianca... przepraszam, ale to chyba nie ma sensu... Nie chcę się już z tobą spotykać.
Dziewczyna wytrzeszcza oczy i kręci z niedowierzaniem głową.
- O ci chodzi Kriss? Jasno i bez owijania w bawełnę!
Wzdycham ciężko.
- Chodź, nie tutaj. - Łapię ją za rękę i idziemy wzdłuż ulicy.
Mijamy kilka knajpek i w końcu wchodzimy do pustego o tej porze parku.
Puszczam dziewczynę, a ona znów przyjmuje pozę naburmuszonej trzylatki.
- Słucham?
- Jak już powiedziałem, to nie ma sensu. Bianca... nie oszukujmy się, to nigdy nie miało sensu. Taka zabawa... wiesz. - Nie wiem w sumie jak mam się z tego wyplątać i co ja bredzę.
- Zabawa?
Kiwam głową.
- Szkoda, że tylko ty miałeś ubaw. I szkoda, że nie możesz mi teraz normalnie powiedzieć, że zakochałeś się w tej rudej dziwce, która wygląda jak siedmioletnia dziewczynka. Myślałam, że jesteś prawdziwym facetem, ale ty tak jak wszyscy jesteś dzieciakiem, który co jakiś czas zmienia swoje zabawki. Okej, to nie miało sensu i nie ma sensu, więc znajdź sobie kolejną laleczkę, ale nie dzwoń już do mnie, kiedy będziesz samotny. Ja mam dość. - Dziewczyna odwraca się na pięcie i odchodzi.
Spuszczam głowę i stoję jeszcze chwilę w słabo oświetlonej alejce.
Po chcili wraca Bianca. Podnoszę głowę i zanim zdążę mrugnąć, otrzymuje cios w policzek.
- Miłej nocy ze swoją rudą małpą. - Krzyczy i odchodzi.
Czuję, jak wiatr podrażnia zaczerwienioną skórę na twarzy.
Chyba mi się należało.
W jeszcze bardziej ponurym nastroju wracam do domu. Nie jadę tym razem autobusem i jeszcze chwilę chodzę po parku. W końcu decyduję ostateczny powrót do kamienicy. Przygnębiony pokonuję ostatnią prostą i ze spuszczoną głową wchodzę na pobliski parking. Kopię jakiś mały kamyczek. Mijam ostatni samochód i unoszę głowę. Patrzę na drzwi prowadzące do środka budynku.
- O, nareszcie wróciłeś. Przyszłam oddać pieniądze. - Anna podchodzi do mnie i podaje banknot.
Patrzę na nią jak na zjawę, ale znów czuję ciepło w okolicy... serca?
- Czemu nie masz żadnej bluzy? - Spogląda na mnie karcąco. - I co ty w ogóle wyprawiasz? - Mruży oczy.
- Nie wiem.
- Aha. Dzwoniłam kilka razy, ale nikt nie raczył odebrać domofonu. - Wskazuje głową na okna naszego salonu.
- Bo nikogo nie ma.
- Aha.
Stoimy przez chwilę wpatrując się w swoje twarze.
- Nie rozumiem cię, Kristoff.
- Wiem. Dziękuję za pieniądze, ale zatrzymaj je. Należą ci się, bo pewnie nic nie dostaniesz od tej swojej koleżanki.
- Skąd wiesz? - Pyta zdumiona.
- Bo zazwyczaj wszystko robisz bezinteresownie.
Na jej twarzy pojawia się lekki rumieniec, który z kolei wywołuję delikatny uśmiech na moich ustach.
Znów stoimy w ciszy.
Dziewczyna chowa pieniądze do kieszeni i chrząka.
- W takim razie będę już szła...
- Czekaj. - Wyrywa mi się zbyt szybko.
Patrzy na mnie zainteresowana.
Przeczesuję ręką czuprynę.
- Musisz mi w końcu zrobić herbatę. Myślałem, że się domyślisz, nie jestem aż taki dobroduszny jak ty. - Uśmiecham się, chcąc zatuszować moje niepewności.
- Wiedziałam. Ty nigdy nie robisz czegoś z "porywu serca". - Przewraca oczami.
- Taki już jestem. Chodź, bo mi zimno. - Wstukuję kod i uchylam przed nią drzwi.
Dziewczyna śmieje się cicho i wchodzi po stopniach do naszego mieszkania.
Otwieram kolejne drzwi i wpuszczam ją do środka.
Anna rozbiera kurtkę i rzuca ją na wieszak.
Patrzę na nią jak w obrazek.
Spogląda na mnie i znów chrząka.
Odrywam wzrok z wielkim trudem, gdyż jej bluzka bardzo mi to utrudnia.
- Idę ubrać coś cieplejszego.
- Z cytryną i miodem?
- Tak.
Rozchodzimy się do innych pokoi. Wracam do kuchni, ubrany już w ciepły, zielony sweter w chwili, gdy dziewczyna stawia na stole dwa kubki z parującą cieczą.
Siadam na przeciwko niej i ściskam kubek w dłoniach, żeby choć troch je ogrzać.
Anna robi to samo.
- Gdzie są wszyscy? - Rzuca mi pytające spojrzenie.
- Dziewczyny na jakiejś wystawie, Julek na próbie, a Jack w pizzerii. - Odpowiadam szybko.
- Yhym.
Znów cisza.
- Co u ciebie... w szkole? - Pytam, żeby podtrzymać rozmowę.
Dziewczyna patrzy na mnie lekko przekrzywiając głowę.
- Czy wszystkie dziewczyny o to pytasz? Co w szkole? Naprawdę? - Mruga zdumiona.
- Nie... - Odwracam wzrok.
- To dlaczego mi zadajesz takie pytania?
"Bo inaczej musiałbym cię spytać o to, czy mogę cię pocałować." - Myślę, jednak nie wypowiadam tego zdania na głos.
- Bo inaczej musiałbym cię spytać o rozmiar stanika. - Co ja bredzę?
Anka kiwa głową z politowaniem.
- Dzieciak z ciebie. Zawsze zgrywasz takiego macho?
- Czemu myślisz, że go zgrywam? Może taki jestem? - Odchylam się i opieram plecami o oparcie krzesła.
Anna znów kiwa głową.
- Nie jesteś. Próbujesz taki być, ale tak naprawdę nie jesteś wtedy sobą.
- A jaki jestem według ciebie? - Muszę przyznać, że zaintrygowała mnie.
Dziewczyna podpiera głowę na ręce i chwilę myśli.
- Według mnie jesteś... - Przerywa jej dzwonek telefonu.
Speszona wyciąga komórkę z kieszeni i szybko odbiera połączenie.
- Cześć. Jestem... jestem u Elsy. Nie, nie mogę ci jej dać, bo właśnie jest w łazience. Później? Nie, bo wychodzi na jakąś wystawę i jest już spóźniona. Tak, przekażę. Dobrze, będę czekać na przystanku. Tak. Już wychodzę. - Rozłącza się.
- Muszę iść. - Wstaje od stołu i wychodzi z kuchni.
- Mógłbym cię odwieźć. - Od razu zrywam się z krzesła i idę za nią.
- Nie, mój tata już po mnie jedzie. Nie chcę, no wiesz... żeby cię zobaczył. - Jej strach w oczach wywołuje u mnie falę przygnębienia.
- Okej, chyba rozumiem...
Dziewczyna ubiera kurtkę.
- Nie zrozum mnie źle, ale sam fakt, że jestem u siostry bez wiedzy rodziców już może zapewnić mi karę, a co dopiero fakt, że jestem z nieznajomym chłopakiem w pustym mieszkaniu. No wiesz... o co mi chodzi. - Spuszcza wzrok, żeby ukryć rumieńce.
Nie wiem czemu, ale to jej speszenie wywołuje u mnie uśmiech. Jest naprawdę słodka, kiedy się martwi. Naprawdę muszę się mocno powstrzymywać, żeby nie zacząć jej całować.
- Okej. Idź już. - Otwieram jej drzwi.
Nie mogę dłużej na nią patrzeć. Nie teraz, kiedy jestem sam na sam i kiedy mam naprawdę dziwne myśli.
- Kriss... - Łapie mnie za rękę. - Naprawdę nie chciałam cię urazić...
- Idź już. Wszystko w porządku. - Pod wpływem jej dotyku przechodzi mnie dreszcz.
Dziewczyna patrzy jeszcze chwilę na moją twarz, chcąc się zapewne zorientować o co mi chodzi, ale po kilku sekundach puszcza moją rękę i wychodzi.
- Dziękuję za herbatę. - Krzyczę za nią, gdy znika już za pierwszymi schodami.
- Nie ma za co! - Odkrzykuje mi, a po chwili jej słowom towarzyszy odgłos zamykanych drzwi.
Zostaję sam.
A może nie do końca sam.
Cały czas męczy mnie świadomość, że chyba zakochałem się w najmniej odpowiednim momencie i w najmniej odpowiedniej osobie.
To raczej nie ma sensu.
Jej rodzice, Elsa, ja... Nie, nie, nie.
Zamykam drzwi i opieram się o nie plecami.
To by było na tyle, jeśli chodzi o działanie red bulli. Zmęczony idę do mojego pokoju i padam na łóżko.
"Co ma być to będzie..." - Myślę sobie, kiedy moje oczy pomału się zamykają.
Po chwili już nic do mnie nie dociera.
Budzę się dopiero następnego ranka i zaraz po wejściu do kuchni wiem, że to będzie bardzo zły dzień.
niedziela, 24 maja 2015
Rozdział 9 "- Czy... czy nie wydawała ci się piękna? Miau."
Cześć i czołem :)
Jak wam mija niedziela?
Ja właśnie muszę się pakować na wycieczkę nad morze.
Robię to już od kilku godzin, a moja walizka nadal pusta.
W pierwszej kolejności wy i mój blog :)
Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Czy oni są dla siebie stworzeni? A może siebie w ogóle nie rozumieją?
Czytajcie i komentujcie.
To już drugi rozdział w tym miesiącu (jest progres), więc wywiązałam się z umowy (przynajmniej 2 rozdziały na miesiąc), ale może jak wrócę, to uda mi się jeszcze coś naskrobać. Oczywiście nic nie obiecuję, bo to nigdy nie wiadomo.
Nie przedłużając... Oto dziewiąty rozdział, który powierzam wam.
Przepraszam za błędy, może poprawię je wieczorem, bo na razie brak czasu.
Okej ja spadam, miłej niedzieli (tego co z niej zostało) i wspaniałego nowego tygodnia. :)
Julu
- Skarbie, wstawaj. - Poczułam czyjeś palce na moim policzku.
- Ymmmm... - Jęknęłam. - Jeszcze kilka minut. - Przewróciłam się na drugi bok.
Poczułam, że materac ugina się pod ciężarem siadającego na nim ciała.
- Astrid, wstawaj. Zrobiłam śniadanie.
Podniosłam się z łóżka i spojrzałam zdumiona na babcię.
- Śniadanie?
Babcia przytaknęła, uśmiechając się pod nosem.
- Która jest godzina?
- Około dziesiątej.
- Czy coś się stało?
- Nie. A musiało się coś stać?
- Nie. To znaczy, dawno do mnie nie przychodziłaś, w sensie dawno w ogóle nie wstawałaś z łóżka i ... - Urwałam.
- No widzisz. Nie jestem wcale taka stara Astrid. Potrafię jeszcze się do czegoś przydać. Chodź, bo wystygnie. - Uśmiech babci trochę przygasł. Nie chciałam, żeby moje słowa ją dotknęły.
Wstałam i złapałam ją za rękę zanim zdążyła wyjść.
- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
Staruszka uśmiechnęła się.
- Wiem. Chodź, bo naprawdę będzie zimne. - Razem ruszyłyśmy do kuchni.
Na stole stał koszyk z pieczywem. Dwa talerze leżały naprzeciwko siebie. Każda z nas miała swój ulubiony kubek, zapełniony parującą kawą.
Usiadłam do stołu. Biały ser. O jejku, jak ja go dawno nie jadłam.
Zdążyłam spałaszować już jedną kromkę chleba z białym serem, a tymczasem babcia podała jeszcze swój kisiel z leśnych owoców.
- Widzę, że wspominamy dawne czasy. - Uśmiechnęłam się. Gdy byłam jeszcze mała i mieszkałam w Norwegii bardzo często spędzałam weekendy u babci. Domek babci był malutki, położony na obrzeżach miasta, blisko lasu. Uwielbiałam go. Takie najlepsze miejsce z dzieciństwa to właśnie tamten domek.
- Tak. Pamiętasz tamto lato?
- No pewnie. Uciekłam, jak brawurowa kryminalistka.
- Tak. Zostawiając list, w którym napisałaś, że odchodzisz i że ich nie lubisz, a na końcu dopisałaś adres, żeby wiedzieli gdzie przywieźć twoje rzeczy. - Babcia upiła łyk kawy.
Westchnęłam.
- Ucieczki do ciebie zawsze były zbawienne.
- Ale oni cię kochali Astrid. Nadal cię kochają. - To jest naprawdę bardzo sporna kwestia.
Czy rodzice mnie kochali? Może.
Czy nadal mnie kochają? Nie.
- Wiem, ale w sumie bardzo trudno to zauważyć, kiedy jesteśmy oddaleni od siebie o tysiące kilometrów i widzimy się raz na rok. - Poczułam, że zbiera mi się na łzy.
Babcia wpatrywała się we mnie smutno.
- Bardzo dobry serek. Taki jak za dawnych czasów. - Zmieniłam temat. Nie miałam ochoty rozmawiać o rodzicach.
- Cieszę się, że ci smakuje. - Uwielbiałam, kiedy babcia nie naciskała, nienawidzę mówić czegoś, czego nie chcę.
Po spożytym śniadaniu, które w sumie minęło w bardzo miłej atmosferze odprowadziłam babcię do łóżka i posprzątałam po posiłku. Gdy skończyłam myć talerze i sztućce była godzina 9:43. Postanowiłam, że pójdę się ubrać. Gdy przechodziłam obok drzwi łazienki usłyszałam regularne pikanie, które oznaczało, że nasza pralka skończyła właśnie prać. Weszłam więc do łazienki i wyjęłam mokre, białe pranie. Spojrzałam za okno. Świeciło jeszcze słońce, co nie zdarzało się zbyt często w tym miesiącu. Było ciepło, jak na koniec października. Nawet bardzo ciepło, gdyż termometr za oknem wskazywał 16 stopni Celsjusza. Skoro pogoda była tak zachęcająca postanowiłam, że wywieszą pranie na dworze. Uwielbiałam białe pranie na słońcu. Naturalne wybielanie. Włożyłam więc mokre ubrania do koszyka i przez drzwi tarasowe, znajdujące się w kuchni wyszłam na wyłożony deskami placyk, czyli nasz taras. Podeszłam do sznurków wiszących między drzewami i znów złapałam się na tym, że patrzę w jego okno. Zrugałam się w myślach i zajęłam się praniem.
_______________________________________________________________________
Wszedłem do pokoju i usiadłem przy biurku. Mama zrobiła naprawdę dobre śniadanie i pojechała do pracy. Tata jak zwykle o tej porze był już w warsztacie. Sięgnąłem po książkę, którą aktualnie czytałem. Szczerbatek już znalazł się przy mnie. Pogłaskałem go po grzbiecie, a zwierzę usadowiło się na moich kolanach i zwinęło się w kłębek. Przeczytałem kilka stron i w końcu postanowiłem otworzyć żaluzję, którą zamknąłem przed pójściem spać. Położyłem Szczerbatka na łóżku i znów pogłaskałem go, tym razem za uszami. Zwierzątko zamruczało cicho.
Podszedłem do okna i uchyliłem żaluzję.
Już chciałem odejść, ale wróciłem się szybko, bo moją uwagę przykuła dziewczyna wieszająca pranie.
Nowa sprzątaczka Hoffersonów? Tylko czemu w takim razie jest w piżamie?
Szczerbatek już zauważył moje zainteresowanie i szybciutko znalazł się na parapecie obok mnie.
Nie widziałem twarzy dziewczyny, gdyż było obrócona do mnie plecami. Kociak miauknął znacząco.
- Też jej nie znam. Myślisz, że to ich nowa sprzątaczka?
- Miau.
- No nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby sprzątaczki przychodziły do pracy w koronkowych piżamach.
- Miau.
Przypatrywałam się dziewczynie, dopóki nie skończyła wieszać prania.
Miała długie, jasne blond włosy, lekko falowane u końców. Spod jej krótkiej sukienki nocnej wystawały długie, opalone nogi. Na stopach miała kapcie, różowe w serduszka. Za Chiny nie mogłem dociec, kogo mam przed oczami.
Dziewczyna podniosła koszyk i obejrzała się dokładnie na mnie.
Zasunąłem żaluzję i przełknąłem głośno ślinę.
Astrid.
To była Astrid.
Włożyłem palce między dwie listewki i rozszerzyłem je. Nadal tam stała. Patrzyła wciąż w moje okno. Była... zupełnie inna niż zwykle. Nie miała idealnie ułożonych włosów, jej blada twarz nie miała nawet makijażu. Nie nosiła tym razem swoich wyzywających ubrań i wysokich obcasów. Nie wyglądała jak Astrid. Ale była piękna. Gdy znów spojrzałem w tamtą stronę już jej nie było.
Musiała pewnie zauważyć, że ją obserwuję, albo zauważyła, że ja zauważyłem, że to ona mnie obserwowała.
Ciężko opadłem na obrotowe krzesło stojące przy biurku.
- Widziałeś ją Mordko? - Spojrzałem na czarnego jak smoła kota.
Miauknął.
- Czy... czy nie wydawała ci się piękna?
Miau.
- Wiem, mi też.
Przycisnąłem dłonie do oczu.
Sięgnąłem po telefon. Zanim zorientowałem się co robię, już wysłałem wiadomość.
Przeczytałem ją jeszcze raz. Nie no, Merida chyba mnie wyśmieje, albo zaraz przybiegnie sprawdzić, czy nie zwariowałem. Chciałem usunąć wiadomość, ale gdy ponownie sięgnąłem po komórkę na wyświetlaczu już widniało kilka wiadomości.
Super.
Odblokowałem telefon i spojrzałem na sms'a od Meri.
"Kim jesteś i co zrobiłeś Czkawce? Mam przyjść? Już lecę. Jesteś chory? Mam coś przywieźć?"
Cholera.
Nie chciałem, żeby tutaj przyjeżdżała. Nie wiedziałem co w ogóle mam robić.
Napisałem jej ponownie sms'a, że to było próba zaproszenia Ani na bal, ale nie chciałem pisać jej imienia, bo strasznie mnie peszy.
Oczywiście nie była to prawda. W tej chwili w ogóle nie myślałem o Annie, ale udało mi się powstrzymać Meridę, przed natarciem na mój dom.
Uff...
Wróciłem do czytanie książki, ale już nie próbowałem odsłaniać rolet. Zapaliłem małą lampkę i czytałam, dopóki nie zadzwoniła mama.
- Halo? - Przytknąłem aparat do ramienia i przycisnąłem go głową, dzięki temu miałem wolne ręce i mogłem nadal czytać książkę.
- Mamooo... nie. Pójdziesz sama, jak wrócisz. Ja aktualnie szedłem pod prysznic. Mamo, nie. Proszę! Dobra. Okej, już przestań! Tak, pójdę. Tak. Pa. - Właśnie zostałem wkopany w coś, czego nie chcę robić w tym momencie.
Wstałem i podszedłem do szafy. Wcisnąłem na siebie szary t-shirti czarne spodnie. Założyłem trampki, pożegnałem się ze Szczerbatkiem i wyszedłem z domu.
Po chwili byłem już pod drzwiami Astrid. Wziąłem głęboki oddech i zastukałem w ciemne, drewniane drzwi. Po kilku sekundach spojrzałem na swoje odbicie w szybce drzwi i już miałem uciekać do domu. Niestety było już za późno. Usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi i po chwili stałem przed zwyczajną Astrid.
Dziewczyna miała na sobie czarne leginsy i różowy sweter, który z przodu był lekko skrojony. Włosy miała upięte w wysokiego, natapirowanego koka. Jej oczy były obwiedzione grubymi kreskami, a na ustach lśnił różowy błyszczyk.
Chciałem jej powiedzieć, żeby wróciła do stroju z przed pół godziny. Chciałem jej powiedzieć, żeby znów była zwyczajną sobą.
_______________________________________________________________________
- Em... cześć. - Palce jego stopy nerwowo wierciły dziurę w deskach.
Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Z jednej strony znów chciałam być zimną suką, taką jak w szkole, ale z drugiej nie potrafiłam.
- Cześć. - Napięłam wszystkie mięśnie mojej twarzy, żeby tylko się nie uśmiechnąć.
Przygryzłam wargę, gdy spojrzałam na jego rozczochrane włosy. Były idealne. Ciemna czekolada, uwielbiałam ciemną czekoladę i jego włosy.
Chłopak stał i nerwowo kręcił głową.
- Czy coś się stało? - Znów mój głos był nieco ostrzejszy, niż zamierzałam.
- Nie. To znaczy tak. - Czkawka miotał się w odpowiedzi. - Przyszedłem, zamiast mojej mamy, żeby pójść z twoją babcią na spacer. - Wydusił w końcu z siebie.
Cholera. Chciałam go zbyć. Ale tak nie można. Co mam zrobić? Wpuścić go do środka, spławić czy grzecznie podziękować?
- Wejdź. - Uchyliłam w końcu drzwi.
Chłopak nieśmiało wszedł do środka, a ja ruszyłam do sypialni mojej babci.
Zanim zdążyłam jednak wyjść z przedpokoju, w drzwiach pojawiła się staruszka i chytrze się do mnie uśmiechnęła.
Nie, nie, nie.
- Czy ty jesteś synem pani Haddock? - spytała.
Czkawka kiwnął głową i przedstawił się.
- Dobrze, w takim razie, żeby ci nie było nudno ze starą kobietą Astrid pójdzie z nami. Jesteście w tym samym wieku? - Popatrzyła na nas.
Kiwnęliśmy jednocześnie głową.
Ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Poczekam na zewnątrz. - Chłopak chyba też czuł się odrobinę nieswojo.
Pomogłam babci przy ubieraniu butów i kurtki.
Staruszka ciągle się uśmiechała, ale ja nie miałam zamiaru okazać jakiegokolwiek zainteresowania jej planem. Wiedziałam, że czekała tylko na potwierdzenie jej przypuszczeń, a z mojej strony na pewno ich nie dostanie. No i właśnie dlatego musiałam iść z nimi na spacer.
Skomplikowane, wiem.
Wyszliśmy z domu. Wzięłam babcie pod rękę, a Czkawka szedł obok. Tak naprawdę nie był tutaj potrzebny. Mogłam sama wychodzić z babcią, ale chodziło również o to, żeby miała ona kontakt z sąsiadkami i z kimś innym niż ja.
Szliśmy wolno. Babcia cały czas coś mówiła, a my milczeliśmy. Uszliśmy tak spory kawał drogi i usiedliśmy dopiero na ławce w parku, który znajdował się w centrum naszej dzielnicy.
- Mam ochotę, na jakieś słodkości.
- Gdzie byś chciała pójść babciu?
- Tutaj niedaleko jest "Kawiarnia całusek". Mają tam naprawdę dobre ciasta, mama często je zamawia. - Odezwał się Czkawka.
- Chodźmy w takim razie. - Zarządziła babcia i już po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.
Czkawka otworzył przed nami drzwi, a my weszłyśmy do środka i zajęłyśmy ustronne miejsce przy oknie. Kanapa była miękka z kilkoma poduszkami. Kawiarnia była bardzo ładnie urządzona. Stary regał z książkami dodawał uroku, a przysłonięte przez chmury słońce leniwie wysyłało słabe promyki w naszą stronę.
Usiadłam obok babci, ale ona zaczęła marudzić, że jej tutaj niewygodnie i koniec końców ja siedziałam oczywiście obok bruneta.
Zajebiście.
Zaczęłam się stresować.
Randka z babcią u boku i wymarzonym chłopakiem nie jest najlepszym pomysłem.
Zamówiliśmy trzy gorące czekolady i dla każdego po kawałku ciasta.
Widziałam, że Czkawka czuje się bardzo nieswojo. A jak miał się czuć? Nawet nas nie zna. Ja też nie byłam w swoim żywiole, tylko babcia wyglądała na kompletnie nie zrażoną całą sytuacją.
W końcu przyniesiono nasze desery.
Kelnerka podała filiżanki z płynną czekoladą. Chciałam po nią sięgnąć, ale chłopak był szybszy. Postawił filiżankę przede mną i uśmiechnął się. Spuściłam wzrok.
Naprawdę? Czy babcia musiała tu być?
Po chwili spostrzegłam kilka dziewczyn ze szkoły, które siedziały obok nas.
Cholera.
Groźna Astrid siedzi sobie ze starszą panią i jakimś kompletnie nieznanym chłopakiem.
Schowałam się jeszcze głębiej w kanapę i wolno sączyłam czekoladę.
Babcia w tym czasie odnalazła wspólny język z Czkawką i rozmawiali teraz jak starzy znajomi.
Czkawka żywo coś gestykulował, a babcia słuchała w skupieniu, niestety chłopak przez przypadek zrzucił na moje kolana swoją filiżankę. Czekolada rozlała się po moich leginsach, a filiżanka upadła na podłogę z głośnym trzaskiem i roztłukła się. W całej kawiarni zrobiło się potwornie cicho, a ja czułam na sobie wzrok wszystkich gości. Poczułam, że się czerwienię.
Zajebiście. Cholera, Zajebiście.
Czkawka był zszokowany.
- Jeju, Atrid, przepraszam. Ja nie chciałem... jakoś tak wyszło. Przepraszam. - Przepraszając mnie gorąco podał mi serwetki.
Widziałam, że dziewczyny już wszystko zobaczyły. Zajebiście.
Jedna z nich nawet uśmiechała się pod nosem.
Bez słowa wstałam i omijając Czkawkę, wyszłam z kawiarni. Zatrzymałam się dopiero kilkanaście metrów od tamtego miejsca i oparłam się o ścianę jakiegoś budynku. Z kieszeni kurtki wygrzebałam papierosa i szybko odpaliłam.
Co się przed chwilą stało? Cały mój kamuflaż groźniej i bezwzględnej suki zniknął. Wszyscy będą wiedzieli o tym, że Astrid była sobie w sobotę ze swoją babcią i fajtłapowatym chłopakiem w kawiarni i jak grzeczna dziewczynka piła gorącą czekoladę, a gdy fajtłapowaty chłopak wylał na nią słodki płyn, ona wstała i wyszła. Bez awantur. Bez przekleństw. Jak poukładana, grzeczna dziewczynka.
- Astrid!
Nie, nie, nie.
- Astrid!
Odejdź.
- Astrid! O... tutaj jesteś. - Czkawka pojawił się naprzeciwko mnie. - Nie chciałem. Przepraszam. Naprawdę nie chciałem. Jakoś tak wyszło... - Chłopak oparł się plecami o tą samą ścianę.
Widziałam, że krzywi się, czując dym papierosa, ale nie zamierzałam go zgasić.
- Co z babcią?
- Zadzwoniłem po mamę. Zabrała ją do domu.
- Dobrze.
Nie dobrze.
- Słuchaj, wiem, że ogólnie to nie przepadasz za mną, ale czy ja ci coś zrobiłem? No oprócz tej czekolady. No, ale ty od zawsze traktujesz wszystkich z góry... to znaczy nie wszystkich. Oj, no po prostu jesteś taka jakaś... zimna? Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, ale chodzi mi o to, że właściwie moglibyśmy się chyba dogadywać. Tak mi się wydaję. No, chyba, że ja nie zasługuję na twoją uwagę, bo nie jestem nikim znaczącym... - Zamknęłam oczy.
Co ja mam mu powiedzieć? Że go unikam, bo naprawdę go kocham, tylko nie mam pojęcia, jak się za to zabrać? Że stworzyłam z siebie zimną sukę, bo miałam dość tego, że traktują mnie jak słodką dziewczynkę? Że miałam dość, jak się zawodziłam na wielu przyjaźniach i związkach? To mu miałam powiedzieć?
- Rozumiem, okej. Nie było tematu. Nie będę się narzucać i rozumiem, że nie możemy być normalnymi sąsiadami, bo ty po prostu nie obracasz się w towarzystwie osób takich jak ja. Idę. - Chłopak oderwał się od ściany i ruszył w drogę powrotną.
- Czkawka...
Przystanął, ale się nie obrócił.
Podeszłam do niego i stanęłam przed nim. Był ode mnie wyższy, a to się bardzo rzadko zdarzało, że chłopak był ode mnie wyższy, nawet gdy miałam na sobie obcasy, takie jak teraz.
- Słuchaj... Ty tego nie zrozumiesz. Nie chodzi o to, że nie jesteś inteligentny, tylko to jest bardzo ciężkie i zagmatwane. Nie możesz oczekiwać ode mnie, że nagle zaczniemy się kolegować, bo to chyba trochę nierealne. Wiem, że teraz myślisz, że mówię tak dlatego, że jestem jakąś dzianą dziunią, która się wozi i jest "fejmem" w szkole, ale to nie tak. Nie chcę o tym mówić. Nie powiem ci nic o sobie, bo chyba nie jestem na to gotowa... - Chłopak milczał.
- Jeśli ci się wydaje, że traktuję cię z góry, to przepraszam. To już chyba weszło w nawyk. W każdym razie dziękuję, że dzisiaj przyszedłeś i nie gniewam się za tą czekoladę, ale to chyba nie jest czas, żeby zawierać nowe znajomości... Możesz iść, wrócę sama. Podziękuj swojej mamie, a ja dziękuję tobie.
Brunet skinął głową i uśmiechnął się pod nosem. Nie naciskał, za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Uśmiechnął się jeszcze raz, odpowiedziałam mu uśmiechem i odsunęłam się na bok.
Chłopak minął mnie i poszedł. Spuściłam głowę.
- Nie wiem, o co chodzi Astrid, ale wiem, że gdy dzisiaj rano wieszałaś pranie w samej piżamie, baz makijażu i w nieułożonych włosach byłaś szczęśliwa. Teraz chyba nie jesteś. Ale to twój problem, o którym nie chcesz mówić. Rozumiem. Do poniedziałku. - Gdy podniosłam wzrok on właśnie znikał za rogiem ulicy.
Czyli mnie jednak widział.
W piżamie.
Bez makijażu.
Bez markowych ciuchów i bez wysokich obcasów.
I przyszedł.
Chyba kiedyś mu wszystko opowiem.
Jak znów będę szczęśliwa i odważna. Te dwie rzeczy, nie występują jednak razem.
Jak wam mija niedziela?
Ja właśnie muszę się pakować na wycieczkę nad morze.
Robię to już od kilku godzin, a moja walizka nadal pusta.
W pierwszej kolejności wy i mój blog :)
Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Czy oni są dla siebie stworzeni? A może siebie w ogóle nie rozumieją?
Czytajcie i komentujcie.
To już drugi rozdział w tym miesiącu (jest progres), więc wywiązałam się z umowy (przynajmniej 2 rozdziały na miesiąc), ale może jak wrócę, to uda mi się jeszcze coś naskrobać. Oczywiście nic nie obiecuję, bo to nigdy nie wiadomo.
Nie przedłużając... Oto dziewiąty rozdział, który powierzam wam.
Przepraszam za błędy, może poprawię je wieczorem, bo na razie brak czasu.
Okej ja spadam, miłej niedzieli (tego co z niej zostało) i wspaniałego nowego tygodnia. :)
Julu
- Skarbie, wstawaj. - Poczułam czyjeś palce na moim policzku.
- Ymmmm... - Jęknęłam. - Jeszcze kilka minut. - Przewróciłam się na drugi bok.
Poczułam, że materac ugina się pod ciężarem siadającego na nim ciała.
- Astrid, wstawaj. Zrobiłam śniadanie.
Podniosłam się z łóżka i spojrzałam zdumiona na babcię.
- Śniadanie?
Babcia przytaknęła, uśmiechając się pod nosem.
- Która jest godzina?
- Około dziesiątej.
- Czy coś się stało?
- Nie. A musiało się coś stać?
- Nie. To znaczy, dawno do mnie nie przychodziłaś, w sensie dawno w ogóle nie wstawałaś z łóżka i ... - Urwałam.
- No widzisz. Nie jestem wcale taka stara Astrid. Potrafię jeszcze się do czegoś przydać. Chodź, bo wystygnie. - Uśmiech babci trochę przygasł. Nie chciałam, żeby moje słowa ją dotknęły.
Wstałam i złapałam ją za rękę zanim zdążyła wyjść.
- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
Staruszka uśmiechnęła się.
- Wiem. Chodź, bo naprawdę będzie zimne. - Razem ruszyłyśmy do kuchni.
Na stole stał koszyk z pieczywem. Dwa talerze leżały naprzeciwko siebie. Każda z nas miała swój ulubiony kubek, zapełniony parującą kawą.
Usiadłam do stołu. Biały ser. O jejku, jak ja go dawno nie jadłam.
Zdążyłam spałaszować już jedną kromkę chleba z białym serem, a tymczasem babcia podała jeszcze swój kisiel z leśnych owoców.
- Widzę, że wspominamy dawne czasy. - Uśmiechnęłam się. Gdy byłam jeszcze mała i mieszkałam w Norwegii bardzo często spędzałam weekendy u babci. Domek babci był malutki, położony na obrzeżach miasta, blisko lasu. Uwielbiałam go. Takie najlepsze miejsce z dzieciństwa to właśnie tamten domek.
- Tak. Pamiętasz tamto lato?
- No pewnie. Uciekłam, jak brawurowa kryminalistka.
- Tak. Zostawiając list, w którym napisałaś, że odchodzisz i że ich nie lubisz, a na końcu dopisałaś adres, żeby wiedzieli gdzie przywieźć twoje rzeczy. - Babcia upiła łyk kawy.
Westchnęłam.
- Ucieczki do ciebie zawsze były zbawienne.
- Ale oni cię kochali Astrid. Nadal cię kochają. - To jest naprawdę bardzo sporna kwestia.
Czy rodzice mnie kochali? Może.
Czy nadal mnie kochają? Nie.
- Wiem, ale w sumie bardzo trudno to zauważyć, kiedy jesteśmy oddaleni od siebie o tysiące kilometrów i widzimy się raz na rok. - Poczułam, że zbiera mi się na łzy.
Babcia wpatrywała się we mnie smutno.
- Bardzo dobry serek. Taki jak za dawnych czasów. - Zmieniłam temat. Nie miałam ochoty rozmawiać o rodzicach.
- Cieszę się, że ci smakuje. - Uwielbiałam, kiedy babcia nie naciskała, nienawidzę mówić czegoś, czego nie chcę.
Po spożytym śniadaniu, które w sumie minęło w bardzo miłej atmosferze odprowadziłam babcię do łóżka i posprzątałam po posiłku. Gdy skończyłam myć talerze i sztućce była godzina 9:43. Postanowiłam, że pójdę się ubrać. Gdy przechodziłam obok drzwi łazienki usłyszałam regularne pikanie, które oznaczało, że nasza pralka skończyła właśnie prać. Weszłam więc do łazienki i wyjęłam mokre, białe pranie. Spojrzałam za okno. Świeciło jeszcze słońce, co nie zdarzało się zbyt często w tym miesiącu. Było ciepło, jak na koniec października. Nawet bardzo ciepło, gdyż termometr za oknem wskazywał 16 stopni Celsjusza. Skoro pogoda była tak zachęcająca postanowiłam, że wywieszą pranie na dworze. Uwielbiałam białe pranie na słońcu. Naturalne wybielanie. Włożyłam więc mokre ubrania do koszyka i przez drzwi tarasowe, znajdujące się w kuchni wyszłam na wyłożony deskami placyk, czyli nasz taras. Podeszłam do sznurków wiszących między drzewami i znów złapałam się na tym, że patrzę w jego okno. Zrugałam się w myślach i zajęłam się praniem.
_______________________________________________________________________
Wszedłem do pokoju i usiadłem przy biurku. Mama zrobiła naprawdę dobre śniadanie i pojechała do pracy. Tata jak zwykle o tej porze był już w warsztacie. Sięgnąłem po książkę, którą aktualnie czytałem. Szczerbatek już znalazł się przy mnie. Pogłaskałem go po grzbiecie, a zwierzę usadowiło się na moich kolanach i zwinęło się w kłębek. Przeczytałem kilka stron i w końcu postanowiłem otworzyć żaluzję, którą zamknąłem przed pójściem spać. Położyłem Szczerbatka na łóżku i znów pogłaskałem go, tym razem za uszami. Zwierzątko zamruczało cicho.
Podszedłem do okna i uchyliłem żaluzję.
Już chciałem odejść, ale wróciłem się szybko, bo moją uwagę przykuła dziewczyna wieszająca pranie.
Nowa sprzątaczka Hoffersonów? Tylko czemu w takim razie jest w piżamie?
Szczerbatek już zauważył moje zainteresowanie i szybciutko znalazł się na parapecie obok mnie.
Nie widziałem twarzy dziewczyny, gdyż było obrócona do mnie plecami. Kociak miauknął znacząco.
- Też jej nie znam. Myślisz, że to ich nowa sprzątaczka?
- Miau.
- No nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby sprzątaczki przychodziły do pracy w koronkowych piżamach.
- Miau.
Przypatrywałam się dziewczynie, dopóki nie skończyła wieszać prania.
Miała długie, jasne blond włosy, lekko falowane u końców. Spod jej krótkiej sukienki nocnej wystawały długie, opalone nogi. Na stopach miała kapcie, różowe w serduszka. Za Chiny nie mogłem dociec, kogo mam przed oczami.
Dziewczyna podniosła koszyk i obejrzała się dokładnie na mnie.
Zasunąłem żaluzję i przełknąłem głośno ślinę.
Astrid.
To była Astrid.
Włożyłem palce między dwie listewki i rozszerzyłem je. Nadal tam stała. Patrzyła wciąż w moje okno. Była... zupełnie inna niż zwykle. Nie miała idealnie ułożonych włosów, jej blada twarz nie miała nawet makijażu. Nie nosiła tym razem swoich wyzywających ubrań i wysokich obcasów. Nie wyglądała jak Astrid. Ale była piękna. Gdy znów spojrzałem w tamtą stronę już jej nie było.
Musiała pewnie zauważyć, że ją obserwuję, albo zauważyła, że ja zauważyłem, że to ona mnie obserwowała.
Ciężko opadłem na obrotowe krzesło stojące przy biurku.
- Widziałeś ją Mordko? - Spojrzałem na czarnego jak smoła kota.
Miauknął.
- Czy... czy nie wydawała ci się piękna?
Miau.
- Wiem, mi też.
Przycisnąłem dłonie do oczu.
Sięgnąłem po telefon. Zanim zorientowałem się co robię, już wysłałem wiadomość.
Przeczytałem ją jeszcze raz. Nie no, Merida chyba mnie wyśmieje, albo zaraz przybiegnie sprawdzić, czy nie zwariowałem. Chciałem usunąć wiadomość, ale gdy ponownie sięgnąłem po komórkę na wyświetlaczu już widniało kilka wiadomości.
Super.
Odblokowałem telefon i spojrzałem na sms'a od Meri.
"Kim jesteś i co zrobiłeś Czkawce? Mam przyjść? Już lecę. Jesteś chory? Mam coś przywieźć?"
Cholera.
Nie chciałem, żeby tutaj przyjeżdżała. Nie wiedziałem co w ogóle mam robić.
Napisałem jej ponownie sms'a, że to było próba zaproszenia Ani na bal, ale nie chciałem pisać jej imienia, bo strasznie mnie peszy.
Oczywiście nie była to prawda. W tej chwili w ogóle nie myślałem o Annie, ale udało mi się powstrzymać Meridę, przed natarciem na mój dom.
Uff...
Wróciłem do czytanie książki, ale już nie próbowałem odsłaniać rolet. Zapaliłem małą lampkę i czytałam, dopóki nie zadzwoniła mama.
- Halo? - Przytknąłem aparat do ramienia i przycisnąłem go głową, dzięki temu miałem wolne ręce i mogłem nadal czytać książkę.
- Mamooo... nie. Pójdziesz sama, jak wrócisz. Ja aktualnie szedłem pod prysznic. Mamo, nie. Proszę! Dobra. Okej, już przestań! Tak, pójdę. Tak. Pa. - Właśnie zostałem wkopany w coś, czego nie chcę robić w tym momencie.
Wstałem i podszedłem do szafy. Wcisnąłem na siebie szary t-shirti czarne spodnie. Założyłem trampki, pożegnałem się ze Szczerbatkiem i wyszedłem z domu.
Po chwili byłem już pod drzwiami Astrid. Wziąłem głęboki oddech i zastukałem w ciemne, drewniane drzwi. Po kilku sekundach spojrzałem na swoje odbicie w szybce drzwi i już miałem uciekać do domu. Niestety było już za późno. Usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi i po chwili stałem przed zwyczajną Astrid.
Dziewczyna miała na sobie czarne leginsy i różowy sweter, który z przodu był lekko skrojony. Włosy miała upięte w wysokiego, natapirowanego koka. Jej oczy były obwiedzione grubymi kreskami, a na ustach lśnił różowy błyszczyk.
Chciałem jej powiedzieć, żeby wróciła do stroju z przed pół godziny. Chciałem jej powiedzieć, żeby znów była zwyczajną sobą.
_______________________________________________________________________
- Em... cześć. - Palce jego stopy nerwowo wierciły dziurę w deskach.
Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Z jednej strony znów chciałam być zimną suką, taką jak w szkole, ale z drugiej nie potrafiłam.
- Cześć. - Napięłam wszystkie mięśnie mojej twarzy, żeby tylko się nie uśmiechnąć.
Przygryzłam wargę, gdy spojrzałam na jego rozczochrane włosy. Były idealne. Ciemna czekolada, uwielbiałam ciemną czekoladę i jego włosy.
Chłopak stał i nerwowo kręcił głową.
- Czy coś się stało? - Znów mój głos był nieco ostrzejszy, niż zamierzałam.
- Nie. To znaczy tak. - Czkawka miotał się w odpowiedzi. - Przyszedłem, zamiast mojej mamy, żeby pójść z twoją babcią na spacer. - Wydusił w końcu z siebie.
Cholera. Chciałam go zbyć. Ale tak nie można. Co mam zrobić? Wpuścić go do środka, spławić czy grzecznie podziękować?
- Wejdź. - Uchyliłam w końcu drzwi.
Chłopak nieśmiało wszedł do środka, a ja ruszyłam do sypialni mojej babci.
Zanim zdążyłam jednak wyjść z przedpokoju, w drzwiach pojawiła się staruszka i chytrze się do mnie uśmiechnęła.
Nie, nie, nie.
- Czy ty jesteś synem pani Haddock? - spytała.
Czkawka kiwnął głową i przedstawił się.
- Dobrze, w takim razie, żeby ci nie było nudno ze starą kobietą Astrid pójdzie z nami. Jesteście w tym samym wieku? - Popatrzyła na nas.
Kiwnęliśmy jednocześnie głową.
Ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Poczekam na zewnątrz. - Chłopak chyba też czuł się odrobinę nieswojo.
Pomogłam babci przy ubieraniu butów i kurtki.
Staruszka ciągle się uśmiechała, ale ja nie miałam zamiaru okazać jakiegokolwiek zainteresowania jej planem. Wiedziałam, że czekała tylko na potwierdzenie jej przypuszczeń, a z mojej strony na pewno ich nie dostanie. No i właśnie dlatego musiałam iść z nimi na spacer.
Skomplikowane, wiem.
Wyszliśmy z domu. Wzięłam babcie pod rękę, a Czkawka szedł obok. Tak naprawdę nie był tutaj potrzebny. Mogłam sama wychodzić z babcią, ale chodziło również o to, żeby miała ona kontakt z sąsiadkami i z kimś innym niż ja.
Szliśmy wolno. Babcia cały czas coś mówiła, a my milczeliśmy. Uszliśmy tak spory kawał drogi i usiedliśmy dopiero na ławce w parku, który znajdował się w centrum naszej dzielnicy.
- Mam ochotę, na jakieś słodkości.
- Gdzie byś chciała pójść babciu?
- Tutaj niedaleko jest "Kawiarnia całusek". Mają tam naprawdę dobre ciasta, mama często je zamawia. - Odezwał się Czkawka.
- Chodźmy w takim razie. - Zarządziła babcia i już po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.
Czkawka otworzył przed nami drzwi, a my weszłyśmy do środka i zajęłyśmy ustronne miejsce przy oknie. Kanapa była miękka z kilkoma poduszkami. Kawiarnia była bardzo ładnie urządzona. Stary regał z książkami dodawał uroku, a przysłonięte przez chmury słońce leniwie wysyłało słabe promyki w naszą stronę.
Usiadłam obok babci, ale ona zaczęła marudzić, że jej tutaj niewygodnie i koniec końców ja siedziałam oczywiście obok bruneta.
Zajebiście.
Zaczęłam się stresować.
Randka z babcią u boku i wymarzonym chłopakiem nie jest najlepszym pomysłem.
Zamówiliśmy trzy gorące czekolady i dla każdego po kawałku ciasta.
Widziałam, że Czkawka czuje się bardzo nieswojo. A jak miał się czuć? Nawet nas nie zna. Ja też nie byłam w swoim żywiole, tylko babcia wyglądała na kompletnie nie zrażoną całą sytuacją.
W końcu przyniesiono nasze desery.
Kelnerka podała filiżanki z płynną czekoladą. Chciałam po nią sięgnąć, ale chłopak był szybszy. Postawił filiżankę przede mną i uśmiechnął się. Spuściłam wzrok.
Naprawdę? Czy babcia musiała tu być?
Po chwili spostrzegłam kilka dziewczyn ze szkoły, które siedziały obok nas.
Cholera.
Groźna Astrid siedzi sobie ze starszą panią i jakimś kompletnie nieznanym chłopakiem.
Schowałam się jeszcze głębiej w kanapę i wolno sączyłam czekoladę.
Babcia w tym czasie odnalazła wspólny język z Czkawką i rozmawiali teraz jak starzy znajomi.
Czkawka żywo coś gestykulował, a babcia słuchała w skupieniu, niestety chłopak przez przypadek zrzucił na moje kolana swoją filiżankę. Czekolada rozlała się po moich leginsach, a filiżanka upadła na podłogę z głośnym trzaskiem i roztłukła się. W całej kawiarni zrobiło się potwornie cicho, a ja czułam na sobie wzrok wszystkich gości. Poczułam, że się czerwienię.
Zajebiście. Cholera, Zajebiście.
Czkawka był zszokowany.
- Jeju, Atrid, przepraszam. Ja nie chciałem... jakoś tak wyszło. Przepraszam. - Przepraszając mnie gorąco podał mi serwetki.
Widziałam, że dziewczyny już wszystko zobaczyły. Zajebiście.
Jedna z nich nawet uśmiechała się pod nosem.
Bez słowa wstałam i omijając Czkawkę, wyszłam z kawiarni. Zatrzymałam się dopiero kilkanaście metrów od tamtego miejsca i oparłam się o ścianę jakiegoś budynku. Z kieszeni kurtki wygrzebałam papierosa i szybko odpaliłam.
Co się przed chwilą stało? Cały mój kamuflaż groźniej i bezwzględnej suki zniknął. Wszyscy będą wiedzieli o tym, że Astrid była sobie w sobotę ze swoją babcią i fajtłapowatym chłopakiem w kawiarni i jak grzeczna dziewczynka piła gorącą czekoladę, a gdy fajtłapowaty chłopak wylał na nią słodki płyn, ona wstała i wyszła. Bez awantur. Bez przekleństw. Jak poukładana, grzeczna dziewczynka.
- Astrid!
Nie, nie, nie.
- Astrid!
Odejdź.
- Astrid! O... tutaj jesteś. - Czkawka pojawił się naprzeciwko mnie. - Nie chciałem. Przepraszam. Naprawdę nie chciałem. Jakoś tak wyszło... - Chłopak oparł się plecami o tą samą ścianę.
Widziałam, że krzywi się, czując dym papierosa, ale nie zamierzałam go zgasić.
- Co z babcią?
- Zadzwoniłem po mamę. Zabrała ją do domu.
- Dobrze.
Nie dobrze.
- Słuchaj, wiem, że ogólnie to nie przepadasz za mną, ale czy ja ci coś zrobiłem? No oprócz tej czekolady. No, ale ty od zawsze traktujesz wszystkich z góry... to znaczy nie wszystkich. Oj, no po prostu jesteś taka jakaś... zimna? Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, ale chodzi mi o to, że właściwie moglibyśmy się chyba dogadywać. Tak mi się wydaję. No, chyba, że ja nie zasługuję na twoją uwagę, bo nie jestem nikim znaczącym... - Zamknęłam oczy.
Co ja mam mu powiedzieć? Że go unikam, bo naprawdę go kocham, tylko nie mam pojęcia, jak się za to zabrać? Że stworzyłam z siebie zimną sukę, bo miałam dość tego, że traktują mnie jak słodką dziewczynkę? Że miałam dość, jak się zawodziłam na wielu przyjaźniach i związkach? To mu miałam powiedzieć?
- Rozumiem, okej. Nie było tematu. Nie będę się narzucać i rozumiem, że nie możemy być normalnymi sąsiadami, bo ty po prostu nie obracasz się w towarzystwie osób takich jak ja. Idę. - Chłopak oderwał się od ściany i ruszył w drogę powrotną.
- Czkawka...
Przystanął, ale się nie obrócił.
Podeszłam do niego i stanęłam przed nim. Był ode mnie wyższy, a to się bardzo rzadko zdarzało, że chłopak był ode mnie wyższy, nawet gdy miałam na sobie obcasy, takie jak teraz.
- Słuchaj... Ty tego nie zrozumiesz. Nie chodzi o to, że nie jesteś inteligentny, tylko to jest bardzo ciężkie i zagmatwane. Nie możesz oczekiwać ode mnie, że nagle zaczniemy się kolegować, bo to chyba trochę nierealne. Wiem, że teraz myślisz, że mówię tak dlatego, że jestem jakąś dzianą dziunią, która się wozi i jest "fejmem" w szkole, ale to nie tak. Nie chcę o tym mówić. Nie powiem ci nic o sobie, bo chyba nie jestem na to gotowa... - Chłopak milczał.
- Jeśli ci się wydaje, że traktuję cię z góry, to przepraszam. To już chyba weszło w nawyk. W każdym razie dziękuję, że dzisiaj przyszedłeś i nie gniewam się za tą czekoladę, ale to chyba nie jest czas, żeby zawierać nowe znajomości... Możesz iść, wrócę sama. Podziękuj swojej mamie, a ja dziękuję tobie.
Brunet skinął głową i uśmiechnął się pod nosem. Nie naciskał, za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Uśmiechnął się jeszcze raz, odpowiedziałam mu uśmiechem i odsunęłam się na bok.
Chłopak minął mnie i poszedł. Spuściłam głowę.
- Nie wiem, o co chodzi Astrid, ale wiem, że gdy dzisiaj rano wieszałaś pranie w samej piżamie, baz makijażu i w nieułożonych włosach byłaś szczęśliwa. Teraz chyba nie jesteś. Ale to twój problem, o którym nie chcesz mówić. Rozumiem. Do poniedziałku. - Gdy podniosłam wzrok on właśnie znikał za rogiem ulicy.
Czyli mnie jednak widział.
W piżamie.
Bez makijażu.
Bez markowych ciuchów i bez wysokich obcasów.
I przyszedł.
Chyba kiedyś mu wszystko opowiem.
Jak znów będę szczęśliwa i odważna. Te dwie rzeczy, nie występują jednak razem.
czwartek, 7 maja 2015
Informacje
Hej, jestem Zuzia. Na tym blogu pełnie funkcje można powiedzieć - programisty. Zmieniam różne rzeczy, jak np. tło, kiedy coś nie działa, naprawiam to, ustawiam i w ogóle takie rzeczy. Mało ważna rola, ale jestem w tym bardziej ogarnięta niż nasza Julcia.
Więc jeśli już mnie chociaż minimalnie poznaliście, to chciałabym wam przedstawić wszystkie informację o tym co się dzieje teraz.
1. Pojawił się nowy rozdział (numer 8), kto zdążył przeczytać temu gratuluję. Niestety przypadkiem usunęła się jego połowa i nie da się jej odzyskać, więc tekst stał się niepubliczny. Kiedy znów się pojawi? Najprawdopodobniej w tedy, kiedy Julka znowu znajdzie czas i inspirację do pisania. Myślę, że możecie czekać około tygodnia. (Juluś spinamy dupke i nie popełniamy drugi raz tego samego błędu.)
2. Jula obiecywała częstsze pisanie, lecz nie pozwolił jej na to stan wszechświata. Brak laptopa (ponieważ był w naprawie) jest beznadziejny, a z telefonu nie da się pisać dłuższych prac.
3. Ludzie nie zasypiajcie i nie zapominajcie o czytaniu i komentowaniu naszego (Mogę tak powiedzieć?) bloga. Jula ma już swoje narzędzie pracy i wszystko powinno wrócić to poprzedniej normy. (Mam na myśli chociaż trzy rozdziały miesięcznie.)
Pozdrawiam i czekajcie na kolejny rozdział, bo akcja na pewno się rozkręci :)
Więc jeśli już mnie chociaż minimalnie poznaliście, to chciałabym wam przedstawić wszystkie informację o tym co się dzieje teraz.
1. Pojawił się nowy rozdział (numer 8), kto zdążył przeczytać temu gratuluję. Niestety przypadkiem usunęła się jego połowa i nie da się jej odzyskać, więc tekst stał się niepubliczny. Kiedy znów się pojawi? Najprawdopodobniej w tedy, kiedy Julka znowu znajdzie czas i inspirację do pisania. Myślę, że możecie czekać około tygodnia. (Juluś spinamy dupke i nie popełniamy drugi raz tego samego błędu.)
2. Jula obiecywała częstsze pisanie, lecz nie pozwolił jej na to stan wszechświata. Brak laptopa (ponieważ był w naprawie) jest beznadziejny, a z telefonu nie da się pisać dłuższych prac.
3. Ludzie nie zasypiajcie i nie zapominajcie o czytaniu i komentowaniu naszego (Mogę tak powiedzieć?) bloga. Jula ma już swoje narzędzie pracy i wszystko powinno wrócić to poprzedniej normy. (Mam na myśli chociaż trzy rozdziały miesięcznie.)
Pozdrawiam i czekajcie na kolejny rozdział, bo akcja na pewno się rozkręci :)
środa, 6 maja 2015
Rozdział 8 "- W sypialni? - Zatrzepotałam rzęsami."
Hej, hej :) Odzyskałam mój komputer, w którym padła karta graficzna. Ale już jest cały i zdrowy, więc nie próżnuję. Wiem, że obiecałam wam dodawać posty w kwietniu, a dodałam jeden, za co bardzo przepraszam, ale ostatnio dużo się dzieje, a mój brat nie był aż tak łaskawy...
Za to dzisiaj macie długi tekst, trochę może wulgarny i niedelikatny, no ale jak szaleć to szaleć.
Mam nadzieję, że się spodoba, czytajcie i komentujcie. :)
Julu
Stary opis na górze...
Tutaj nowy, świeżutki. Jak już wiecie, mój ukochany telefon stwierdził, że usunie mi pół tekstu, który napisałam jakiś tydzień temu (?) Dlaczego? Ponieważ chciałam poprawić literówkę (plisko na blisko). Tak. Myślałam, że wszystkie elektroniczne sprzęty wylecą za okno, ale musiałam się opanować, bo mój komputer dopiero co był w naprawie...
Co do informacji, to DZIĘKUJĘ ZUZI Z CAŁEGO SERDUCHA, ŻE Z WŁASNEJ WOLI OGARNIA MOJE OBOWIĄZKI.
Co do częstości wstawiania tekstów. Postaram się, żeby to były ZAWSZE DWA teksty na miesiąc. Dwa będą zawsze, ale może czasem uda mi się coś dla was skleić w prezencie :)
Będę się starać!
Dziękuję za komentarze i przepraszam, że ktoś z was będzie czytał ten zmieniony (gorszy o wiele) rozdział, ale nigdy nie umiem napisać tego samego słowo w słowo, z resztą chyba nikt tak nie umie.
Starałam się zachować wszystkie najważniejsze wydarzenia, chyba mi się udało.
Przepraszam, za błędy, ale mamy godzinę 23:30 i mój mózg już wysiada.
Nie będę ich poprawiała, bo się boję, że znów coś się zepsuje.
Koniec tego gadania.
Czytajcie, komentujcie, krytykujcie i w ogóle pokazujcie, że jeszcze tu jesteście (PROSZĘ).
Dobranoc
Julu
Za to dzisiaj macie długi tekst, trochę może wulgarny i niedelikatny, no ale jak szaleć to szaleć.
Mam nadzieję, że się spodoba, czytajcie i komentujcie. :)
Julu
Stary opis na górze...
Tutaj nowy, świeżutki. Jak już wiecie, mój ukochany telefon stwierdził, że usunie mi pół tekstu, który napisałam jakiś tydzień temu (?) Dlaczego? Ponieważ chciałam poprawić literówkę (plisko na blisko). Tak. Myślałam, że wszystkie elektroniczne sprzęty wylecą za okno, ale musiałam się opanować, bo mój komputer dopiero co był w naprawie...
Co do informacji, to DZIĘKUJĘ ZUZI Z CAŁEGO SERDUCHA, ŻE Z WŁASNEJ WOLI OGARNIA MOJE OBOWIĄZKI.
Co do częstości wstawiania tekstów. Postaram się, żeby to były ZAWSZE DWA teksty na miesiąc. Dwa będą zawsze, ale może czasem uda mi się coś dla was skleić w prezencie :)
Będę się starać!
Dziękuję za komentarze i przepraszam, że ktoś z was będzie czytał ten zmieniony (gorszy o wiele) rozdział, ale nigdy nie umiem napisać tego samego słowo w słowo, z resztą chyba nikt tak nie umie.
Starałam się zachować wszystkie najważniejsze wydarzenia, chyba mi się udało.
Przepraszam, za błędy, ale mamy godzinę 23:30 i mój mózg już wysiada.
Nie będę ich poprawiała, bo się boję, że znów coś się zepsuje.
Koniec tego gadania.
Czytajcie, komentujcie, krytykujcie i w ogóle pokazujcie, że jeszcze tu jesteście (PROSZĘ).
Dobranoc
Julu
Jeszcze tylko dziesięć minut. Tylko dziesięć. Dam radę. Nie zasnę, dam radę. Siedem, już tylko siedem minut i koniec. I nareszcie upragniony weekend. I chwila spokoju i wytchnienia. Pięć minut...
- Widzę, że dzisiaj już nic z was nie wyciągnę. Wiem, że to ósma lekcja, piątek, a wy musicie słuchać takich nudnych wykładów na temat społeczeństwa i odnajdywania się w grupie. Wiem, że chce wam się spać. Przyznam się, że mi też... - Młody student usiadł na biurku i ziewną lekko. Opanował się zaraz i poderwał się z blatu.
- To nie znaczy jednak, że mamy się poddać naszemu zmęczeniu... Grupa. Co to właściwie jest? Czy ktoś może mi wyjaśnić? - Hans przebiegł wzrokiem po klasie.
Pieprz się.
- Astrid? Może ty. - Patrzył w moją stronę.
Pieprz się.
Oparłam głowę na ręce i leniwie ziewnęłam.
- Rozumiem, że nie. No dobrze... a może ty... Anna?
No nareszcie, dobry wybór studenciku.
Nagle rozległ się dzwonek. Uradowana poderwałam się na równe nogi, porwałam torebkę i czym prędzej czmychnęłam w kierunku drzwi. Wybiegłam z klasy i po chwili znalazłam się już w szatni. Zabrałam kurtkę i znów popędziłam po schodach do wyjścia. Miałam na dzisiaj dość tej budy. Ledwo co wyszłam za ogrodzenie, wyjęłam z torebki paczkę papierosów i wyciągnęłam jednego. Pospiesznie wsadziłam go do buzi i chwilkę się nim bawiłam, szukając zapalniczki. W końcu ją znalazłam. Odpaliłam go i zaciągnęłam się tytoniowym dymem. O tak. Zwolniłam kroku i spokojnie powlekłam się w kierunku przystanku autobusowego. Po chwili przy mnie znalazła się grupka moich znajomych.
- Wpadniesz dzisiaj do Holdera? Robi imprezę, jego starzy wybyli z chaty, więc będzie grubo. - Nawet do końca nie wiedziałam, który to Holder, ale przytaknęłam. Co miałam innego do roboty? Z babcią jest coraz lepiej...
- Dalej masz spinę z tą nową? - Zagadała jedna z dziewczyn.
- No raczej. - Dmuchnęłam jej dymem w twarz. - Na razie dałam jej spokój, ale gdy tylko wywinie coś nowego, nie będę już taka miła jak ostatnio. - Usłyszałam za sobą zadowolone pomruki. Większość ludzi przyzwyczaiła się, że jestem postrzegana jako... (nazywajmy rzeczy po imieniu) wredna suka.
Taki był plan i tak miało być. Wcale mi nie zależy, żeby widzieli we mnie słodką, norweską blondyneczkę.
Z pewnym jednak wyjątkiem...
- Okej. To do zobaczenia. Ja spadam. Imprezo nadchodzę! - Kumpel Holdera odłączył się od naszej grupki.
Przystanek był już blisko. Wyrzuciłam niedopałek i przystanęłam, czekając na autobus. Po chwili na horyzoncie pojawił się on. No i oczywiście ta jego ruda kumpela z niewyparzoną gębą. Na szczęście nie było tej Anny. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej przyjrzeć się chłopakowi. Był wysoki, trochę wyższy ode mnie, a ja nie należałam do niskich kobiet. Ta cała Merida sięgała mu ledwo do ramion. Miał jak zwykle nieułożone włosy, ciemne jak czekolada. Lekko zgarbiony, ciągle jakby przyczajony. Tak, takiego go uwielbiałam, szkoda, że on o tym nie wiedział.
Obserwowałam ich jeszcze przez chwilę. Merida opowiadała coś żwawo gestykulując, a on słuchał ją w skupieniu. W końcu przeszli przez ulicę i podeszli bliżej mnie.
- No mówię ci, ja bym ją zaprosiła, jakbym była na twoim miejscu. - Merida minęła mnie, nie zwracając na mnie uwagi.
- Ale Meri, przecież ja nawet nie wiem, czy pójdę. To niedorzeczne. Ona ma pewnie jakiegoś chłopaka, taka dziewczyna nie jest sama, nawet przez dziesięć minut. A na pewno nie będzie chciała iść z takim jak ja, no po prostu NIE.
Mylisz się, Czkawka.
- A ja uważam. że jest najodpowiedniejszą osobą pod słońcem, jest idealna dla ciebie. I nie mów mi, że nie mam racji! Bo mam rację, tylko ty nie chcesz jej zauważyć! Mówię ci, weź rusz tyłek i zaproś ją na ten bal! Zgodzi się na sto procent. Jestem pewna. Musisz tylko przezwyciężyć strach...
Zaczynałam ją lubić.
- I dasz radę, Anna na pewno się zgodzi.
Co? Przepraszam bardzo? CO do kurwy nędzy? Anna? No chyba sobie jaja robicie!
- Meri, przestań mnie namawiać. Poza tym właśnie jedzie mój autobus. Lecę, a ty pozdrów ode mnie Jack'a. - Chłopak przytulił dziewczynę i wskoczył do autobusu.
Ja dopiero po chwili zorientowałam się, że to również mój autobus. Weszłam tam również i przechodząc obok Czkawki potrąciłam go ramieniem. Odwrócił się w moją stronę, ale gdy tylko mnie rozpoznał, zamknął usta i przesunął się, a ja jakby nigdy nic przeszłam obok.
Wcale nie chciałam go potrącić. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Jestem zła. Bardzo zła. Anna, znowu ona.
Widziałam, że chłopak nie jest zadowolony z tego, że musi stać przy mnie. Wyjął telefon i zaczął przeglądać sms'y, bardzo stare sms'y.
Chciałam się odezwać, coś powiedzieć, ale złość bardzo skutecznie odciągała mnie od tych pomysłów. Stałam więc naburmuszona, zła i wyglądająca znowu, jak cholerna suka. Może rzeczywiście nią byłam?
W końcu pojawił się mój (nasz) przystanek. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wyskoczyłam z pojazdu i znów zaczęłam szukać papierosów. Nie wiem, czy jestem już uzależniona, ale wiem, że muszę zapalić. Wygrzebałam znowu paczkę papierosów i znowu poczułam zapach tytoniu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Czkawka nie szedł za mną. Niestety (dla mnie jest ok) mieszkamy bardzo blisko siebie. Jesteśmy sąsiadami, a on chyba nigdy się do mnie nie odezwał.
Zajebiście.
Chłopak trzymał się ode mnie o jakieś siedem metrów i ani razu na naszej trasie nie zmniejszył tej granicy. Gdy ja ściągałam już buty w przedpokoju, on mijał właśnie moją furtkę.
No po prostu super.
Rzuciłam kurtkę na wieszak i ruszyłam do swojego pokoju. Ściągnęłam białą, koronkową bluzeczkę, a na jej miejsce ubrałam czarny, sprany t-shirt. Nie chciałam, żeby babcia znów się denerwowała. Zostawiłam jednak spodnie z dziurami, bo niestety w mojej szafie nie było już czystych spodni. Zmyłam makijaż i dopiero wtedy zeszłam do pokoju babci.
- Dzień dobry, wróciłam. - Uchyliłam drzwi.
- Cześć Astrid, wchodź, skarbie. - Babcia jak zwykle leżała w łóżku i oglądała jakieś nowele.
- Byłaś na spacerze?
- Codziennie mnie o to pytasz. - Zaśmiała się.
- Bo to ważne, świeże powietrze ma na ciebie kojący i leczniczy wpływ. Codziennie spacerujesz przynajmniej pół godziny, rozumiesz? - Usiadłam na brzegu jej łóżka.
- Tak, wiem. Jak zwykle wyszłam z sąsiadką. Wszystko w porządku, nie musisz się tak o mnie martwić. - Koniuszki jej palców dotknęły moich policzków.
- I tak się martwię, babciu. Herbaty?
- Poproszę. - Staruszka uśmiechnęła się, a jej wypłowiałe niebieskie oczy uśmiechnęły się do mnie.
Wzięłam kubek z jej szafki i skierowałam się do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę i zmyłam naczynia, pozostawione jeszcze przy śniadaniu.
Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka.
- Otworzę! - Krzyknęłam i ruszyłam do przedpokoju.
Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam w nich panią Haddock, mamę Czkawki.
- Dzień dobry Astrid, jest twoja babcia? - Kobieta uśmiechała się do mnie.
- Tak. Proszę niech pani wejdzie. - Uchyliłam szerzej drzwi, a kobieta wkroczyła do środka.
- Mam pewną propozycję. Nie wiem, czy już wiesz, ale nasza sąsiadka pani Deemor musiała wyjechać. Było to bardzo pilne, więc przyszła tylko do mnie. Jej mąż ciężko zachorował i pojechała go odwiedzić. Jest to bardzo ciężki przypadek i niestety szybko nie wrócą do domu, więc spacery z twoją babcią są nieaktualne.
- To bardzo niedobrze... Dziękuję, że mnie pani o tym informuje... - Zwiesiłam głowę.
- Ale nie martw się, nie przyszłam tutaj przekazywać tylko złe nowinki. Chciałam zaproponować swoją pomoc, ja mogę zastępować panią Deemor. Jeśli oczywiście twoja babcia nie ma nic przeciwko. - Kobieta była naprawdę bardzo miła.
- Na pewno nie. Proszę niech pani siada. - Zaprowadziłam ją do kuchni. - Herbaty?
- Tak, poproszę.
Wlałam ciepłą wodę do dwóch kubków.
- Pójdę i zawołam babcię, na pewno chce pani ją poznać. - Wróciłam do staruszki i pomogłam jej przejść do kuchni.
- Widzę, że dzisiaj już nic z was nie wyciągnę. Wiem, że to ósma lekcja, piątek, a wy musicie słuchać takich nudnych wykładów na temat społeczeństwa i odnajdywania się w grupie. Wiem, że chce wam się spać. Przyznam się, że mi też... - Młody student usiadł na biurku i ziewną lekko. Opanował się zaraz i poderwał się z blatu.
- To nie znaczy jednak, że mamy się poddać naszemu zmęczeniu... Grupa. Co to właściwie jest? Czy ktoś może mi wyjaśnić? - Hans przebiegł wzrokiem po klasie.
Pieprz się.
- Astrid? Może ty. - Patrzył w moją stronę.
Pieprz się.
Oparłam głowę na ręce i leniwie ziewnęłam.
- Rozumiem, że nie. No dobrze... a może ty... Anna?
No nareszcie, dobry wybór studenciku.
Nagle rozległ się dzwonek. Uradowana poderwałam się na równe nogi, porwałam torebkę i czym prędzej czmychnęłam w kierunku drzwi. Wybiegłam z klasy i po chwili znalazłam się już w szatni. Zabrałam kurtkę i znów popędziłam po schodach do wyjścia. Miałam na dzisiaj dość tej budy. Ledwo co wyszłam za ogrodzenie, wyjęłam z torebki paczkę papierosów i wyciągnęłam jednego. Pospiesznie wsadziłam go do buzi i chwilkę się nim bawiłam, szukając zapalniczki. W końcu ją znalazłam. Odpaliłam go i zaciągnęłam się tytoniowym dymem. O tak. Zwolniłam kroku i spokojnie powlekłam się w kierunku przystanku autobusowego. Po chwili przy mnie znalazła się grupka moich znajomych.
- Wpadniesz dzisiaj do Holdera? Robi imprezę, jego starzy wybyli z chaty, więc będzie grubo. - Nawet do końca nie wiedziałam, który to Holder, ale przytaknęłam. Co miałam innego do roboty? Z babcią jest coraz lepiej...
- Dalej masz spinę z tą nową? - Zagadała jedna z dziewczyn.
- No raczej. - Dmuchnęłam jej dymem w twarz. - Na razie dałam jej spokój, ale gdy tylko wywinie coś nowego, nie będę już taka miła jak ostatnio. - Usłyszałam za sobą zadowolone pomruki. Większość ludzi przyzwyczaiła się, że jestem postrzegana jako... (nazywajmy rzeczy po imieniu) wredna suka.
Taki był plan i tak miało być. Wcale mi nie zależy, żeby widzieli we mnie słodką, norweską blondyneczkę.
Z pewnym jednak wyjątkiem...
- Okej. To do zobaczenia. Ja spadam. Imprezo nadchodzę! - Kumpel Holdera odłączył się od naszej grupki.
Przystanek był już blisko. Wyrzuciłam niedopałek i przystanęłam, czekając na autobus. Po chwili na horyzoncie pojawił się on. No i oczywiście ta jego ruda kumpela z niewyparzoną gębą. Na szczęście nie było tej Anny. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej przyjrzeć się chłopakowi. Był wysoki, trochę wyższy ode mnie, a ja nie należałam do niskich kobiet. Ta cała Merida sięgała mu ledwo do ramion. Miał jak zwykle nieułożone włosy, ciemne jak czekolada. Lekko zgarbiony, ciągle jakby przyczajony. Tak, takiego go uwielbiałam, szkoda, że on o tym nie wiedział.
Obserwowałam ich jeszcze przez chwilę. Merida opowiadała coś żwawo gestykulując, a on słuchał ją w skupieniu. W końcu przeszli przez ulicę i podeszli bliżej mnie.
- No mówię ci, ja bym ją zaprosiła, jakbym była na twoim miejscu. - Merida minęła mnie, nie zwracając na mnie uwagi.
- Ale Meri, przecież ja nawet nie wiem, czy pójdę. To niedorzeczne. Ona ma pewnie jakiegoś chłopaka, taka dziewczyna nie jest sama, nawet przez dziesięć minut. A na pewno nie będzie chciała iść z takim jak ja, no po prostu NIE.
Mylisz się, Czkawka.
- A ja uważam. że jest najodpowiedniejszą osobą pod słońcem, jest idealna dla ciebie. I nie mów mi, że nie mam racji! Bo mam rację, tylko ty nie chcesz jej zauważyć! Mówię ci, weź rusz tyłek i zaproś ją na ten bal! Zgodzi się na sto procent. Jestem pewna. Musisz tylko przezwyciężyć strach...
Zaczynałam ją lubić.
- I dasz radę, Anna na pewno się zgodzi.
Co? Przepraszam bardzo? CO do kurwy nędzy? Anna? No chyba sobie jaja robicie!
- Meri, przestań mnie namawiać. Poza tym właśnie jedzie mój autobus. Lecę, a ty pozdrów ode mnie Jack'a. - Chłopak przytulił dziewczynę i wskoczył do autobusu.
Ja dopiero po chwili zorientowałam się, że to również mój autobus. Weszłam tam również i przechodząc obok Czkawki potrąciłam go ramieniem. Odwrócił się w moją stronę, ale gdy tylko mnie rozpoznał, zamknął usta i przesunął się, a ja jakby nigdy nic przeszłam obok.
Wcale nie chciałam go potrącić. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Jestem zła. Bardzo zła. Anna, znowu ona.
Widziałam, że chłopak nie jest zadowolony z tego, że musi stać przy mnie. Wyjął telefon i zaczął przeglądać sms'y, bardzo stare sms'y.
Chciałam się odezwać, coś powiedzieć, ale złość bardzo skutecznie odciągała mnie od tych pomysłów. Stałam więc naburmuszona, zła i wyglądająca znowu, jak cholerna suka. Może rzeczywiście nią byłam?
W końcu pojawił się mój (nasz) przystanek. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wyskoczyłam z pojazdu i znów zaczęłam szukać papierosów. Nie wiem, czy jestem już uzależniona, ale wiem, że muszę zapalić. Wygrzebałam znowu paczkę papierosów i znowu poczułam zapach tytoniu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Czkawka nie szedł za mną. Niestety (dla mnie jest ok) mieszkamy bardzo blisko siebie. Jesteśmy sąsiadami, a on chyba nigdy się do mnie nie odezwał.
Zajebiście.
Chłopak trzymał się ode mnie o jakieś siedem metrów i ani razu na naszej trasie nie zmniejszył tej granicy. Gdy ja ściągałam już buty w przedpokoju, on mijał właśnie moją furtkę.
No po prostu super.
Rzuciłam kurtkę na wieszak i ruszyłam do swojego pokoju. Ściągnęłam białą, koronkową bluzeczkę, a na jej miejsce ubrałam czarny, sprany t-shirt. Nie chciałam, żeby babcia znów się denerwowała. Zostawiłam jednak spodnie z dziurami, bo niestety w mojej szafie nie było już czystych spodni. Zmyłam makijaż i dopiero wtedy zeszłam do pokoju babci.
- Dzień dobry, wróciłam. - Uchyliłam drzwi.
- Cześć Astrid, wchodź, skarbie. - Babcia jak zwykle leżała w łóżku i oglądała jakieś nowele.
- Byłaś na spacerze?
- Codziennie mnie o to pytasz. - Zaśmiała się.
- Bo to ważne, świeże powietrze ma na ciebie kojący i leczniczy wpływ. Codziennie spacerujesz przynajmniej pół godziny, rozumiesz? - Usiadłam na brzegu jej łóżka.
- Tak, wiem. Jak zwykle wyszłam z sąsiadką. Wszystko w porządku, nie musisz się tak o mnie martwić. - Koniuszki jej palców dotknęły moich policzków.
- I tak się martwię, babciu. Herbaty?
- Poproszę. - Staruszka uśmiechnęła się, a jej wypłowiałe niebieskie oczy uśmiechnęły się do mnie.
Wzięłam kubek z jej szafki i skierowałam się do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę i zmyłam naczynia, pozostawione jeszcze przy śniadaniu.
Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka.
- Otworzę! - Krzyknęłam i ruszyłam do przedpokoju.
Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam w nich panią Haddock, mamę Czkawki.
- Dzień dobry Astrid, jest twoja babcia? - Kobieta uśmiechała się do mnie.
- Tak. Proszę niech pani wejdzie. - Uchyliłam szerzej drzwi, a kobieta wkroczyła do środka.
- Mam pewną propozycję. Nie wiem, czy już wiesz, ale nasza sąsiadka pani Deemor musiała wyjechać. Było to bardzo pilne, więc przyszła tylko do mnie. Jej mąż ciężko zachorował i pojechała go odwiedzić. Jest to bardzo ciężki przypadek i niestety szybko nie wrócą do domu, więc spacery z twoją babcią są nieaktualne.
- To bardzo niedobrze... Dziękuję, że mnie pani o tym informuje... - Zwiesiłam głowę.
- Ale nie martw się, nie przyszłam tutaj przekazywać tylko złe nowinki. Chciałam zaproponować swoją pomoc, ja mogę zastępować panią Deemor. Jeśli oczywiście twoja babcia nie ma nic przeciwko. - Kobieta była naprawdę bardzo miła.
- Na pewno nie. Proszę niech pani siada. - Zaprowadziłam ją do kuchni. - Herbaty?
- Tak, poproszę.
Wlałam ciepłą wodę do dwóch kubków.
- Pójdę i zawołam babcię, na pewno chce pani ją poznać. - Wróciłam do staruszki i pomogłam jej przejść do kuchni.
Usadziłam ją przy stoliku i wyjaśniłam powód wizyty naszej sąsiadki, a następnie podałam obu paniom herbatę.
- Babciu idę zrobić lekcje. Zawołajcie mnie, gdy już skończycie. - Ruszyłam do pokoju.
Usiadłam przy biurku i wyjęłam książki. Tak panna kryminalistka odrabia lekcje.
Matma poszła mi bardzo szybko, później tylko wos i już wszystko było skończone.
Wróciłam do kuchni. Kobiety rozmawiały ze sobą w najlepsze.
- Pani Haddock jest naprawdę bardzo miła, podziękuj jej Astrid ode mnie jeszcze raz. - Położyłam babcię z powrotem do łóżka, gdy sąsiadka już od nas wyszła.
- Podziękuję. Babciu muszę dzisiaj wyjść z przyjaciółkami, jedna z nich ma urodziny i chciałabym być z nimi. - Małe kłamstewko.
- Dobrze, ale kiedy wrócisz? - Spytała ściągając surowo brwi.
- Jak najszybciej, nie martw się, będę przed dwunastą, obiecuję, wezmę kluczę i naprawdę obiecuję cię nie obudzić.
Staruszka pokręciła głową.
- Nie zgadzasz się? - Mój ton był chyba nieco bardziej ostry niż powinien.
- Nie mogę ci niczego zakazać. To znaczy mogę, ale nie chcę, bo tylko na własnych błędach się nauczysz, Słoneczko. Wróć przed dwunastą jak mówisz i uważaj na siebie. Mam nadzieję, że nie będziecie wyprawiać głupot i że ograniczycie alkohol, który bardzo szkodzi zdrowiu. No i uważajcie na chłopców, na nich zawsze trzeba uważać. - Klepnęła mnie delikatnie w policzek.
- Babciu, wiem o tym... A alkoholu nie piję, wiesz przecież.
- Myślisz, że ja nie mówiłam tego samego mojej mamie? Mówiłam, a potem dostawałam lanie, za to, że jestem taką puszczalską lafiryndą. Matka mnie nienawidziła, najchętniej by mnie wydziedziczyła, ale pracowałam już w wieku szesnastu lat w bibliotece i przynosiłam do domu jedyny, marny zarobek, więc tylko mnie biła. - Babcia uśmiechnęła się na te wspomnienia.
W pewnym sensie jesteśmy bardzo podobne, zbuntowane, ukrywające prawdę i stwarzające pozory groźnych i niedostępnych lasek, ale wiem, że babcia nie opuściłaby swojego rodzeństwa nawet dla jakiegoś gorącego Meksykanina, tak jak ja, nie opuszczam jej.
- Kocham cię. - Szepnęłam.
- Wiem, ja ciebie też. - Znów poklepała mnie po policzku. - No idź już. Zanim się przygotujesz trochę czasu minie, aż taka piękna Astrid to ty nie jesteś. - Staruszka uśmiechnęła się ze swojego żartu, a jej oczy zginęły w siateczce zmarszczek.
Również uśmiechnęłam się pod nosem.
- Zjesz jajecznicę? - spytałam.
- Nie, nie mam ochoty na jajka.
- Niestety niczego nie zdążę ci przygotować. - Musiałam się jej jakoś odwdzięczyć.
Babcie skrzywiła się, założyła ręce na krzyż i przez chwilę wyglądała jak mała, naburmuszona dziewczynka.
- Wiem, że zjesz. - Rzuciłam wychodząc z jej sypialni.
- Zjem, zjem.
Weszłam do kuchni i usmażyłam kolację. Zrobiłam również herbatę i zaniosłam ją babci, która bardzo chętnie zjadła jednak jajka.
Ruszyłam do swojego pokoju i skierowałam się do szafy.
Który to w ogóle jest Holder? - Zastanawiałam się, szukając odpowiedniego stroju.
Ja i babcia nie byłyśmy biedne, moja szafa też nie była biedna. Miałam wszystko co chciałam mieć. Rodzice pracują w Norwegii i co miesiąc przysyłają mojej babci sporą sumkę. Babcia oczywiście zostawia coś na wydatki domowe, takie jak rachunki czy zakupy, a resztę często oddaje mi. Nie narzekam na brak kasy. Czasem tęsknie za rodzicami, ale już się z tym pogodziłam. Wiem, że gdybym została w Norwegii, nie miałabym miłości, ani ich uwagi. Są bardzo zapracowani. Ale udało mi się połączyć dwie rzeczy: kasę i miłość. To może okrutnie brzmi, ale w sumie nie chciałabym, żeby było inaczej.
W końcu wygrzebałam z szafy czarną, krótką spódniczkę. Do tego postanowiłam założyć srebrny, cekinowy top. Zrobiłam makijaż, który zdecydowanie nie należał do delikatnych, usta pomalowałam fioletową szminką, a włosy związałam w wysoki kucyk. Porwałam jeszcze czarną kopertówkę, do której wcześniej wpakowałam jakieś drobiazgi i oczywiście papierosy.
Zeszłam na dół i założyłam fioletowe szpilki.
- Wychodzę! - Krzyknęłam w głąb domu i wyszłam na dwór, zanim babcia zażądała, żebym się jej pokazała.
Ruszyłam do garażu i po chwili siedziałam już w moim audi, które dostałam od rodziców na urodziny. Jak już mówiłam, czasem dobrze jest mieć bogatą rodzinę, której się prawie wcale nie widuję.
Wyjechałam za bramę i po chwili pędziłam już drogą po moje koleżanki, żeby podwieźć je również na imprezę.
Dziesięć minut później wysiadałam już z auta.
Czas zacząć zabawę.
Weszłam do domu tego całego Holdera. Na korytarzu była masa ludzi, przez którą musiałam się przecisnąć, żeby wejść do kuchni. Gdy w końcu udało mi się to zrobić, usiadłam przy barku i nalałam sobie troszeczkę whisky. Upiłam łyk bursztynowego płynu.
- Cześć Astrid! - Podbiegła do mnie moja "przyjaciółka" Emma i ucałowała mnie w policzek. - Muszę przedstawić ci Holdera! Jest boski!
Kiwnęłam głową i wróciłam do mojego drinka.
Po chwili w drzwiach kuchni pojawił się Flynn.
- Cześć Holder! - Julek i brunet przybili sobie piątki.
Wreszcie dowiedziałam się, kto to jest Holder. Brawo dla mnie!
Wracając do Julka. Chłopak był ubrany w czarne, sprane i podziurawione dżinsy. Czarny t-shirt z nazwą jego zespołu idealnie opinał mu mięśnie brzucha. Całość idealnie dopełniała koszula w czarno-czerwoną kratę i czarne conversy. Wyglądał jak typowy, garażowy gitarzysta.
Gdy tylko mnie spostrzegł ruszył w moją stronę.
- Musimy pogadać. - Rzucił krótko.
- W sypialni? - Zatrzepotałam rzęsami.
Chłopak skrzywił się tylko.
- Chodź. - Nalegał.
Odwróciłam się i dokończyłam mojego drinka.
Wstałam i ruszyłam za Julkiem w głąb pokoju, gdzie tańczyło mnóstwo ludzi.
Chłopak sprytnie przedzierał się przez tłum i wyprowadził mnie w końcu na taras.
Usiadł na schodach i wpatrywał się w niebo.
Nie poszłam w jego ślady, bo gdybym to zrobiła, moja króciutka spódniczka odsłoniłaby wszystko.
- Adtrid. my nie możemy być razem. To koniec. Nie jedziemy już dalej. - Chłopak był niezwykle poważny.
Parsknęłam śmiechem.
Julek spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My razem? Serio? - Przewróciłam oczami, widocznie chłopak nic nie rozumiał.
- Tak, naprawdę. Moja dziewczyna o wszystkim się dowiedziała i jak możesz się domyślić wcale nie była z tego zadowolona...
- No, tak. To naprawdę poważne. - Moja wypowiedź kipiała sarkazmem.
- O co ci chodzi? - Chłopak odwrócił się w moją stronę.
Wzruszyłam ramionami.
- Powinieneś przestać traktować ją jak porcelanową lalkę. To nie jest odpowiednia osoba dla ciebie. Sex też uprawiacie z apteczką pod ręką i wybranym numerem pogotowia? - Starałam się utrzymać kamienny wyraz twarzy, ale to było tak cholernie trudne.
Julek zacisnął usta w wąską linię.
- Jesteś suką. Odczep się od nas, Astrid! I tak wiem, że naprawdę jej zazdrościsz.
- O, jaki pewny siebie. Nie, dzięki nie chciałabym być delikatnym kwiatuszkiem, dorastającym pod szklanym kloszem. - Ziewnęłam.
Chłopak wstał i zacisnął pięści.
- W każdym razie KONIEC. Nic nie było i nie będzie. Cześć. - Ruszył z powrotem do środka.
Zostałam sama na tarasie. Chłodny, jesienny wiatr owiewał moją nagą na ramionach skórę.
Koniec czego?
Weszłam do środka i znów podeszłam do barku. Zrobiłam sobie kolejnego drinka i usiadłam na wysokim krześle.
- Astrid! - W moją stronę biegła Emma ciągnąc za sobą jakiegoś chłopaka.
- Astrid, to Holder, najlepszy chłopak na całej imprezie i do tego mój. - Krzyknęła mi do ucha, żebym usłyszała, mimo grającej muzyki.
Trzeba przyznać, Holder był niezły. Wysoki, umięśniony brunet, z bardzo ładnymi zadbanymi dłońmi. Jedynym defektem były kręcone włosy, które przypominały mi owieczkę. Poza tym był naprawdę przystojny.
- Cześć Astrid. - Uśmiechnął się w moją stronę. - Kochanie, przyniosłabyś mi koszulę z samochodu, proszę. - Wyszczerzył się do Emmy, a ta jak na skrzydłach poleciała po jego ubranie.
Spojrzałam na niego sceptycznie.
- Chcesz się zabawić z kimś lepszym od Flynn'a? Jeśli tak, to chodź ze mną. - Podobała mi się jego pewność siebie.
Opróżniłam duszkiem szklankę i wstałam. Nie wiedziałam dokąd prowadzi mnie Holder, ale w sumie było chyba troszkę zabawnie.
Weszliśmy na piętro. po szerokich, drewnianych schodach.
Chłopak wprowadziła mnie do jednego z pokoi.
Sypialnia.
Nad małżeńskim łóżkiem wisiało olbrzymie zdjęcie pary młodej. Sypialnia rodziców, super.
- To, co zaczynamy? - To było raczej stwierdzenie, niż pytanie.
Stwierdziłam, że facetowi już kompletnie odwaliło.
- Raczej nie. Nie mam ochoty. - Zadarłam podbródek i usiadłam na łóżku.
- O Boże Astrid, dajesz dupy wszystkim. Co ci szkodzi? - Głos Holdera przerodził się w błagalny pisk.
- Po pierwsze: Nie mam ochoty, po drugie: to kosztuje, a po trzecie: nie umówiłeś się. Bez kolejki nie przyjmuję. - Naprawdę dobrze się bawiłam.
- To kiedy masz pierwszy wolny termin? - Znów ten błagalny jęk.
- Dla ciebie, za rok, w porywach do dwóch. Sorki Holder. - Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.
Zanim jednak zdążyłam je otworzyć, chłopak już był przy mnie. Odwrócił mnie jednym, silnym szarpnięciem i przycisnął mnie do drzwi. Potem zaczął nachalnie całować. Ohyda.
Nie zastanawiając się dużej ugryzłam go w wargę.
Brunet odskoczył i złapał się za wargę.
- Ty mała szmato! - Wrzasnął, wycierając krew w spodnie.
- Jesteś nachalny.
- Jestem napalony i wiem, że ty też.
- Jesteś pijany i jesteś idiotą.
- Proszę, jeden raz. Chcę cię przelecieć. Jeden, jedyny raz. - Znów wstał i podbiegł do mnie.
Jego ręce już chciały zawędrować pod mój top, ale moja dłoń znalazła się tym razem na jego policzku.
Znów odskoczył.
- Kurwa!
Miałam go dość. Chłopak był ostro pijany.
- Zapłacisz mi za to! Wezmę wszystko, co chcę! - Tym razem chwycił mnie za ręce i pchnął na łóżko.
Upadłam na miękką pościel i chyba trochę zaczęłam panikować, gdy jego ręka jeździła sobie tam i z powrotem po moim udzie.
Idiota.
Znów go uderzyłam. Wstałam, poprawiłam spódniczkę i ruszyła do drzwi.
- Astrid... proszę. Błagam. - Znów postradał zmysły.
- Nie. - W tym momencie do sypialni weszła Emma.
- Misiaczku. mam tę koszulę... Astrid?
- Cześć, twój chłopak to cwel. Jeśli chciałeś mnie przelecieć mogłeś wysłać ją do monopolowego, który jest pięć kilometrów stąd. Emma nigdy nie jeździ po pijanemu, a dla ciebie poszła by pieszo. Pięć minut nie nazywam seksem. - Rzuciłam przyjaciółce przepraszające spojrzenie i wyszłam z sypialni.
Po krzykach, jakie słyszałam mogłam wywnioskować, że Holder obudzi się jutro bez jaj, albo w ogóle się nie obudzi.
Przy Emmie byłoby to bardzo prawdopodobne.
Miałam dość tej imprezy.
Najpierw ten cholerny Julek, a potem idiota Holder.
Wyszłam z domu i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do mojego auta.
Wsiadłam za kierownicę i starałam sobie przypomnieć ile wypiłam i czy mogę jechać.
Nie mogę, ale co robię? Jadę.
Nieodpowiedzialnie, wiem.
Na szczęście na drodze było spokojniej niż przez ostatnie kilka godzin.
Przyjechałam pod dom, zaparkowałam samochód i weszłam do środka.
Poszłam do łazienki, zmyłam makijaż, ubrałam piżamę i skoczyłam do łóżka. Włączyłam sobie jakąś komedię romantyczną, ale gdy tylko na laptopie wyświetlił się tytuł, zasnęłam.
Na szczęście nie śnił mi się żaden pierdolony Holder i Julek. Śnił mi się ktoś, kto ma okno od swojego pokoju naprzeciwko mojego. Ktoś, kto nigdy nie był na imprezie, ktoś, kto nigdy nie zwracał na mnie uwagi.
- Babciu idę zrobić lekcje. Zawołajcie mnie, gdy już skończycie. - Ruszyłam do pokoju.
Usiadłam przy biurku i wyjęłam książki. Tak panna kryminalistka odrabia lekcje.
Matma poszła mi bardzo szybko, później tylko wos i już wszystko było skończone.
Wróciłam do kuchni. Kobiety rozmawiały ze sobą w najlepsze.
- Pani Haddock jest naprawdę bardzo miła, podziękuj jej Astrid ode mnie jeszcze raz. - Położyłam babcię z powrotem do łóżka, gdy sąsiadka już od nas wyszła.
- Podziękuję. Babciu muszę dzisiaj wyjść z przyjaciółkami, jedna z nich ma urodziny i chciałabym być z nimi. - Małe kłamstewko.
- Dobrze, ale kiedy wrócisz? - Spytała ściągając surowo brwi.
- Jak najszybciej, nie martw się, będę przed dwunastą, obiecuję, wezmę kluczę i naprawdę obiecuję cię nie obudzić.
Staruszka pokręciła głową.
- Nie zgadzasz się? - Mój ton był chyba nieco bardziej ostry niż powinien.
- Nie mogę ci niczego zakazać. To znaczy mogę, ale nie chcę, bo tylko na własnych błędach się nauczysz, Słoneczko. Wróć przed dwunastą jak mówisz i uważaj na siebie. Mam nadzieję, że nie będziecie wyprawiać głupot i że ograniczycie alkohol, który bardzo szkodzi zdrowiu. No i uważajcie na chłopców, na nich zawsze trzeba uważać. - Klepnęła mnie delikatnie w policzek.
- Babciu, wiem o tym... A alkoholu nie piję, wiesz przecież.
- Myślisz, że ja nie mówiłam tego samego mojej mamie? Mówiłam, a potem dostawałam lanie, za to, że jestem taką puszczalską lafiryndą. Matka mnie nienawidziła, najchętniej by mnie wydziedziczyła, ale pracowałam już w wieku szesnastu lat w bibliotece i przynosiłam do domu jedyny, marny zarobek, więc tylko mnie biła. - Babcia uśmiechnęła się na te wspomnienia.
W pewnym sensie jesteśmy bardzo podobne, zbuntowane, ukrywające prawdę i stwarzające pozory groźnych i niedostępnych lasek, ale wiem, że babcia nie opuściłaby swojego rodzeństwa nawet dla jakiegoś gorącego Meksykanina, tak jak ja, nie opuszczam jej.
- Kocham cię. - Szepnęłam.
- Wiem, ja ciebie też. - Znów poklepała mnie po policzku. - No idź już. Zanim się przygotujesz trochę czasu minie, aż taka piękna Astrid to ty nie jesteś. - Staruszka uśmiechnęła się ze swojego żartu, a jej oczy zginęły w siateczce zmarszczek.
Również uśmiechnęłam się pod nosem.
- Zjesz jajecznicę? - spytałam.
- Nie, nie mam ochoty na jajka.
- Niestety niczego nie zdążę ci przygotować. - Musiałam się jej jakoś odwdzięczyć.
Babcie skrzywiła się, założyła ręce na krzyż i przez chwilę wyglądała jak mała, naburmuszona dziewczynka.
- Wiem, że zjesz. - Rzuciłam wychodząc z jej sypialni.
- Zjem, zjem.
Weszłam do kuchni i usmażyłam kolację. Zrobiłam również herbatę i zaniosłam ją babci, która bardzo chętnie zjadła jednak jajka.
Ruszyłam do swojego pokoju i skierowałam się do szafy.
Który to w ogóle jest Holder? - Zastanawiałam się, szukając odpowiedniego stroju.
Ja i babcia nie byłyśmy biedne, moja szafa też nie była biedna. Miałam wszystko co chciałam mieć. Rodzice pracują w Norwegii i co miesiąc przysyłają mojej babci sporą sumkę. Babcia oczywiście zostawia coś na wydatki domowe, takie jak rachunki czy zakupy, a resztę często oddaje mi. Nie narzekam na brak kasy. Czasem tęsknie za rodzicami, ale już się z tym pogodziłam. Wiem, że gdybym została w Norwegii, nie miałabym miłości, ani ich uwagi. Są bardzo zapracowani. Ale udało mi się połączyć dwie rzeczy: kasę i miłość. To może okrutnie brzmi, ale w sumie nie chciałabym, żeby było inaczej.
W końcu wygrzebałam z szafy czarną, krótką spódniczkę. Do tego postanowiłam założyć srebrny, cekinowy top. Zrobiłam makijaż, który zdecydowanie nie należał do delikatnych, usta pomalowałam fioletową szminką, a włosy związałam w wysoki kucyk. Porwałam jeszcze czarną kopertówkę, do której wcześniej wpakowałam jakieś drobiazgi i oczywiście papierosy.
Zeszłam na dół i założyłam fioletowe szpilki.
- Wychodzę! - Krzyknęłam w głąb domu i wyszłam na dwór, zanim babcia zażądała, żebym się jej pokazała.
Ruszyłam do garażu i po chwili siedziałam już w moim audi, które dostałam od rodziców na urodziny. Jak już mówiłam, czasem dobrze jest mieć bogatą rodzinę, której się prawie wcale nie widuję.
Wyjechałam za bramę i po chwili pędziłam już drogą po moje koleżanki, żeby podwieźć je również na imprezę.
Dziesięć minut później wysiadałam już z auta.
Czas zacząć zabawę.
Weszłam do domu tego całego Holdera. Na korytarzu była masa ludzi, przez którą musiałam się przecisnąć, żeby wejść do kuchni. Gdy w końcu udało mi się to zrobić, usiadłam przy barku i nalałam sobie troszeczkę whisky. Upiłam łyk bursztynowego płynu.
- Cześć Astrid! - Podbiegła do mnie moja "przyjaciółka" Emma i ucałowała mnie w policzek. - Muszę przedstawić ci Holdera! Jest boski!
Kiwnęłam głową i wróciłam do mojego drinka.
Po chwili w drzwiach kuchni pojawił się Flynn.
- Cześć Holder! - Julek i brunet przybili sobie piątki.
Wreszcie dowiedziałam się, kto to jest Holder. Brawo dla mnie!
Wracając do Julka. Chłopak był ubrany w czarne, sprane i podziurawione dżinsy. Czarny t-shirt z nazwą jego zespołu idealnie opinał mu mięśnie brzucha. Całość idealnie dopełniała koszula w czarno-czerwoną kratę i czarne conversy. Wyglądał jak typowy, garażowy gitarzysta.
Gdy tylko mnie spostrzegł ruszył w moją stronę.
- Musimy pogadać. - Rzucił krótko.
- W sypialni? - Zatrzepotałam rzęsami.
Chłopak skrzywił się tylko.
- Chodź. - Nalegał.
Odwróciłam się i dokończyłam mojego drinka.
Wstałam i ruszyłam za Julkiem w głąb pokoju, gdzie tańczyło mnóstwo ludzi.
Chłopak sprytnie przedzierał się przez tłum i wyprowadził mnie w końcu na taras.
Usiadł na schodach i wpatrywał się w niebo.
Nie poszłam w jego ślady, bo gdybym to zrobiła, moja króciutka spódniczka odsłoniłaby wszystko.
- Adtrid. my nie możemy być razem. To koniec. Nie jedziemy już dalej. - Chłopak był niezwykle poważny.
Parsknęłam śmiechem.
Julek spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My razem? Serio? - Przewróciłam oczami, widocznie chłopak nic nie rozumiał.
- Tak, naprawdę. Moja dziewczyna o wszystkim się dowiedziała i jak możesz się domyślić wcale nie była z tego zadowolona...
- No, tak. To naprawdę poważne. - Moja wypowiedź kipiała sarkazmem.
- O co ci chodzi? - Chłopak odwrócił się w moją stronę.
Wzruszyłam ramionami.
- Powinieneś przestać traktować ją jak porcelanową lalkę. To nie jest odpowiednia osoba dla ciebie. Sex też uprawiacie z apteczką pod ręką i wybranym numerem pogotowia? - Starałam się utrzymać kamienny wyraz twarzy, ale to było tak cholernie trudne.
Julek zacisnął usta w wąską linię.
- Jesteś suką. Odczep się od nas, Astrid! I tak wiem, że naprawdę jej zazdrościsz.
- O, jaki pewny siebie. Nie, dzięki nie chciałabym być delikatnym kwiatuszkiem, dorastającym pod szklanym kloszem. - Ziewnęłam.
Chłopak wstał i zacisnął pięści.
- W każdym razie KONIEC. Nic nie było i nie będzie. Cześć. - Ruszył z powrotem do środka.
Zostałam sama na tarasie. Chłodny, jesienny wiatr owiewał moją nagą na ramionach skórę.
Koniec czego?
Weszłam do środka i znów podeszłam do barku. Zrobiłam sobie kolejnego drinka i usiadłam na wysokim krześle.
- Astrid! - W moją stronę biegła Emma ciągnąc za sobą jakiegoś chłopaka.
- Astrid, to Holder, najlepszy chłopak na całej imprezie i do tego mój. - Krzyknęła mi do ucha, żebym usłyszała, mimo grającej muzyki.
Trzeba przyznać, Holder był niezły. Wysoki, umięśniony brunet, z bardzo ładnymi zadbanymi dłońmi. Jedynym defektem były kręcone włosy, które przypominały mi owieczkę. Poza tym był naprawdę przystojny.
- Cześć Astrid. - Uśmiechnął się w moją stronę. - Kochanie, przyniosłabyś mi koszulę z samochodu, proszę. - Wyszczerzył się do Emmy, a ta jak na skrzydłach poleciała po jego ubranie.
Spojrzałam na niego sceptycznie.
- Chcesz się zabawić z kimś lepszym od Flynn'a? Jeśli tak, to chodź ze mną. - Podobała mi się jego pewność siebie.
Opróżniłam duszkiem szklankę i wstałam. Nie wiedziałam dokąd prowadzi mnie Holder, ale w sumie było chyba troszkę zabawnie.
Weszliśmy na piętro. po szerokich, drewnianych schodach.
Chłopak wprowadziła mnie do jednego z pokoi.
Sypialnia.
Nad małżeńskim łóżkiem wisiało olbrzymie zdjęcie pary młodej. Sypialnia rodziców, super.
- To, co zaczynamy? - To było raczej stwierdzenie, niż pytanie.
Stwierdziłam, że facetowi już kompletnie odwaliło.
- Raczej nie. Nie mam ochoty. - Zadarłam podbródek i usiadłam na łóżku.
- O Boże Astrid, dajesz dupy wszystkim. Co ci szkodzi? - Głos Holdera przerodził się w błagalny pisk.
- Po pierwsze: Nie mam ochoty, po drugie: to kosztuje, a po trzecie: nie umówiłeś się. Bez kolejki nie przyjmuję. - Naprawdę dobrze się bawiłam.
- To kiedy masz pierwszy wolny termin? - Znów ten błagalny jęk.
- Dla ciebie, za rok, w porywach do dwóch. Sorki Holder. - Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.
Zanim jednak zdążyłam je otworzyć, chłopak już był przy mnie. Odwrócił mnie jednym, silnym szarpnięciem i przycisnął mnie do drzwi. Potem zaczął nachalnie całować. Ohyda.
Nie zastanawiając się dużej ugryzłam go w wargę.
Brunet odskoczył i złapał się za wargę.
- Ty mała szmato! - Wrzasnął, wycierając krew w spodnie.
- Jesteś nachalny.
- Jestem napalony i wiem, że ty też.
- Jesteś pijany i jesteś idiotą.
- Proszę, jeden raz. Chcę cię przelecieć. Jeden, jedyny raz. - Znów wstał i podbiegł do mnie.
Jego ręce już chciały zawędrować pod mój top, ale moja dłoń znalazła się tym razem na jego policzku.
Znów odskoczył.
- Kurwa!
Miałam go dość. Chłopak był ostro pijany.
- Zapłacisz mi za to! Wezmę wszystko, co chcę! - Tym razem chwycił mnie za ręce i pchnął na łóżko.
Upadłam na miękką pościel i chyba trochę zaczęłam panikować, gdy jego ręka jeździła sobie tam i z powrotem po moim udzie.
Idiota.
Znów go uderzyłam. Wstałam, poprawiłam spódniczkę i ruszyła do drzwi.
- Astrid... proszę. Błagam. - Znów postradał zmysły.
- Nie. - W tym momencie do sypialni weszła Emma.
- Misiaczku. mam tę koszulę... Astrid?
- Cześć, twój chłopak to cwel. Jeśli chciałeś mnie przelecieć mogłeś wysłać ją do monopolowego, który jest pięć kilometrów stąd. Emma nigdy nie jeździ po pijanemu, a dla ciebie poszła by pieszo. Pięć minut nie nazywam seksem. - Rzuciłam przyjaciółce przepraszające spojrzenie i wyszłam z sypialni.
Po krzykach, jakie słyszałam mogłam wywnioskować, że Holder obudzi się jutro bez jaj, albo w ogóle się nie obudzi.
Przy Emmie byłoby to bardzo prawdopodobne.
Miałam dość tej imprezy.
Najpierw ten cholerny Julek, a potem idiota Holder.
Wyszłam z domu i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do mojego auta.
Wsiadłam za kierownicę i starałam sobie przypomnieć ile wypiłam i czy mogę jechać.
Nie mogę, ale co robię? Jadę.
Nieodpowiedzialnie, wiem.
Na szczęście na drodze było spokojniej niż przez ostatnie kilka godzin.
Przyjechałam pod dom, zaparkowałam samochód i weszłam do środka.
Poszłam do łazienki, zmyłam makijaż, ubrałam piżamę i skoczyłam do łóżka. Włączyłam sobie jakąś komedię romantyczną, ale gdy tylko na laptopie wyświetlił się tytuł, zasnęłam.
Na szczęście nie śnił mi się żaden pierdolony Holder i Julek. Śnił mi się ktoś, kto ma okno od swojego pokoju naprzeciwko mojego. Ktoś, kto nigdy nie był na imprezie, ktoś, kto nigdy nie zwracał na mnie uwagi.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Rozdział 7 "Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja."
Hej, hej, helloł :)
Spóźnione życzenia świąteczne: Dużo zdrowia, chęci do pracy, miłości i radości z najmniejszych drobnostek, jakie spotykają was w życiu.
Wracając do rzeczy technicznych...
UWAGA UWAGA
Dowiedziałam się (po chyba 2 miesiącach), że w moim laptopie nie działa karta graficzna. Nie wiem, kiedy dostanę mój sprzęt z powrotem. Teraz korzystam z łaskawości mojego brata, a z tym bywa różnie. W każdym razie postaram się napisać jeszcze kilka rozdziałów i sukcesywnie wstawiać je przez kwiecień. Mam nadzieję, że się uda.
Tutaj macie kolejny rozdzialik. Przyznam się, że Anka nie miała wybaczyć Kristoffowi, no ale jakoś tak wyszło... Piszcie, czy wolelibyście inne zakończenie tego małego starcia.
Trzymajcie się ciepło, komentujcie i naprawdę bardzo was przepraszam, że prawie przez miesiąc mnie tutaj nie było. Chcę się zmienić, dla was!
Okej, nie zanudzam więcej, jeszcze raz wszystkiego dobrego !
wasza Julu
Weszłam do mieszkania za Elsą. Jak zwykle panował tutaj bałagan, chyba się już przyzwyczaiłam. Siostra zdjęła kurtkę i rzuciła ją na wieszak, jednak przez chwilkę stała w zupełnej ciszy i nasłuchiwała.
- Wróciłam! - Krzyknęła bardzo głośno i pociągnęła mnie za rękę do kuchni.
- Od kiedy tu mieszkasz? - spytałam, gdy tylko zauważyłam kartony stojące przy ścianie. Wszystkie były podpisane imieniem blondynki.
- Yhm? - Mruknęła, wyciągając przy tym kubki i robiąc wiele zbędnego hałasu.
Ogólnie zachowywała się bardzo głośno. O co chodziło? Dziewczyna włączyła radio.
- Kakaa? - Udało mi się wyczytać z ruchu jej warg, bo muzyka skutecznie zagłuszała jej słowa. Skinęłam głową na TAK.
Dziewczyna wyjęła mleko z lodówki, podgrzała je w mikrofali i wrzuciła do kubka trzy łyżeczki czekoladowego proszku. Zamieszała napój, schowała mleko do lodówki, a wyjęła z niej bitą śmietanę i udekorowała nią kakao. Jejku, jak ja ją kocham. Zamoczyłam usta w czekoladowym płynie i jęknęłam zadowolona. Mniam, uwielbiałam kakao, szczególnie w taką ulewę, jaka rozpętała się za oknem.
- Jest pyszne... - Nagle do kuchni wpadł Kristoff, miał na sobie tylko czarne slipy. Mimowolnie spuściłam wzrok, wbijając go w podłogę.
Chłopak wyłączył radio i wyczekująco wpatrywał się w moją siostrę. Był jakiś inny... Miał rozczochrane włosy, jak po długiej drzemce, ale jego twarz była raczej rozogniona niż senna czy zaspana. Na pewno nie spał. Nie wyglądał, jakby spał...
Kriss wyszedł z kuchni bez słowa. Cała ta niema rozmowa, która toczyła się w moim towarzystwie była tak dziwna, że do końca nie wiedziałam o co chodzi.
Elsa usiadła przy mnie i upiła łyk swojego kakaa. Uśmiechnęła się do mnie, więc odpowiedziałam jej tym samym.
- Co u rodziców? - Spytała.
- Dobrze, mama znalazła pracę w przedszkolu...
- Naprawdę? To wspaniale. Dobrze, że coś robi, a nie załamała się doszczętnie. Dobrze zrobiłaś, że poszłaś do szkoły, to im pomogło. A co z tatą?
- Dobrze, wspiera mnie i jest naprawdę wspaniały. Wrócił do majsterkowania. Ma kilka drobnych zamówień na jakieś stołki dla sąsiadów. Wczoraj pomagałam mu założyć stronę internetową... Dają sobie radę.
Elsa westchnęła.
- Brakuje ci ich? Widzę. Czemu jesteś taka uparta? Czemu do nas nie wrócisz? - Dotknęłam jej dłoni.
Odwróciła wzrok i nic nie odpowiedziała. Po chwili usłyszałyśmy głosy, dochodzące z salonu.
- Idź!
- Ale dlaczego? Było przecież tak wspaniale...
- Było, proszę idź.
- Kriss... co cię napadło? - Wysoki głos damski przepełniony był rozczarowanie.
- Wyjdź.
Elsa szybko wstała i znów włączyła radio. Czemu chciała coś przede mną ukryć? Spojrzałam na nią, chcąc, żeby mi wyjaśniła, ale ona odwróciła wzrok, kompletnie mnie ignorując. Zanim pomyślałam, już byłam przy drzwiach i otwierałam je. Moim oczom ukazała się śliczna scenka rodzajowa, gdzie jakaś kształtna i dość niechlujnie ubrana blondynka całowała namiętnie Kristoffa, a on stał niedbale i wydawało się, że zupełnie go to nie obchodzi. Dziewczyna z każdą chwilą, która dłużyła się niemiłosiernie pojękiwała coraz głośniej, a jej palce coraz szybciej znikały pod koszulką chłopaka.
W końcu zdali sobie sprawę, że są obserwowani. Kriss odsunął od siebie dziewczynę, podał jej płaszcz i delikatnie, lecz stanowczo wypchnął ją z mieszkania. Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja. W końcu chłopak zamknął za nią drzwi, odwrócił się i zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Chciałam się obrócić, wrócić do kuchni i udawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ale chyba było to nie możliwe. Kristoff wpatrywał się we mnie obojętnie z nutką złości widoczną w jego oczach. Poczułam uścisk na swoim ramieniu. Siostra wciągnęła mnie do kuchni, posadziła za stołem, podała kakao i wyszła z pomieszczenia. Zmieszana wpatrywałam się w podłogę pokrytą dużymi, szarymi kafelkami.
Po co ja tam weszłam?
Kuchnia była dość duża, miała tylko dwa szerokie okna na jednej ze ścian, wprost na przeciwko drzwi.
Kim była ta dziewczyna?
Przy ścianie sąsiadującej ze ścianą z oknami stał stolik, przy którym siedziałam. Był z jasnego drewna, ale miał metalowe nogi. Każde krzesło było inne, jakby każdy domownik przywlókł po jednym krześle ze swojego poprzedniego domu. Jednak wszystko do siebie pasowało.
Dlaczego on był na mnie zły?
Na przeciwko stolika, przy ostatniej już ścianie stały metalowe, szare szafki z drewnianymi blatami. Była tam jeszcze nieduża lodówka w kolorze miętowym z mnóstwem magnesów na drzwiach. Między dwiema szafkami stała kuchenka z piekarnikiem. Ciekawe, kto ostatni tam gotował.
Znów sięgnęłam po kakao. Nie zorientowałam się, że wypiłam już wszystko. Podeszłam do blatów i wsadziłam kubek do zlewu. Oparłam się plecami o lodówkę.
O co chodziło?
I czemu teraz jest mi jeszcze gorzej, niż wcześniej?
W końcu drzwi kuchni uchyliły się i wkroczył do niej Julek. Rzucił swój czarny, zniszczony plecak na stół i podszedł do ekspresu.
- Cześć, co tu robisz? - Spytał obojętnie, sypiąc kawę do odpowiedniego zbiorniczka.
Dopiero teraz spostrzegłam, że tu jest.
- Nic, właściwie nie powinno mnie tu być. Chyba się będę zbierać... - Odsunęłam się od lodówki.
- Jest Elsa? - Brunet mieszał kawę.
- Tak. Jest, ale nie wiem gdzie.
- Pewnie u siebie. Czy coś się stało? - Spojrzał na mnie sceptycznie, jak ojciec, który ocenia, czy jego dziecko nie symuluje czasem choroby, żeby nie iść do szkoły.
- Nie, wszystko w porządku. - Uśmiechnęłam się, żeby moje słowa stały się jeszcze bardziej wiarygodne.
No bo, przecież nie powiem mu, że chyba jestem zazdrosna... Nie jestem zazdrosna. Dlaczego w ogóle tak myślę?
- Wszystko okej. - Powtórzyłam jeszcze raz, chcąc przekonać chyba bardziej siebie, niż Julka.
- To git. - Podniósł plecak i wyszedł z kuchni, a ja znów zostałam sama i za bardzo nie wiedziałam, co mam z sobą uczynić.
Nie chciałam wychodzić z kuchni. Musiałabym wejść do salonu, gdzie pewnie siedzą jacyś ludzie. Śmieszne, nawet do końca nie wiedziałam ile ich tam może siedzieć. Zastanawiałam się, po co ja właściwie tutaj przyszłam. Przecież chyba większość (oprócz Elsy) tutaj za mną nie przepadała.
Znudzona i kompletnie zdezorientowana z przyzwyczajenia stanęłam przy zlewie i zabrałam się za mycie naczyń. Woda i detergenty to bardzo dobre połączenie. Jeden talerz, kubek, sztućce i w końcu obok mnie pojawiła się spora kupka umytych już naczyń. Gdy już prawie skończyłam, do kuchni wmaszerował Kristoff, a za nim Elsa.
Odwróciłam się w ich stronę trzymając w ręku mokry talerz i szmatkę. Chłopak wbił wzrok w ziemię.
Blondynka dała mu kuksańca w żebra.
- Zostawiam was. Muszę jechać na uczelnię. Kriss cię odwiezie, Aniu. - Uśmiechnęła się do mnie, a ja walczyłam ze sobą, żeby nie wrzasnąć. Wbiłam w nią błagalne spojrzenie, ale ona tylko pokiwała głową i wyszła. Cholera, super.
- Woda. - Usłyszałam głos chłopaka.
- Co woda? - Nie rozumiałam (znowu).
- Kapie na podłogę. - Blondyn wyjął z mojej ręki ścierkę i talerz. Powycierał naczynie i odstawił je na czystką kupką, po czym schylił się tuż przede mną i zaczął wycierać podłogę. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Miałam mu pomoc? Zanim jednak podjęłam jakąkolwiek decyzję, Kriss już skończył, wstał i spojrzał na mnie.
Chciałam się cofnąć, ale za moimi plecami znalazła się szafka. Westchnęłam i oparłam się o nią.
- Dzięki za naczynia, dzisiaj była moja kolej, ale skoro ty to zrobiłaś... no cóż. Moje szczęście. - Błysnął zębami w cwanym uśmieszku.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, sprawić, żeby przestał być takim macho.
- Taaa, jedna laska zmyje za ciebie naczynia, a druga zaspokoi inne potrzeby... - Przewróciłam oczami.
- To chyba nie twoja sprawa...
- Nie chcę, żeby to była moja sprawa. Możesz robić co chcesz, jesteś dorosły i sam odpowiadasz za swoje czyny. - Podniosłam głowę i wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cieszę się, że to rozumiesz. - Wycedził przez zęby i odłożył szmatkę na blat.
Potem zabrał się za posprzątanie naczyń. Nie zamierzałam mu pomagać, nawet za bardzo nie umiałam. Nie wiedziałam, gdzie schować duże talerze obiadowe, a gdzie małe, śniadaniowe.
W końcu Kriss skończył.
- Chcesz już wracać do domu?
- Chyba się przejdę. Kończę lekcje dopiero za pół godziny, więc dotrę do domu, w samą porę, tak, jakbym wracała ze szkoły...
- Jak chcesz, ale Elsa prosiła mnie, żebym cię odwiózł.
- Ale ty nie chcesz, więc nie fatyguj się. Poradzę sobie sama. - Znów zadarłam głowę do góry.
- Okej. Droga wolna. - Wskazał głową na drzwi.
Zdenerwowana ruszyłam w stronę wieszaka, porwałam swoją kurtkę i założyłam ją na siebie.
Kristoff pojawił się obok mnie i wyglądnął przez okno.
- Pada... - Rzucił obojętnie.
- Trudno. - Nie dam mu wygrać, niech odwozi swoje dziunie, ale nie mnie.
- Naprawdę będziesz szła w takim deszczu? - Udawał zdziwionego.
- Nie mów mi, że cię to obchodzi. Masz to w głębokim poważaniu i gdyby nie Elsa nawet byś ze mną nie rozmawiał, więc nie musisz się wysilać. Poradzę sobie, nie mam już siedmiu lat. - Zaczynał mnie wkurzać.
Chłopak parsknął śmiechem.
Byłam kompletnie zbita z tropu. Ostatnio zauważyłam, że gdy przebywam w jego otoczeniu, to najczęściej nie wiem co się dzieje.
- Co cię tak bawi? - Uniosłam brew.
- Nie nic. Idź już. - Kącik jego ust ciągle drgał.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z mieszkania. Niech nie myśli, że tylko blefowałam. Nie potrzebuję go.
Zeszłam po schodach i w końcu znalazłam się na świeżym powietrzu. Pogoda rzeczywiście nie była najpiękniejsza. Wiał mocny wiatry, więc zarzuciłam kaptur na głowę i brnęłam dalej w fali deszczu, aż do domu.
- Anka!
Udałam, że niczego nie słyszę.
- Anna!
Dobrze wiedziałam, że to Kristoff.
Po chwili poczułam jego rękę na moim ramieniu. Chłopak obrócił mnie w swoją stronę.
- Zawiozę cię. - Jego oczy błyszczały znowu w inny sposób
- Wal się. - Chciałam odpowiedzieć trochę ostrzej, ale w sumie nie chciałam, żeby miał satysfakcję, że mnie zdenerwował.
- Kurde, Elsa mnie zabije, jak się dowie, że cię wypuściłem w taką ulewę.
- Nie będę po tobie płakać.
- Kłamiesz. - Znów jego cwaniacki uśmiech.
Odsunęłam się o krok.
- Jesteś najbardziej denerwującym chłopakiem jakiego znam. Zmieniasz się, z każdą sekundą i naprawdę nie wiem, czego mam się po tobie spodziewać. Czasem się tego boję, ale dzisiaj mam cię dość. I nie udawaj, że ci zależy i robisz to z dobrej woli. - Westchnęłam i ruszyłam znowu w stronę domu.
Nie uszłam jednak nawet pięciu kroków, gdy Kristoff pojawił się przede mną, chwycił mnie w pasie, uniósł i przerzucił sobie przez ramię
Byłam tak zdezorientowana, że prawie mnie sparaliżowało. Szybko jednak odzyskałam fason i zaczęłam go tłuc po plecach.
- Puść mnie!
Nie reagował.
- Do cholery jasnej, Kristoff! - Uderzyłam go po łopatkach i usłyszałam lekkie syknięcie, które wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Chłopak zawlókł mnie z powrotem prawie pod same drzwi ich kamienicy. Przystanął, otworzył drzwi samochodu, postawił mnie na ziemi, a potem wepchnął na siedzenie. Zamknął drzwi, wskoczył prędko na swoje siedzenie i zablokował zamek, żebym nie mogła się wydostać.
- Wypuść mnie! - Byłam już tak zdenerwowana, że najchętniej przywaliłabym mu w ten jego krzywy nos.
- Nie. Jedziemy do domu. - Nie zapalił jednak silnika, cały czas się ze mną droczył.
Znów widziałam drgający kącik jego ust.
- Nie, masz mnie wysadzić! Mam dość! Nie chcę spędzić ani jednej minuty więcej z tobą! - Wrzeszczałam.
Chłopak znów parsknął śmiechem, a ja nie wytrzymałam i wymierzyłam mu policzek.
Kriss złapał się za piekące miejsce i skulił się.
Cholera.
- Jezu, przepraszam, nic ci nie jest? - Pochyliłam się nad chłopakiem, opierając dłonie o jego fotel. - Kriss, przepraszam. - Próbowałam spojrzeć mu w oczy.
Nagle chłopak podniósł się, chwycił mnie, wsuwając swoją dłoń pod moje plecy. Teraz jego głowa była nade mną, a je leżałam na jego ręce.
- Nie robię tego, bo ktoś mi każe. Robię to, żebyś nie zmokła i nie przeziębiła się i żebyś następnym razem, jak cię wkurwię uderzyła mnie równie mocno jak teraz. - Jego twarz była dziwnie blisko mojej. Miałam nieodpartą ochotę zamknąć oczy, ale na razie musiałam skupić się na ponownym uruchomieniu mojego układu oddechowego. Blondyn wypuścił mnie z uścisku, a ja pośpiesznie wróciłam na swoje miejsce.
- Przepraszam. - Zapalił silnik.
- Ja też.
Spojrzał na mnie i jego kąciki znów poszły do góry.
- Jesteś urocza, jak się wnerwiasz.
Przewróciłam oczami.
- Zaraz znów dostaniesz po twarzy. Jedź i już nic nie mów. Zamilcz, proszę. - Zamknęłam oczy.
Chłopak, o dziwo spełnił moją prośbę.
Spóźnione życzenia świąteczne: Dużo zdrowia, chęci do pracy, miłości i radości z najmniejszych drobnostek, jakie spotykają was w życiu.
Wracając do rzeczy technicznych...
UWAGA UWAGA
Dowiedziałam się (po chyba 2 miesiącach), że w moim laptopie nie działa karta graficzna. Nie wiem, kiedy dostanę mój sprzęt z powrotem. Teraz korzystam z łaskawości mojego brata, a z tym bywa różnie. W każdym razie postaram się napisać jeszcze kilka rozdziałów i sukcesywnie wstawiać je przez kwiecień. Mam nadzieję, że się uda.
Tutaj macie kolejny rozdzialik. Przyznam się, że Anka nie miała wybaczyć Kristoffowi, no ale jakoś tak wyszło... Piszcie, czy wolelibyście inne zakończenie tego małego starcia.
Trzymajcie się ciepło, komentujcie i naprawdę bardzo was przepraszam, że prawie przez miesiąc mnie tutaj nie było. Chcę się zmienić, dla was!
Okej, nie zanudzam więcej, jeszcze raz wszystkiego dobrego !
wasza Julu
Weszłam do mieszkania za Elsą. Jak zwykle panował tutaj bałagan, chyba się już przyzwyczaiłam. Siostra zdjęła kurtkę i rzuciła ją na wieszak, jednak przez chwilkę stała w zupełnej ciszy i nasłuchiwała.
- Wróciłam! - Krzyknęła bardzo głośno i pociągnęła mnie za rękę do kuchni.
- Od kiedy tu mieszkasz? - spytałam, gdy tylko zauważyłam kartony stojące przy ścianie. Wszystkie były podpisane imieniem blondynki.
- Yhm? - Mruknęła, wyciągając przy tym kubki i robiąc wiele zbędnego hałasu.
Ogólnie zachowywała się bardzo głośno. O co chodziło? Dziewczyna włączyła radio.
- Kakaa? - Udało mi się wyczytać z ruchu jej warg, bo muzyka skutecznie zagłuszała jej słowa. Skinęłam głową na TAK.
Dziewczyna wyjęła mleko z lodówki, podgrzała je w mikrofali i wrzuciła do kubka trzy łyżeczki czekoladowego proszku. Zamieszała napój, schowała mleko do lodówki, a wyjęła z niej bitą śmietanę i udekorowała nią kakao. Jejku, jak ja ją kocham. Zamoczyłam usta w czekoladowym płynie i jęknęłam zadowolona. Mniam, uwielbiałam kakao, szczególnie w taką ulewę, jaka rozpętała się za oknem.
- Jest pyszne... - Nagle do kuchni wpadł Kristoff, miał na sobie tylko czarne slipy. Mimowolnie spuściłam wzrok, wbijając go w podłogę.
Chłopak wyłączył radio i wyczekująco wpatrywał się w moją siostrę. Był jakiś inny... Miał rozczochrane włosy, jak po długiej drzemce, ale jego twarz była raczej rozogniona niż senna czy zaspana. Na pewno nie spał. Nie wyglądał, jakby spał...
Kriss wyszedł z kuchni bez słowa. Cała ta niema rozmowa, która toczyła się w moim towarzystwie była tak dziwna, że do końca nie wiedziałam o co chodzi.
Elsa usiadła przy mnie i upiła łyk swojego kakaa. Uśmiechnęła się do mnie, więc odpowiedziałam jej tym samym.
- Co u rodziców? - Spytała.
- Dobrze, mama znalazła pracę w przedszkolu...
- Naprawdę? To wspaniale. Dobrze, że coś robi, a nie załamała się doszczętnie. Dobrze zrobiłaś, że poszłaś do szkoły, to im pomogło. A co z tatą?
- Dobrze, wspiera mnie i jest naprawdę wspaniały. Wrócił do majsterkowania. Ma kilka drobnych zamówień na jakieś stołki dla sąsiadów. Wczoraj pomagałam mu założyć stronę internetową... Dają sobie radę.
Elsa westchnęła.
- Brakuje ci ich? Widzę. Czemu jesteś taka uparta? Czemu do nas nie wrócisz? - Dotknęłam jej dłoni.
Odwróciła wzrok i nic nie odpowiedziała. Po chwili usłyszałyśmy głosy, dochodzące z salonu.
- Idź!
- Ale dlaczego? Było przecież tak wspaniale...
- Było, proszę idź.
- Kriss... co cię napadło? - Wysoki głos damski przepełniony był rozczarowanie.
- Wyjdź.
Elsa szybko wstała i znów włączyła radio. Czemu chciała coś przede mną ukryć? Spojrzałam na nią, chcąc, żeby mi wyjaśniła, ale ona odwróciła wzrok, kompletnie mnie ignorując. Zanim pomyślałam, już byłam przy drzwiach i otwierałam je. Moim oczom ukazała się śliczna scenka rodzajowa, gdzie jakaś kształtna i dość niechlujnie ubrana blondynka całowała namiętnie Kristoffa, a on stał niedbale i wydawało się, że zupełnie go to nie obchodzi. Dziewczyna z każdą chwilą, która dłużyła się niemiłosiernie pojękiwała coraz głośniej, a jej palce coraz szybciej znikały pod koszulką chłopaka.
W końcu zdali sobie sprawę, że są obserwowani. Kriss odsunął od siebie dziewczynę, podał jej płaszcz i delikatnie, lecz stanowczo wypchnął ją z mieszkania. Blondynka spoglądała to na niego, to na mnie chcąc się zorientować, o co tu chodzi. Zupełnie jak ja. W końcu chłopak zamknął za nią drzwi, odwrócił się i zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Chciałam się obrócić, wrócić do kuchni i udawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ale chyba było to nie możliwe. Kristoff wpatrywał się we mnie obojętnie z nutką złości widoczną w jego oczach. Poczułam uścisk na swoim ramieniu. Siostra wciągnęła mnie do kuchni, posadziła za stołem, podała kakao i wyszła z pomieszczenia. Zmieszana wpatrywałam się w podłogę pokrytą dużymi, szarymi kafelkami.
Po co ja tam weszłam?
Kuchnia była dość duża, miała tylko dwa szerokie okna na jednej ze ścian, wprost na przeciwko drzwi.
Kim była ta dziewczyna?
Przy ścianie sąsiadującej ze ścianą z oknami stał stolik, przy którym siedziałam. Był z jasnego drewna, ale miał metalowe nogi. Każde krzesło było inne, jakby każdy domownik przywlókł po jednym krześle ze swojego poprzedniego domu. Jednak wszystko do siebie pasowało.
Dlaczego on był na mnie zły?
Na przeciwko stolika, przy ostatniej już ścianie stały metalowe, szare szafki z drewnianymi blatami. Była tam jeszcze nieduża lodówka w kolorze miętowym z mnóstwem magnesów na drzwiach. Między dwiema szafkami stała kuchenka z piekarnikiem. Ciekawe, kto ostatni tam gotował.
Znów sięgnęłam po kakao. Nie zorientowałam się, że wypiłam już wszystko. Podeszłam do blatów i wsadziłam kubek do zlewu. Oparłam się plecami o lodówkę.
O co chodziło?
I czemu teraz jest mi jeszcze gorzej, niż wcześniej?
W końcu drzwi kuchni uchyliły się i wkroczył do niej Julek. Rzucił swój czarny, zniszczony plecak na stół i podszedł do ekspresu.
- Cześć, co tu robisz? - Spytał obojętnie, sypiąc kawę do odpowiedniego zbiorniczka.
Dopiero teraz spostrzegłam, że tu jest.
- Nic, właściwie nie powinno mnie tu być. Chyba się będę zbierać... - Odsunęłam się od lodówki.
- Jest Elsa? - Brunet mieszał kawę.
- Tak. Jest, ale nie wiem gdzie.
- Pewnie u siebie. Czy coś się stało? - Spojrzał na mnie sceptycznie, jak ojciec, który ocenia, czy jego dziecko nie symuluje czasem choroby, żeby nie iść do szkoły.
- Nie, wszystko w porządku. - Uśmiechnęłam się, żeby moje słowa stały się jeszcze bardziej wiarygodne.
No bo, przecież nie powiem mu, że chyba jestem zazdrosna... Nie jestem zazdrosna. Dlaczego w ogóle tak myślę?
- Wszystko okej. - Powtórzyłam jeszcze raz, chcąc przekonać chyba bardziej siebie, niż Julka.
- To git. - Podniósł plecak i wyszedł z kuchni, a ja znów zostałam sama i za bardzo nie wiedziałam, co mam z sobą uczynić.
Nie chciałam wychodzić z kuchni. Musiałabym wejść do salonu, gdzie pewnie siedzą jacyś ludzie. Śmieszne, nawet do końca nie wiedziałam ile ich tam może siedzieć. Zastanawiałam się, po co ja właściwie tutaj przyszłam. Przecież chyba większość (oprócz Elsy) tutaj za mną nie przepadała.
Znudzona i kompletnie zdezorientowana z przyzwyczajenia stanęłam przy zlewie i zabrałam się za mycie naczyń. Woda i detergenty to bardzo dobre połączenie. Jeden talerz, kubek, sztućce i w końcu obok mnie pojawiła się spora kupka umytych już naczyń. Gdy już prawie skończyłam, do kuchni wmaszerował Kristoff, a za nim Elsa.
Odwróciłam się w ich stronę trzymając w ręku mokry talerz i szmatkę. Chłopak wbił wzrok w ziemię.
Blondynka dała mu kuksańca w żebra.
- Zostawiam was. Muszę jechać na uczelnię. Kriss cię odwiezie, Aniu. - Uśmiechnęła się do mnie, a ja walczyłam ze sobą, żeby nie wrzasnąć. Wbiłam w nią błagalne spojrzenie, ale ona tylko pokiwała głową i wyszła. Cholera, super.
- Woda. - Usłyszałam głos chłopaka.
- Co woda? - Nie rozumiałam (znowu).
- Kapie na podłogę. - Blondyn wyjął z mojej ręki ścierkę i talerz. Powycierał naczynie i odstawił je na czystką kupką, po czym schylił się tuż przede mną i zaczął wycierać podłogę. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Miałam mu pomoc? Zanim jednak podjęłam jakąkolwiek decyzję, Kriss już skończył, wstał i spojrzał na mnie.
Chciałam się cofnąć, ale za moimi plecami znalazła się szafka. Westchnęłam i oparłam się o nią.
- Dzięki za naczynia, dzisiaj była moja kolej, ale skoro ty to zrobiłaś... no cóż. Moje szczęście. - Błysnął zębami w cwanym uśmieszku.
Chciałam mu coś odpowiedzieć, sprawić, żeby przestał być takim macho.
- Taaa, jedna laska zmyje za ciebie naczynia, a druga zaspokoi inne potrzeby... - Przewróciłam oczami.
- To chyba nie twoja sprawa...
- Nie chcę, żeby to była moja sprawa. Możesz robić co chcesz, jesteś dorosły i sam odpowiadasz za swoje czyny. - Podniosłam głowę i wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cieszę się, że to rozumiesz. - Wycedził przez zęby i odłożył szmatkę na blat.
Potem zabrał się za posprzątanie naczyń. Nie zamierzałam mu pomagać, nawet za bardzo nie umiałam. Nie wiedziałam, gdzie schować duże talerze obiadowe, a gdzie małe, śniadaniowe.
W końcu Kriss skończył.
- Chcesz już wracać do domu?
- Chyba się przejdę. Kończę lekcje dopiero za pół godziny, więc dotrę do domu, w samą porę, tak, jakbym wracała ze szkoły...
- Jak chcesz, ale Elsa prosiła mnie, żebym cię odwiózł.
- Ale ty nie chcesz, więc nie fatyguj się. Poradzę sobie sama. - Znów zadarłam głowę do góry.
- Okej. Droga wolna. - Wskazał głową na drzwi.
Zdenerwowana ruszyłam w stronę wieszaka, porwałam swoją kurtkę i założyłam ją na siebie.
Kristoff pojawił się obok mnie i wyglądnął przez okno.
- Pada... - Rzucił obojętnie.
- Trudno. - Nie dam mu wygrać, niech odwozi swoje dziunie, ale nie mnie.
- Naprawdę będziesz szła w takim deszczu? - Udawał zdziwionego.
- Nie mów mi, że cię to obchodzi. Masz to w głębokim poważaniu i gdyby nie Elsa nawet byś ze mną nie rozmawiał, więc nie musisz się wysilać. Poradzę sobie, nie mam już siedmiu lat. - Zaczynał mnie wkurzać.
Chłopak parsknął śmiechem.
Byłam kompletnie zbita z tropu. Ostatnio zauważyłam, że gdy przebywam w jego otoczeniu, to najczęściej nie wiem co się dzieje.
- Co cię tak bawi? - Uniosłam brew.
- Nie nic. Idź już. - Kącik jego ust ciągle drgał.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z mieszkania. Niech nie myśli, że tylko blefowałam. Nie potrzebuję go.
Zeszłam po schodach i w końcu znalazłam się na świeżym powietrzu. Pogoda rzeczywiście nie była najpiękniejsza. Wiał mocny wiatry, więc zarzuciłam kaptur na głowę i brnęłam dalej w fali deszczu, aż do domu.
- Anka!
Udałam, że niczego nie słyszę.
- Anna!
Dobrze wiedziałam, że to Kristoff.
Po chwili poczułam jego rękę na moim ramieniu. Chłopak obrócił mnie w swoją stronę.
- Zawiozę cię. - Jego oczy błyszczały znowu w inny sposób
- Wal się. - Chciałam odpowiedzieć trochę ostrzej, ale w sumie nie chciałam, żeby miał satysfakcję, że mnie zdenerwował.
- Kurde, Elsa mnie zabije, jak się dowie, że cię wypuściłem w taką ulewę.
- Nie będę po tobie płakać.
- Kłamiesz. - Znów jego cwaniacki uśmiech.
Odsunęłam się o krok.
- Jesteś najbardziej denerwującym chłopakiem jakiego znam. Zmieniasz się, z każdą sekundą i naprawdę nie wiem, czego mam się po tobie spodziewać. Czasem się tego boję, ale dzisiaj mam cię dość. I nie udawaj, że ci zależy i robisz to z dobrej woli. - Westchnęłam i ruszyłam znowu w stronę domu.
Nie uszłam jednak nawet pięciu kroków, gdy Kristoff pojawił się przede mną, chwycił mnie w pasie, uniósł i przerzucił sobie przez ramię
Byłam tak zdezorientowana, że prawie mnie sparaliżowało. Szybko jednak odzyskałam fason i zaczęłam go tłuc po plecach.
- Puść mnie!
Nie reagował.
- Do cholery jasnej, Kristoff! - Uderzyłam go po łopatkach i usłyszałam lekkie syknięcie, które wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Chłopak zawlókł mnie z powrotem prawie pod same drzwi ich kamienicy. Przystanął, otworzył drzwi samochodu, postawił mnie na ziemi, a potem wepchnął na siedzenie. Zamknął drzwi, wskoczył prędko na swoje siedzenie i zablokował zamek, żebym nie mogła się wydostać.
- Wypuść mnie! - Byłam już tak zdenerwowana, że najchętniej przywaliłabym mu w ten jego krzywy nos.
- Nie. Jedziemy do domu. - Nie zapalił jednak silnika, cały czas się ze mną droczył.
Znów widziałam drgający kącik jego ust.
- Nie, masz mnie wysadzić! Mam dość! Nie chcę spędzić ani jednej minuty więcej z tobą! - Wrzeszczałam.
Chłopak znów parsknął śmiechem, a ja nie wytrzymałam i wymierzyłam mu policzek.
Kriss złapał się za piekące miejsce i skulił się.
Cholera.
- Jezu, przepraszam, nic ci nie jest? - Pochyliłam się nad chłopakiem, opierając dłonie o jego fotel. - Kriss, przepraszam. - Próbowałam spojrzeć mu w oczy.
Nagle chłopak podniósł się, chwycił mnie, wsuwając swoją dłoń pod moje plecy. Teraz jego głowa była nade mną, a je leżałam na jego ręce.
- Nie robię tego, bo ktoś mi każe. Robię to, żebyś nie zmokła i nie przeziębiła się i żebyś następnym razem, jak cię wkurwię uderzyła mnie równie mocno jak teraz. - Jego twarz była dziwnie blisko mojej. Miałam nieodpartą ochotę zamknąć oczy, ale na razie musiałam skupić się na ponownym uruchomieniu mojego układu oddechowego. Blondyn wypuścił mnie z uścisku, a ja pośpiesznie wróciłam na swoje miejsce.
- Przepraszam. - Zapalił silnik.
- Ja też.
Spojrzał na mnie i jego kąciki znów poszły do góry.
- Jesteś urocza, jak się wnerwiasz.
Przewróciłam oczami.
- Zaraz znów dostaniesz po twarzy. Jedź i już nic nie mów. Zamilcz, proszę. - Zamknęłam oczy.
Chłopak, o dziwo spełnił moją prośbę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)